Spotykamy się w szczególnym dla Ciebie momencie, gdy stanęłaś na życiowym rozdrożu. Prasa kolorowa huczy od plotek na temat Twojego rozstania z Piotrem Adamczykiem.

Sprawy, które trzeba było poukładać, są już poukładane. Sytuacja, o której mówisz, miała miejsce pół roku temu. Miałam czas na uspokojenie emocji i wyciszenie się.

Czyli rozstanie z Piotrem Adamczykiem to fakt?

Mam wrażenie, że na ten temat powiedziano już w mediach wystarczająco dużo. Mogę dodać tylko tyle, że to bolesny dla mnie rozdział życia, który uważam za zamknięty.

Smutno Ci, że nie wyszło? Wydawało się, że łączy Was wielkie uczucie.

Myślę, że wszystko w życiu, w co bardzo wierzysz, czy to miłość, czy marzenia... jeżeli runie, jeżeli się rozpadnie, jest swego rodzaju niepowodzeniem. To zawsze dotyka. Wierzę, że nic nie dzieje się bez powodu. Każda taka lekcja to kolejne doświadczenie, czasem trudne, ale mam nadzieję, że pozwala stać się lepszym człowiekiem. Tylko w trudnych chwilach, zauważ, zaglądamy głębiej w siebie. Smutek wzbogaca tak samo jak szczęście. Jedno nie istnieje bez drugiego, jest częścią życia.

A co dawało Ci siłę, by przetrwać te chwile?

Dzieci i wiara. Powie to pewnie każda mama. To wielkie szczęście, że mam dwójkę dzieci. Na co dzień dajesz im dużo z siebie, ale na koniec to one dają ci siłę. Najważniejsze jest ich bezpieczeństwo emocjonalne, ich poczucie stabilności. Więc ty nie możesz stracić gruntu pod nogami. Nawet jeśli w tym samym momencie przeżywasz olbrzymie rozczarowania życiowe. Dzięki wierze mam w sobie zawsze pewien spokój ducha, to bardzo pomaga.

Nie pokazywałaś, że przeżywasz trudny czas, czy wręcz przeciwnie – usiadłaś i powiedziałaś, że teraz będzie inaczej, coś się zmieniło, coś skończyło?

Staram się chronić swoje dzieci. Myślę, że jest to instynktowne zachowanie mamy, więc rzeczywiście, i w tym przypadku, nie wchodząc w szczegóły, zrobiłam wszystko, żeby to było dla nich jak najmniej traumatyczne.

Śledząc doniesienia portali i tabloidów na Twój temat, zawsze za bardzo niesprawiedliwe uważałam, kiedy pisali, że nic nie robisz. Że związałaś się z Piotrem Adamczykiem, żeby zrobić karierę, wylansować się w Polsce. A tymczasem masz swoje osiągnięcia zawodowe, w Cannes właśnie pokazano film, w którym grasz jedną z głównych ról.

To rzeczywiście nietypowa sytuacja, kiedy z nikogo tu, w Polsce, czyli anonimowej dziewczyny, nagle stajesz się partnerką osoby bardzo publicznej. I to zamieszanie pojawia się z dnia na dzień. O wielu rzeczach, które zawodowo robię i robiłam od kilku lat we Francji czy w Stanach, tu nikt nie słyszał. Studia aktorskie w Paryżu zaczęłam siedem lat temu. Rok później rozpoczęła się moja współpraca z Johnem Strasbergiem. Wszystko, co robiłam, co jest związane z aktorstwem, robiłam poza Polską, więc trudno, żeby ktoś o tym tutaj mówił. Te kilka ostatnich lat poświęciłam mojej pasji – aktorstwu, teatrowi – teraz pewne rzeczy owocują. Film, w którym zagrałam, był prezentowany w Cannes i od razu został sprzedany do kilku krajów na świecie. W tej chwili przygotowuję się też do wystawienia spektaklu teatralnego. Chciałabym, żeby miał swoją premierę w Polsce w przyszłym roku. Kilka lat temu, po przeczytaniu pewnej książki, stwierdziłam, że na jej podstawie mogłaby powstać przepiękna sztuka teatralna. I powoli zaczęłam pracować nad tym, żeby to się stało. Po drodze różne zdarzenia odsuwały to w czasie: miałam wypadek na koniu i przez cztery miesiące leżałam unieruchomiona najpierw w szpitalu, potem w domu. Zdarzyła się też przepiękna historia z moim synem, za którego jestem losowi bardzo wdzięczna. Proces adopcji spowodował, że moje plany zawodowe znów się nieco odsunęły w czasie...

W międzyczasie wzięłaś też ślub.

Też. Wiele wydarzeń w moim życiu zbiegło się ze sobą w jednym czasie. Wygląda na to, że dopiero teraz jest ten moment, kiedy rzeczywiście będę się mogła temu projektowi bardziej poświęcić.

Wróćmy na chwilę do kina. W Cannes właśnie zaprezentowano film „Shanghai Belle”.

To historia pięciu młodych kobiet z różnych miejsc na świecie, każda z tych dziewczyn próbuje ułożyć sobie życie w Paryżu, w mieście z jednej strony otwartym, pięknym i estetycznym, a z drugiej mrocznym, gdzie nie wszystko jest takie kolorowe i ładne, jak się wydawało. Gram tam baletnicę, która przyjeżdża do Paryża i zostaje okradziona: paszport, walizka, pieniądze. Nie ma dokąd pójść, na ulicy spotyka mężczyznę, który oferuje pomoc. Ona ją przyjmuje, wprowadza się do niego, staje się totalnie od niego zależna. Szybko okazuje się, że on jest absurdalnie zazdrosny o wszystko, nawet o jej trenera – geja, z którym się przyjaźni. Zaczynają się kłótnie, kończą się tym, że on ją bije. Dochodzi do tego, że pewnego dnia bije tak mocno, że ona wreszcie decyduje się odejść. Skatowana wybiega na ulicę i tam pomaga jej obca dziewczyna, która odwozi ją do szpitala...

Kiedy zobaczyłaś siebie w takim stanie na dużym ekranie, to co sobie pomyślałaś?

 

Na tyle jestem w tych scenach niepodobna do siebie, że miałam wrażenie, że oglądam kogoś innego. Bardzo przeżyłam tę rolę. Przygotowując się do niej, obejrzałam mnóstwo filmów dokumentalnych o przemocy wobec kobiet. Sporo na ten temat czytałam i byłam zszokowana tym, że tak wielu to dotyka, nawet w krajach bardzo cywilizowanych. Spotykałam się z wieloma kobietami, które były bite przez swoich partnerów. Więc oglądając ten film, żyłam historią tych kobiet, nie patrzyłam na siebie.

Pokażesz ten film swoim dzieciom?

Może za kilka lat, bo to nie jest film dla dzieci. Za dużo tam agresji, przemocy, no i ja tam jestem w strasznym stanie. Zdecydowanie nie jest to film na dzisiaj.

Ta fabuła, przynajmniej początek filmu, to taka paralela do Twojego życia. Ty też jako młoda dziewczyna trafi łaś do Paryża. Miałaś więcej szczęścia od swojej filmowej bohaterki.

Pierwszy raz byłam w Paryżu jako 16-latka. Przyjaźniłam się z dziewczyną, z którą jeździłyśmy konno, paryżanką. Zaprosiła mnie na swoje urodziny. Mama zgodziła się na ten wyjazd i tak „zapadłam na Paryż”. Wróciłam zachwycona i mówiłam mamie, przyjaciołom, że nie rozumiem dlaczego, ale mam uczucie, że to jest moje miejsce na ziemi.

I wróciłaś tam jako modelka...

To były wakacje tuż po zdanych egzaminach na studia prawnicze. Za namową najbliższych pojechałam do Paryża, aby spróbować sił w świecie mody. Szybko zdałam sobie sprawę, że chociaż jestem szczupła i wysoka, to nie mam szans na wielką karierę w tej branży. Wtedy panował trend na wręcz anorektyczne dziewczyny, o tak zwanej dziwnej urodzie, więc przy moich kobiecych kształtach i typie urody... Bez żalu odpuściłam to sobie.

To wtedy w Paryżu poznałaś swojego pierwszego męża?

Tak. Ale miałam też wtedy w Polsce chłopaka, w którym byłam bardzo zakochana. To były czasy pierwszych telefonów komórkowych. Dzwoniliśmy do siebie co pięć minut. Rachunki za rozmowy doprowadziły nas do ruiny. (śmiech) Z tatą Mii zaczęłam się spotykać dopiero pięć lat później. Zakochałam się. Po pół roku musiałam podjąć decyzję: zostać w Polsce i kontynuować studia czy – tak jak podpowiada serce – wyjechać do Paryża. Pomyślałam: „Niech się dzieje, co chce” i wyjechałam. Pierwszy rok był trudny: nowi ludzie, nowe miejsca, język, którego nie znałam. Wiedziałam, że jeżeli mam się odnaleźć w tym kraju, gdzie mentalność jest zupełnie inna, to muszę się w nią „wbić”, zrozumieć ją i przyswoić. Podeszłam do tego bardzo ambitnie. Poszłam do szkoły, by opanować francuski. Uczyłam się nazwisk polityków, pisarzy, artystów. Odkryłam świetny sposób na połączenie wszystkiego – czytanie dziennika „Le Figaro” i oglądanie wiadomości. Informacje się pokrywały, więc pomagało mi to opanować pisownię i osłuchać się z językiem. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam rozumieć. Pamiętam, jak znajomi się ze mnie śmiali, że czytam konstytucję francuską, ale uznałam, że warto, bo to pokazuje, na czym ten kraj bazuje, jak myślą ludzie.

Akademickie podejście.

(śmiech) Wiedziałam, że wychodząc na jakiekolwiek spotkania, kolacje nie mogę...

...przynieść wstydu mężowi...

Nie. On nigdy by tak nawet nie pomyślał. Zawsze we wszystkim mnie wspierał. Robiłam to wszystko chyba głównie dla siebie, żeby dobrze się czuć w nowym i nieanglojęzycznym miejscu. Choć rzeczywiście przyjaciele – wtedy mojego męża, dziś też i moi – to ludzie niesamowitej klasy, często duże osobowości. A ja byłam bardzo młodziutką dziewczyną, która musiała się odnaleźć w zupełnie nowej rzeczywistości.

Tym bardziej że postanowiliście się pobrać.

Potem na świecie pojawiła się Mia. I wszystko zaczęło się kręcić wokół niej. Cudowny okres w moim życiu. Rola matki jest dla mnie absolutnie najważniejsza. Równocześnie po porodzie wróciłam do mojej pasji, czyli jazdy konnej, którą uprawiam od ósmego roku życia. To była nasza wspólna pasja, Jean-Manuel, mój były mąż, również trenuje jeździectwo sportowe. Ja też przez wiele lat startowałam w zawodach w skokach.

Tę pasję niejednokrotnie przypłaciłaś ciężkimi wypadkami.

Fakt, kilka razy dość fatalnie się połamałam. Miałam na przykład cztery razy operowane obojczyki.

I nie zraziło Cię to do treningów?

Nie zraziło mnie przede wszystkim do koni. Chyba coś w tym jest, że jak się zacznie uprawiać jakiś niebezpieczny sport w bardzo młodym wieku, to trudno się z tego wyleczyć. Odkąd pamiętam, marzyłam, żeby mieć własne konie i jeździć.

Twoje dzieci też jeżdżą konno?

Mia uwielbia zwierzęta. Kocha konie, ale niechętnie na nich jeździ. Może dlatego, że w pierwszym okresie jej życia miałam 20 konkursów rocznie, co oznaczało, że 20 weekendów byłam na zawodach, a ona ze mną. Tyle czasu spędzała przy koniach, że chyba było tego za dużo dla niej. I chociaż umie jeździć, to woli opiekować się końmi, niż trenować.

A Twój syn?

On kocha konie! W pierwszym okresie po adopcji, przez pierwsze pół roku byłam z nim non stop. Oprócz najbliższych, czyli Mii i mnie, zaprzyjaźnił się wtedy właśnie z jednym z koni. Siedział u niego w stajni i opowiadał mu takie rzeczy, że ja sama, słuchając tego, a w sumie podsłuchując z boku, płakałam. Na szczęście Shaanti już tego, z czego się wtedy zwierzał, nie pamięta.

To dobrze, że dzieci zapominają złe rzeczy.

Na pewno kiedyś do tego wrócimy, bo to jest jego przeszłość i będzie zadawał pytania, na które koń nie będzie mógł odpowiedzieć. (uśmiech) Ale to mu bardzo wtedy pomogło. W ogóle przebywanie na wsi ze zwierzętami bardzo go uspokajało.

Ile lat minęło od adopcji Shaantiego?

Ponad dwa i pół roku.

Jak do tego doszło, że zdecydowałaś się adoptować dziecko? Masz przecież córkę.

 

Adopcja, to, że ludzie decydują się stworzyć dom i rodzinę dziecku, które tego nie ma, zawsze wzbudzała we mnie emocje, wzruszała. Ale adopcja Shaantiego nie była zaplanowana. Po prostu życie przyniosło taką sytuację, w której stanęłam między wyborem serca a rozumem. Nie mogłam zachować się inaczej.

Przeczytałam gdzieś, że Twoja mama, a potem Ty wspierałyście dom dziecka w Białymstoku.

Moja mama po prostu jest wspaniałą osobą, która pomaga innym. Rozdaje, co ma. I właśnie z tego jej wielkiego serca te dzieci pojawiały się w domu. Odkąd pamiętam, jeszcze z dzieciństwa, moja mama w każde święta i wakacje zabierała do nas z domu dziecka dwóch chłopców, którzy nie mieli swoich rodziców. Więc już w bardzo młodym wieku wiedziałam od nich, co to znaczy nie mieć rodziców, co to znaczy żyć w domu dziecka i co to w ogóle jest dom dziecka. Zawsze, nawet jako mała dziewczynka, czułam, że jest w tym jakaś niesprawiedliwość. Ale nam, mnie i siostrze, to też dużo dało, czułyśmy się bardzo uprzywilejowane. Dzięki temu doceniałyśmy wiele rzeczy dużo bardziej. Choćby zwykłego całusa od mamy na dobranoc, wiedząc, że nie każde dziecko po takim zasypia.

Tym bardziej jest to wzruszające, bo wiem, że Twoja siostra bardzo ciężko chorowała, a mimo to Twoja mama miała jeszcze tyle serca, że pomagała opuszczonym dzieciom.

Jest naprawdę wyjątkową osobą. I wiesz, przy tym wszystkim, co robi, zawsze powtarza, że można by pomagać jeszcze więcej, tylko nie zawsze dostrzegamy okazje.

Często jest tak, że dzieci z domu dziecka wybierają sobie rodziców. Twój syn sobie Ciebie wybrał?

To jest niezwykła historia. Pewnie gdyby mi ktoś ją opowiedział, trudno byłoby mi w nią uwierzyć. Kilka lat temu mama jak co roku zawiozła prezenty na Boże Narodzenie do domu dziecka. Wtedy po raz pierwszy zobaczyła Shaantiego – małego chłopca płaczącego na korytarzu. Płakał, bo został rozdzielony z resztą rodzeństwa, które zaadoptowała rodzina z zagranicy. On był najmłodszy i nie miał jeszcze uregulowanej sytuacji prawnej, więc musiał zostać. Co było straszne, ale taką decyzję podjął ośrodek adopcyjny. Te święta spędził z moją mamą i później wielokrotnie spędzał u niej weekendy, a my z moją córką często byłyśmy wtedy w Polsce. Mia uwielbia być w Polsce, u swojej babci, cioci, przyjaźni się z dziećmi moich przyjaciółek. Pięknie mówi po polsku, a w swojej szkole w Paryżu podkreśla zawsze, że jest też Polką. Jest chyba najbardziej polską Francuzką, jaką można sobie wyobrazić. Więc spędziłyśmy z Shaantim sporo czasu. Bardzo się związaliśmy. Jako że Mia mówi do mnie „mamo”, to on nie słyszał mojego imienia. Moja mama też w sumie tak o mnie mówiła, na przykład: „Mia, powiedz mamie...” itp. Więc on też mówił do mnie „mamo”. Próbowałam mu nawet tłumaczyć, że może do mnie mówić „Kasia”, ale po kilku próbach zupełnie odpuściłam, bo nie miało to sensu. W pewnym momencie dowiedziałyśmy się, że znalazła się rodzina, która chce zaadoptować Shaantiego.

A nie przeszło Ci przez myśl, że Ty mogłabyś go adoptować?

Byłam przekonana, że nie mam szans. Samotna, po rozwodzie, z dzieckiem. Adopcja to bardzo skomplikowany, przede wszystkim prawnie i emocjonalnie, proces, więc sądziłam, że w moim przypadku nie ma takiej możliwości. Z jednej strony cieszyłyśmy się, że znalazł rodzinę, a z drugiej przeżywałyśmy to bardzo, bo wiedziałyśmy, że najprawdopodobniej więcej już go nie zobaczymy... W Wigilię jak zwykle zawiozłyśmy prezenty do domu dziecka i w korytarzu... spotykamy Shaantiego. On tam był! Podbiegł do nas z takim „bananowym” uśmiechem na twarzy. Okazało się, że został odwieziony! Wyobrażasz sobie? Ta rodzina go po prostu oddała, rozmyśliła się. Został odwieziony do domu dziecka bez żadnego wytłumaczenia. To było straszne. A najbardziej w tym wszystkim wzruszająca była jego nieświadomość tego, bo on do nas z tym uśmiechem, z wyciągniętymi ramionami biegł, zupełnie nieświadomy tego, co ma miejsce: że został „zwrócony” – to nawet brzmi po prostu strasznie. Zadzwoniliśmy do dyrektora domu dziecka, do najcudowniejszego człowieka na ziemi – naprawdę mam nadzieję, że takich ludzi w takich ośrodkach jest więcej – powiedział: „Oczywiście, niech będzie z wami w te święta”. I wtedy zaczęłam myśleć, że to nie może być przypadek, że to chyba po prostu tak ma być.

I tak zwyczajnie postanowiłaś, że już z Wami zostanie?

 

Miałam do niego olbrzymie uczucie, dużo serca, natomiast tyle niewiadomych, tyle pytań... To jest ogromna odpowiedzialność. Dyskutowaliśmy z rodziną przez całe święta o tym, co się wydarzyło, i w pewnym momencie, przy kolejnej rozmowie na ten temat, Mia, która siedziała z boku z nosem w Ipadzie, podniosła wzrok i powiedziała: „Mamo, ale ja nie rozumiem: dlaczego on nie zostanie razem z nami i nie będzie moim młodszym bratem?”. I właśnie to zdanie powiedziane zupełnie naturalnie, bez kalkulacji, bez zastanawiania się, jak to będzie, czy to się uda, było tak mocne, że wyczyściło to, co miałam w głowie, wszystkie wątpliwości. Czasami tak jest, że w środku się wie, że coś się wydarzy, prawie tak, jakby to już się stało, i tak było wtedy. W sercu Shaanti stał się moim dzieckiem. Jeszcze w święta zadzwoniłam do dyrektora domu dziecka i powiedziałam: „Panie dyrektorze, ja już nie chcę, żeby on wracał do domu dziecka. Zróbmy wszystko, żeby on został z nami. Będę walczyć”. I on na to wzruszony mówi: „Boże, pani Kasiu, to jest mój prezent na święta, to było moim marzeniem, tak pani dziękuję!”, „Jak to? To chyba ja powinnam dziękować...”. Nie wiedzieliśmy, kto komu ma dziękować. Shaanti nigdy już nie wrócił do domu dziecka, a mnie uczynił lepszą osobą, za co będę mu zawsze wdzięczna. Proces legalizacji tej sytuacji trwał aż do września, ale w międzyczasie dostałam wszystkie zgody na to, żeby przebywał już ze mną, i co najważniejsze – była już tak silna więź między nami, że trudno było inaczej.

I on to tak naturalnie przyjął, że jedzie z Wami do Paryża?

Tak, po prostu. Dla dzieci wiele rzeczy jest „tak po prostu”, to my, dorośli, zapominamy o tym.

A Mia nie miała ani razu pretensji, że cała uwaga, jaką dotąd miała, teraz jest podzielona między nią a Shaantiego?

Mia jest bardzo mądrą dziewczynką. Była taka w tym wszystkim dojrzała i z tak otwartym sercem, że wielokrotnie... kładłam się do łóżka, a w oczach miałam łzy ze szczęścia... Zdarzały się oczywiście momenty, jak to między rodzeństwem, że bywali, ale w taki uroczy sposób, zazdrośni: „Mamo, poleż ze mną!”, „O nie, teraz ze mną!”. Kończy się to często tak, że śpimy razem, a ja jestem niedospana, ale szczęśliwa. (uśmiech) Zawsze staram się rozdzielać uwagę sprawiedliwie pomiędzy oboje.

Radziłaś się psychologa, kiedy zdecydowałaś się adoptować Shaantiego? Dzieci po przejściach mogą potrzebować specjalnej uwagi, mogą mieć problemy z adaptacją. One mają przecież jakąś swoją historię, czasem trudną.

Przede wszystkim w trakcie procesu adopcyjnego przechodzisz różne testy, nasze były zupełnie inne niż standardowe, ponieważ byliśmy już związani ze sobą. Więc przechodziliśmy je wspólnie. Na początku korzystałam z rad psychologów, chciałam zrobić wszystko jak najlepiej, połączyć działania intuicyjne z racjonalnymi. Ale potem... myślę, że miłość zrobiła najwięcej. Shaanti jest cudownym, wrażliwym, mądrym chłopcem, mówi w trzech językach i zdaje się nie pamiętać trudnych momentów ze swojego życia. Kiedy zamknęliśmy proces adopcyjny, to był chyba najpiękniejszy dzień w życiu. Oczywiście każdy dzień spędzony razem jest darem, ale to było jak narodziny czegoś wyjątkowego, taka pewność, że już nic nas nie rozłączy. Dokument, który mówi, że jestem jego mamą i że ma tylko mamę...

Ten szczęśliwy finał nastąpił w takim okresie, kiedy Ty w Polsce zaczęłaś być rozpoznawalna jako dziewczyna Piotra Adamczyka.

W sensie formalnym – tak, ale Shaanti był już ze mną dużo wcześniej, zanim poznałam Piotra. Jak wspomniałam, o adopcję wystąpiłam sama i mój synek ma tylko mamę.

Podobno zmieniłaś synowi imię?

Na samym początku, kiedy tylko zamieszkał ze mną w Paryżu, po rozmowie z psychologiem we Francji i wysłuchaniu jego opinii na ten temat uznałam, że należy to zrobić. Wspólnie z synkiem wybieraliśmy mu imię. To było niesamowite, że dziecko samo w tym uczestniczyło. Nie mieszkamy w Polsce, więc nie musiałam się ograniczać do polskich imion. Jego przeszłość nie była kolorowa, wielu z nas nie przeżyło tego, co on do tamtego okresu, a „Shaanti” ma przepiękne znaczenie po hindusku – oznacza niesienie pokoju, spokój umysłu, wyciszenie, jest imieniem, które w Indiach noszą zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Mój syn sam je wybrał.

Niektóre media w Polsce przedstawiły tę historię – delikatnie to ujmując – fałszywie, pisząc, że wybrałaś to imię synowi, żeby sprawić przyjemność Piotrowi Adamczykowi, bo tak nazywa się jego koń.

Słyszałam o tym. To jakaś kompletna bzdura, niemająca w sobie cienia prawdy ani logiki, bo to imię pojawiło się, zanim w ogóle Piotra poznałam. Powiem z całą stanowczością: porównanie dziecka, szczególnie dziecka z taką ciężką przeszłością, do konia było dla mnie haniebne i niemoralne. Szokujące w swoim okrucieństwie, bezmyślności i głupocie tego, kto to wymyślił i napisał.

Czy wiążąc się z Piotrem Adamczykiem, spodziewałaś się, że to wywoła tak wielkie zainteresowanie Tobą, Waszym życiem? Że paparazzi będą Was śledzić, gazety pisać o Tobie?

Nie, bo na stałe nie mieszkałam w Polsce już od ponad 10 lat. Wtedy, gdy wyjeżdżałam, nie było tego wszystkiego, co dziś się dzieje w mediach. Były to początki internetu, który wszystko zmienił, także w show-biznesie. Chociaż we Francji jest inaczej. Oczywiście jest kolorowa czy brukowa prasa, natomiast nie tak agresywna, no i na pewno nie ma tam takiego życia internetowego, jakie jest tutaj, w Polsce. Funkcjonuje też inne prawo, które mówi, że za komentarze na stronie czy portalu internetowym odpowiada jej właściciel, co – jak można sobie wyobrazić – zmienia bardzo wiele. Poza tym ludzie, mam wrażenie, mają inną mentalność, żyją bardziej swoim życiem.

I nie plotkują?

Oczywiście, że plotkują. Wszędzie ludzie plotkują. Wystarczy poczytać Moliera – plotki istnieją od zawsze, zmieniają się tylko okoliczności, natura ludzka pozostaje taka sama. Natomiast tam ludzie o wiele mniej oceniają innych. Każdy ma prawo do bycia sobą. Dla przykładu: poprzedni prezydent rozwiódł się po raz drugi i ożenił po raz trzeci podczas pełnienia urzędu, i to na dodatek z kiedyś modelką, dziś piosenkarką. Obecny prezydent ma czwórkę dzieci z kobietą, z którą nigdy nie byli małżeństwem, a dzisiejsza pierwsza dama Francji, jego nowa partnerka, jest dwukrotną rozwódką. Nikt tego nie ocenia, nawet jakoś specjalnie się o tym nie mówi.

Pamiętasz pierwszy szok, kiedy dotarło do Ciebie, że w Polsce nie będziesz miała łatwo z tabloidami i portalami plotkarskimi?

Chyba wtedy, gdy kiedyś chcieliśmy wyjść z dziećmi z domu i nie mogliśmy przejść, bo „eskortowali” nas paparazzi. Wtedy rzeczywiście poczułam niepokój. Ale szczerze mówiąc, nigdy jakoś specjalnie nie poświęcałam temu uwagi.

A zastanawiałaś się, czy to właśnie, co się działo wokół Was medialnie, nie wpłynęło na to, że Tobie i Piotrowi się nie udało?

 

Jeżeli do naszego rozstania doszłoby z takiego powodu, tobym powiedziała, że tym lepiej, dlatego że związki buduje się na mocniejszym fundamencie niż nieudolność w rozwiązywaniu problemów tego typu.

Na przykład na wspólnej pasji. Oboje jesteście aktorami. Ty jesteś wychowanką słynnego Johna Strasberga, syna Lee Strasberga, u którego uczyły się takie gwiazdy, jak Marilyn Monroe.

Myślę, że z Johnem będziemy spotykać się do momentu jego emerytury (uśmiech) i kresu mojej pracy w tym zawodzie. Na tym polega jego metoda. Aktor uczy się do końca swoich dni. Z Johnem pracuję raz, a czasami dwa razy do roku, na intensywnych warsztatach. Nie uwierzyłabyś, kto do niego przychodzi. Nazwiska z wielkimi nagrodami filmowymi na koncie stawiają sobie pytania: „Czy na pewno?”, „Czy to tak?”, „Czy mogę jeszcze coś poprawić, zrozumieć w swojej pracy?”. Aktorzy, którzy – wydawałoby się – nie powinni zadawać sobie tego typu pytań. A jednak oni ciągle się kształcą. Przychodzą do Johna, bo potrafi wydobyć z nich wciąż nowe rzeczy, o których każdy aktor marzy. To jest często dla nich trudne, ale też bardzo twórcze.

A kiedy słyszysz, że człowiek, który jest Twoim absolutnym guru, jeśli chodzi o aktorstwo, mówi tak, jak dziś powiedział mi o Tobie: że jesteś dobrą, dojrzałą aktorką, to co sobie myślisz?

To olbrzymi komplement usłyszeć coś takiego od niego i zawsze wtedy zastanawiam się, czy na pewno na to zasługuję. Bo to jest właśnie to pytanie, które powinnaś sobie stawiać, gdy zaczynasz się uczyć. John w swojej metodzie przekazuje umiejętność oceny własnej pracy i to bardzo pomaga, bo wtedy nie potrzebujesz do końca opinii drugiej osoby i też się tak nie przejmujesz krytyką.

A czy Ty masz dziś plan na karierę aktorską? Że teraz podbijesz Hollywood?

W moim życiu najważniejsze są dzieci i pod nie układam cały świat. Na pewno ważny jest też teatr i spełnienie mojego marzenia, czyli stworzenie i zagranie roli bardzo dla mnie ważnej, o której mówiłam. Ale nie mam wielkiego ciśnienia, żeby pędzić i robić karierę na siłę. Oprócz tego jestem realistką, mam 33 lata, a w Hollywood są tysiące młodych, zdolnych, pięknych ludzi z wielkimi marzeniami. Jednocześnie wiem, że w życiu aktora pojawiają się okazje, których nie należy przegapiać, i trzeba mieć odwagę, by działać. Kształciłam się, by być aktorką z zawodu, ale przede wszystkim jestem mamą.

Bije od Ciebie spokój. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, idąc śladem doniesień plotkarskich portali, że możesz sobie na to pozwolić, bo nie musisz pracować. Bo były mąż do dziś Cię utrzymuje i masz tyle pieniędzy, że możesz nic już nie robić do końca życia.

Może to dobry moment, żeby zdementować te plotki. Nikt mnie nie utrzymuje. Miałam dużo szczęścia, że w trakcie mojego życia we Francji udało mi się połączyć ze sobą odpowiednich ludzi w odpowiednim miejscu i czasie, co zaowocowało dobrymi inwestycjami, i dzisiaj rzeczywiście nie muszę pracować, by utrzymać rodzinę. Może to zabawnie zabrzmi, bo mój były mąż jest człowiekiem sukcesu, ale w swoim czasie pomogłam mu zrealizować dwa poważne kontrakty, dzięki którym dziś mogę funkcjonować tak, że czas dzielę między moje dzieci a pasje. Mam w sobie dużo wdzięczności dla losu, za taką hojność. I pewnie też jest to jeden z powodów, dla których mam w sobie ten spokój, o którym mówisz. Z drugiej strony spokój daje mi to, że jestem pogodzona ze sobą, z życiem.

Z Twoim pierwszym mężem pozostajesz w przyjacielskich relacjach. Mimo rozstania.

Naprawdę życzę każdemu związkowi, żeby miał takie relacje, jakie my mamy ze sobą po rozstaniu. Oboje wiemy, że sporo w tym wspólnej pracy, bo wiadomo, że przy rozwodzie jest dużo emocji, nerwów. Ale ja nie potrafię być złośliwa, raczej nie reaguję impulsywnie, zawsze staram się powstrzymać od negatywnych reakcji. Naprawdę trzeba mnie bardzo sprowokować, żebym „oddała”. Wiele potrafię wziąć na siebie, co nie znaczy, że w środku nie cierpię, ale wychodzę z założenia, że złym nie osiągniemy dobrego.

Mam wrażenie, że podobnie zachowałaś się podczas rozstania z Piotrem Adamczykiem. Nie padło z Twojej strony ani jedno negatywne zdanie, ani jeden złośliwy komentarz.

Bo to niepotrzebne. Jeżeli ludzie, którzy się kochali i dzielili ze sobą życie, się rozstają, warto skupić się na tym, co było dobre. Emocje, nerwy z czasem mijają, stają się nieistotne. Często potem nawet nie pamiętamy, dlaczego doszło do nieporozumień. Staram się więc pamiętać o tym, co było w miłości i związku najpiękniejsze. Szanować drugiego człowieka. Przypadku ojca mojej córki najważniejszym powodem była ona. Dobre relacje między rodzicami są fundamentalne dla komfortu i bezpieczeństwa dziecka. Dzielimy opiekę nad Mią, ale jeżeli córka powie, że danego dnia woli zostać dłużej u taty, nie ma z tym żadnego problemu. Każde z nas chce, żeby ona była w tym wszystkim szczęśliwa.

Przed Tobą drugi rozwód. Z takim nastawieniem powinno być prościej przez niego przejść.

Nie mieliśmy ślubu cywilnego, więc nie będzie rozwodu. Rozstaliśmy się i jeśli można powiedzieć po prostu, to właśnie tak to ujmę.

Komu się wypłakujesz, kiedy jest Ci źle? Masz taką osobę, do której możesz zadzwonić w środku nocy? Kogoś, kto pomaga i ostatnio też pomógł Ci przetrwać ciężkie chwile?

 

Moja mama jest kimś takim, z kim zawsze mogę porozmawiać. Jest też moja siostra, przyjaciółka Jola jeszcze z dzieciństwa, „brat” Maciek i tata Mii. Mam dużo szczęścia, bo jest wiele bliskich mi osób, które kocham, z którymi mogę się podzielić problemami i radościami. Wszystkie przyjaźnie staram się pielęgnować i wszystkie trwają od lat. Ale szczerze, kiedy jest ten pierwszy moment, gdy jest źle, muszę to przepracować najpierw sama.

Płaczesz w poduszkę?

Nie jestem jakoś wyjątkowo płaczliwa. Jeśli płaczę, to raczej ze wzruszenia. Skrajnie reaguję w sytuacji, kiedy odchodzą bliscy, wtedy rzeczywiście pojawiają się łzy, potrafię się zamknąć na wiele dni i nie dopuszczać do siebie nikogo. A przy niepowodzeniach życiowych raczej gubię kilogramy, niż płaczę.

To znaczy, że jak jesteś bardzo chuda, to jest bardzo źle?

W ogóle jestem chuda, taką mam budowę, ale stres mnie chętnie zjada. (śmiech)

Powiedziałaś, że płaczesz, kiedy odchodzą bliscy…

Niestety. Kilka lat temu zmarł mój tata, zginął w wypadku samochodowym. I to było bardzo trudne. Później, po tacie, tata taty, co było dla mnie jeszcze trudniejsze, bo byłam bardzo związana z dziadkiem. Był adwokatem, niezwykle eleganckim mężczyzną, zawsze w garniturach szytych na miarę. Kochał mnie absolutnie i bezkrytycznie. Tak jak ja jego. Dał mi taką męską akceptację i miłość, która jest bardzo ważna w życiu dziewczynki, a później kobiety. To on mnie odprowadzał na lekcje fortepianu, na zajęcia pozalekcyjne. Kiedy zginął mój tata, który nie mieszkał z nami, dziadek bardzo to przeżył. Jest coś nienaturalnego w tym, że syn odchodzi przed ojcem. Dziadek zmarł rok po nim. Na szczęście w ostatnich jego chwilach dane nam było przeżyć przepiękną historię. W tym ostatnim roku zabrałam dziadka do Francji. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu. Woziłam go na wózku inwalidzkim po całym Paryżu, jeździliśmy na piwo, na lody. Kiedyś pojechaliśmy do katedry Notre Dame, w której dziadek poprosił, żebym kupiła mu medalik. Czuł, że niedługo odejdzie, więc pytał mnie często, co chcę, żeby mi zostawił w testamencie. Nie chciałam nic materialnego, bo mam trójkę rodzeństwa, uznałam, że oni powinni się podzielić między sobą, więc poprosiłam dziadka tylko o ten medalik. W dniu jego śmierci spadłam z konia, połamałam się i nie mogłam pojawić się na pogrzebie, bo w tym czasie byłam operowana... Niezwykłe...

Może dziadek nie chciał, żebyś płakała?

Ale trudno było, cholera, nie płakać, nawet będąc daleko. Pamiętam, że w szpitalu martwiłam się, że ten medalik przepadnie... Na szczęście moja siostra znała tę historię, wiedziała, jakie to było dla mnie ważne, i zatrzymała dla mnie ten medalik. Noszę go do dziś. Albo mam go gdzieś w kieszonce, albo na szyi. Może to nieracjonalne, ale z nim jakoś czuję się bezpieczniej, tak jakby dziadek zawsze przy mnie był... (uśmiech)

Jak teraz będzie wyglądało Twoje życie?

Mój dom jest w Paryżu, dzieci tam chodzą do szkoły. Ale we Francji uczniowie mają w sumie cztery miesiące wakacji, więc możemy sobie pozwolić, żeby być w wielu miejscach w ciągu roku i tak naprawdę dzielić czas między Paryżem a Polską czy Nowym Jorkiem. W najbliższym roku chcę się skupić na sztuce teatralnej. Jest to duże wyzwanie, dużo pracy, ponieważ powstaje ona zupełnie od zera, będą w tym brały udział osoby z różnych miejsc na świecie.

A znajdzie się w Twoim życiu miejsce na nową miłość?

Nie planuję sobie miłości. Nie da się zaplanować tego, że w kimś się zakochasz, więc trudno powiedzieć, czy to będzie za rok, jutro czy za godzinę... (uśmiech) Ale w tym momencie dobrze mi jest samej.