Kiedy przed spotkaniem z Kasią rozmawiam o niej z koleżankami z redakcji, słyszę zachwyty: „Jaka piękna kobieta!”. Ale zapytana o to, czy uroda pomaga jej w życiu, Zawadzka zaprzecza. „Nigdy nie myślałam, że to wyznacznik wartości. Kieruję się poczuciem moralności. To ono mi pomaga. Zostałam wychowana na mitologii greckiej. Tata, historyk, zamiast bajek czytał mi na dobranoc mity. Słuchałam też Jacka Kaczmarskiego i Marka Grechuty. Ich piosenki formowały moją wrażliwość, sposób patrzenia na świat i ludzi ”, opowiada aktorka. Z drugiej strony jej dzieciństwo w Kołobrzegu było dzikie, beztroskie i sielskie. „Siedziało się na plaży, blisko wody, natury. Miałam bandę kolegów. Łaziliśmy razem w tajemnicze, zakazane miejsca: zarośnięte ogrody, opuszczone budynki, stare gazownie. Byłam niepokornym dzieckiem”, wspomina. Od zawsze chciała rozwijać się artystycznie. Swoje powołanie widziała w tańcu. Jej młodsza o siedem lat siostra chciała zostać malarką. Rodzice wspierali wszystkie pasje córek. „Mój tata miał artystyczną duszę. Kiedyś prowadził własny młodzieżowy kabaret. Z nim odbyłam pierwsze rozmowy o teatrze”, wspomina Kasia. Mama, pracowniczka poczty, była utalentowana plastycznie. Zdolności po niej odziedziczyła siostra Kasi, która choć pracuje jako biolog molekularny, do dziś pięknie maluje.

Siedem lat różnicy między siostrami sprawiało, że najpierw Kasia opiekowała się nią, potem odnalazły się jako dwie dorosłe kobiety. „Jest dziewczyną niesłychanie mądrą, inteligentną, zafascynowaną naturą”, opowiada aktorka.

PRÓBY I BŁĘDY

Rodzice zaopatrzyli je w kręgosłup moralny, dzięki czemu Zawadzka akceptuje dziś siebie. „Także to, że czasem mam problem z poczuciem własnej wartości. Nie staram się tego ukrywać”, mówi. Bała się zdawać do szkoły teatralnej, chociaż uczyła się wcześniej aktorstwa w Szkole Aktorskiej Machulskich. „Wyobrażałam sobie akademię teatralną jako skupisko prawdziwych artystów”, mówi. Najpierw zdawała do warszawskiej. Nie udało się. Próbowała też do łódzkiej. Do krakowskiej dostała się za pierwszym razem. „Dziwię się sobie, że wykazałam się takim uporem. Teraz myślę, że coś mnie tam popychało. Gdzieś głęboko miałam w sobie takie zaufanie do tego, że to się wydarzy”, tłumaczy. Zanim została aktorką, przez 14 lat tańczyła w zespole tańca ludowego. W Warszawie trafiła do zespołu EKG. „Tam zaczynała też Edyta Herbuś, tak się poznałyśmy. Zespół bazował na funky, jazzie, Broadway jazzie, hip-hopie. Występowałyśmy na imprezach, targach, w teledyskach”, wspomina. Wtedy jeszcze bardziej chciała tańczyć, niż grać. Aktorstwo było planem B. „Wiedziałam jednak, że nie zrobię kariery tanecznej, bo nie jestem po szkole baletowej, ale aktorstwo może dać mi coś podobnego w życiu – możliwość występowania na scenie”, mówi.

W połowie drogi między tańcem a aktorstwem był musical „Dirty Dancing” realizowany w Niemczech. Wcześniej widziała film 30 razy. Poszła na casting. „Dostało się chyba sześć dziewczyn i sześciu chłopaków. Powstała 12-osobowa grupa, głównie osoby po szkołach baletowych albo tańca towarzyskiego. I ja po tańcach ludowych!”, śmieje się. Przez dwa miesiące trwały próby, potem przez 10 miesięcy zespół jeździł po Niemczech, Austrii i Szwajcarii. „To był jeden z najbardziej niesamowitych okresów w moim życiu. Co drugi dzień w innym miejscu. Miałam odciski na rękach od dźwigania walizki”, opowiada. Choreograf spektaklu zdobywał doświadczenie na Broadwayu. Był wymagający, ale dostrzegł w Zawadzkiej potencjał. „Widział, że robię postępy i mam dobrą energię”, opowiada.

Po powrocie do Polski stanęła przed wyborem – szkoła teatralna albo wyjazd do Stanów, żeby dalej uczyć się tańca musicalowego. Gdy udało się z krakowską PWST, wiedziała, że musi podążać tą ścieżką. „W szkole uczono nas ideałów. Mówiono, że aktorstwo to misja. Coś więcej niż grywanie i czekanie na poklask. Sobą, swoimi emocjami przywołujesz ludziom pewne historie, które mają być dla nich lustrem. Muszą w nich zobaczyć swoje życia, oczyścić się albo coś zrozumieć, dojść do rozwiązania swoich problemów, przeżyć katharsis”, mówi Zawadzka.

Sama przyznaje, że była trochę „zafiksowana”. Chciała grać tylko poważny repertuar. Role w serialach na początku odrzucała. Ukończyła szkołę w 2012 roku. Rok przed dyplomem otrzymała Złotego Lwa na 36. FPFF w Gdyni za debiutancką rolę zakonnicy Anny w filmie Barbary Sass „W imieniu diabła”. Rok później zagrała w „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy z Dawidem Ogrodnikiem w roli głównej. Potem posypały się kolejne propozycje. Równolegle grała w teatrach: Polskim w Warszawie i Starym w Krakowie, oraz w serialach: „Prawie Agaty” i „Powiedz tak!”. Rola Anieli Bylińskiej w tym pierwszym przyniosła jej popularność. W tym czasie zrozumiała, że zawód aktora wymaga elastyczności. Trzeba myśleć o jakości swojej pracy, ale też o tym, jak zarobić na chleb. „Podchodzę do tego racjonalnie. Jestem otwarta na to, by robić różne rzeczy. Z jednej strony występuję u Vegi, z drugiej – chętnie biorę udział w etiudach studentów z Katowic, zupełnie za darmo”, przyznaje.

EMOCJE KIBICA

U Patryka Vegi w „Bad Boyu” zagrała dziewczynę kibica. Wcześniej niewiele wiedziała o piłce nożnej. „Dla mnie to było wyzwanie, bo kompletnie nie znałam tego świata. Nigdy wcześniej nie byłam nawet na meczu! Podczas zdjęć poszliśmy na rozgrywki we Wrocławiu. Nie dość, że to był prawdziwy mecz, więc mieliśmy tam 90 minut na nakręcenie wiarygodnych scen wśród ludzi, to jeszcze wyzwoliła się w nas prawdziwa, dzika wręcz, emocjonalność. Ten rodzaj energii naprawdę porywa, wciąga. Sama zaczęłam kibicować”, śmieje się. Musiała zrozumieć, jako aktorka i jako kobieta, jak to jest zakochać się w chłopaku z trybun. „Dużo w tym atawizmu. Zwierzęcości, pierwotności, która może pociągać”, mówi. magia spojrzenia Chociaż bywa uznawana za kruchą, na ekranie potrafi pokazać siłę.

„Mam racjonalny stosunek do aktorstwa. Gram w komercyjnych filmach, serialach. Ale też występuję w studenckich etiudach, zupełnie za darmo”.
Katarzyna Zawadzka

Taka jest u Vegi i taka chce być w kolejnych projektach. Może dlatego marzy o roli alpinistki Wandy Rutkiewicz. „Jestem zafascynowana wspinaczka wysokogórska. Przeczytałam prawie wszystkie książki na temat Rutkiewicz. Jest moja bohaterka”, mówi. To byłby dla niej sposób na zmierzenie się z sobą – fizyczne i emocjonalne. Bo dla Zawadzkiej aktorstwo jest droga do samopoznania. „Obserwujemy siebie przez lata. Widzimy rozwój. Pewne rzeczy się uaktywniają w różnych sytuacjach albo z wiekiem. Pewne sytuacje generują w tobie siłę, a inne sprawiają, ze nagle znów czujesz się jak dziecko. Ja poznaje siebie całe życie. Jestem silna, bo w pewnym momencie swojego życia musiałam taka być. Dosyć szybko dojrzałam, stałam się samodzielna. Jako siedmioletnia dziewczynka wyjeżdżałam bez rodziców za granice na występy taneczne. Musiałam w sobie wygenerować te siłę. Ale mam tez ten aspekt delikatności”, mówi.

Po występie u Vegi kariera aktora nabiera tempa. Tak było choćby w przypadku Antka Królikowskiego, Katarzyny Warnke i Olgi Bołądź. Czy Zawadzka stanie się celebrytką? „Przybywa lajków na Instagramie”, śmieje się, dodając, że mainstreamowa popularność niespecjalnie ja interesuje. „Świadomie nie pcham się w taki świat. Zawsze sam sobie wyznaczasz granice. Jeśli chcesz, by media się tobą interesowały, kusisz je skandalami”, dodaje. Ona nie musi kusić. Uwodzi krytyków i widzów całkiem nieświadomie. Wystarczy jedno spojrzenie jej pięknych oczu.