Damian Gajda: Jesteś znaną tłumaczką literatury szwedzkiej, napisałaś bestsellerowy przewodnik „Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą”, zbiór reportaży i kilka powieści, a „Bardzo zimna wiosna” to Twój pierwszy skandynawski kryminał. Jak się czujesz w tym gatunku?

Katarzyna Tubylewicz: Mam poczucie, że trafiłam do domu! Napisanie pierwszego kryminału było dla mnie wyzwaniem. Proza gatunkowa, jeśli ma być dobra, wymaga świetnego researchu i dowiedzenia się wszystkiego, czego można na temat, o którym chce się pisać. Poza tym kluczowe jest stworzenie wyrazistych bohaterów,  a to wcale nie jest takie proste. Jednak, kiedy to wszystko uda się zrobić, kryminał staje się wspaniałym gatunkiem, pozwalającym na snucie opowieści o naszym świecie, na poruszenie ważnych aktualnych problemów społecznych, sięganie do mało znanych rozdziałów historii. Kryminał jest po prostu współczesną powieścią realistyczną, która w dodatku ma moc całkowitego pochłonięcia czytelnika. Zrozumiałam, że pisząc kryminały, mogę posługiwać się moim warsztatem reporterskim, a jednocześnie mieć wolność, którą daje fikcja, i że to właśnie dzięki kryminałom, będę w stanie opowiedzieć wielu ludziom o problemach, które uważam za ważne.

Nie tylko wciągająca intryga kryminalna – szokujące morderstwo szanowanej i zamożnej osiemdziesięcioparoletniej Grety Sjöwall – jest osią powieści. Na warsztat bierzesz współczesną Szwecję i jej problemy. To obraz daleki od naszych wyidealizowanych wyobrażeń, jej mroczniejsze oblicze. 

Tak, chyba nieźle wpisuję się w szwedzką tradycję, bo szwedzki kryminał słynie ze społecznego zaangażowania i wskazywania na to, co w społeczeństwie źle funkcjonuje. Dla mnie samej to logiczna kontynuacja obiektywnego spojrzenia na Szwecję prawdziwą, a nie wyidealizowaną, które było obecne w moich „Moralistach” i które czuć w książce o Sztokholmie, gdzie wyciągam na światło dzienne nazistowskie sympatie słynnych artystów i pokazuję świat uchodźców bez prawa pobytu. W „Bardzo zimnej wiośnie” sporo miejsca poświęcam niechlubnym kartom szwedzkiej historii i tradycji milczenia na ten temat. Pokazuję klasowość tego społeczeństwa, które wcale nie jest aż tak egalitarne, jak mogłoby się zdawać. Mam wrażenie, że jestem też pierwszą autorką, opisującą kryzys trawiący dziś szwedzką policję. Szwedzcy policjanci, którzy opowiedzieli mi, być może więcej niż powinni, o tym, co się w służbie dzieje, pewnie nigdy nie byliby tak samo szczerzy w rozmowie z pisarką bez obcego akcentu. Przy mnie mogli się wygadać, bo jestem trochę z zewnątrz. Sięgam też do jednego z ważniejszych tematów współczesności i opowiadam o sytuacji uchodźców, zwłaszcza ludzi młodych. Zadaję pytanie, czy Szwecja lubiąca się reklamować jako „humanitarne mocarstwo”, naprawdę daje szansę przybyszom z odległych krańców świata na zintegrowanie się ze szwedzkim społeczeństwem. Podsumowując: na różne sposoby rozprawiam się z hipokryzją, której jest sporo w każdym społeczeństwie, ale szwedzka hipokryzja różni się nieco od polskiej.

Wśród bohaterów pojawia się także Polka, która przyjeżdża do Sztokholmu do pracy. Dlaczego zależało Ci na zawarciu w powieści wątku polskiego?

W powieści są też Afgańczycy i Niemka…. Szwecja jest dziś tak wielokulturowym krajem, że nie da się wypełnić książki, której akcja dzieje się w Sztokholmie, wyłącznie „rodowitymi Szwedami”. Nie byłaby to powieść realistyczna. Poza tym jako Polka mieszkająca w Szwecji od dwudziestu lat wiem, że bardzo ciekawie jest widzieć Szwecję z polskiej perspektywy, a także zerkać na Polskę okiem szwedzkim. Obecność Ewy pozwala mi to robić.

Twoja powieść porównywana jest do książek jednego z mistrzów skandynawskiego kryminału, Henninga Mankella. A kogo Ty uważasz za swojego mistrza?

Rozumiem, że pytasz o mistrzów kryminału?  Bardzo cenię książki Mankella i Stiega Larssona oraz szwedzkich klasyków gatunku, duetu Maj Sjöwall i Pera Wahlöö, którzy w latach 60. XX w. stworzyli doskonały cykl zaangażowanych społecznie powieści policyjnych. Z żyjących szwedzkich autorów bardzo ciekawie rozwija się twórczość Camilli Grebe. Mam nadzieję, że jej ostatnie dwie książki ukażą się niedługo po polsku. Lubię też klasykę brytyjskiego kryminału, zwłaszcza twórczość PD James, ale podobała mi się też  popularna w Polsce „Pacjentka”  Alexa Michaelidesa. W ogóle cenię pogłębione portrety psychologiczne w kryminałach, na przykład u Norweżki Karin Fossum. Lubię klimat kryminałów islandzkich, chociażby autorstwa Ragnara Jónassona. Ostatnio zaczęłam czytać kryminały fińskiej autorki Kati Hiekkapelto i to też jest dobre skandynawskie noir. Z polskich autorów powieści z dreszczykiem cenię Zygmunta Miłoszewskiego i Wojtka Chmielarza oraz prozę MagdalenyParys.

Czy „Bardzo zimna wiosna” będzie początkiem serii?

Tak, piszę już drugą część. Nie mogłabym tak łatwo rozstać się  moimi bohaterami Jensem, Björnem i Ewą, mam wrażenie, że oni naprawdę istnieją i domagają się, by o nich opowiadać.

Klasyki skandynawskiego kryminału - poleca Katarzyna Tubylewicz

Henning Mankell „Powrót nauczyciela tańca” - jeden z najlepszych kryminałów Mankella, co ciekawe śledztwa  nie prowadzi w nim Kurt Wallender tylko Stefan Lindman, policjant, który właśnie dowiedział się, że ma raka. Jest tu wszystko, co powinno być w dobrym kryminale: mroki historii, ponura prowincja szwedzka, poruszające tło polityczno- społeczne i trudna do rozwikłania zagadka. 

Ragnar Jónasson „Ciemność” - pierwszy tom trylogii o oryginalnej bohaterce, komisarz Huldzie Hermannsdóttir z policji w Reykjaviku, która właśnie dowiedziała się, że zostaje wysłana na przedwczesną emeryturę i może poprowadzić swoje ostatnieśledztwo. Mroczna atmosfera, świetne portrety psychologiczne i wątek losów najbiedniejszych imigrantów .

Maj Sjöwall i Per Wahlöö „Ludzie przemocy” - klasyk gatunku, ostatnia część serii książek o Martinie Becku. Bardzo ciekawie jest przeczytać dziś kryminał (z 1971 roku) z epoki bez telefonów komórkowych i analizy próbek DNA, którego autorzy odważnie demaskowali ciemne strony szwedzkiego społeczeństwa i porażki socjaldemokracji (a pisali przecież w szczycie jej rozkwitu!).