Pierwszy kontakt z Czarnym Lądem i z drugim co do wielkości portowym miastem Afryki, jakim jest Mombasa, przyprawia o zawrót głowy. Uderzają nas gorące fale powietrza, olśniewający blask słońca, gwar na ulicach, bajecznie kolorowe ptaki, które kłębią się nad głowami w gęstwinie drzew uginających się od ciężaru egzotycznych owoców. Miasto założyli w XVI w. przybysze z Portugalii i od tamtej pory mieszają się wpływy kultury arabskiej, afrykańskiej, indyjskiej i europejskiej. Słyszymy więc śpiew muezzina nawołującego do modlitwy, a z oddali dobiegają odgłosy bębnów i afrykańskiego disco.

Wszystko toczy się tu według zasady „Hakuna matata”, czyli w wolnym tłumaczeniu: „Nie przejmuj się niczym”. Zastosowaliśmy się do tej zasady i rozgościwszy się w hotelu, delektowaliśmy się świeżo wyciskanym sokiem z melona i mango i obserwowaliśmy kołyszące się na fali łódeczki rybaków. Wokół baraszkowały małpy, a trawa była pokryta opadającymi z drzew przekwitłymi kwiatami magnolii. Musieliśmy zbierać siły, bo czekała nas nie lada wyprawa.

Wyruszyliśmy pod najwyższy szczyt Afryki – Kilimandżaro – do miejsca, które rozsławił film „Pożegnanie z Afryką” z Robertem Redfordem i Meryl Streep. Do hoteliku w samym sercu malowniczego Parku Narodowego Tsavo trafiliśmy nocą. W gęstwinie krzewów było gwarno jak w dzień. To zwierzęta wychodziły do wodopoju. Rankiem uzbrojeni w aparaty fotograficzne ruszyliśmy na nasze pierwsze safari. Kiedy zza drzew wyłoniła się żyrafa, nie mogliśmy powstrzymać okrzyku radości. Po horyzont ciągnęła się sawanna, a przed nami widać było ośnieżony szczyt Kilimandżaro. „Teraz czuję Afrykę – westchnęła Olga. – Bardzo lubię takie bezkresne przestrzenie”.

O zachodzie słońca zobaczyliśmy stado słoni. Te wielotonowe kolosy, z których każdy zjada dziennie ok. 170 kg liści i traw, majestatycznie i delikatnie przeszły koło naszego jeepa. W pewnym momencie jeden słoń odłączył się od stada i powędrował w przeciwnym kierunku. Okazało się, że byliśmy świadkami bardzo ważnego momentu – młody słonik wchodził w dorosłe życie. „Oglądam wiele filmów przyrodniczych, ale kiedy takie rzeczy dzieją się na naszych oczach, to robi piorunujące wrażenie” – szepnęła Olga. Zamilkliśmy, bo obok nas przemknęła hiena. Dopiero kiedy z wody wyłonił się hipopotam, podkuliła ogon i pognała dalej. Po tych doświadczeniach rejs po rzece Ramisi, oglądanie lasów namorzynowych, pelikanów i orłów było już czystą przyjemnością.

Na koniec nasze zmysły ukoiła kąpiel w oceanie oraz popijanie mleczka z orzechów kokosowych, które chłopcy z miejscowej wioski strącali z palm. Kolejnym etapem podróży były wioski masajskie. Kiedy Masajowie wybiegli nam na powitanie, stanęliśmy osłupiali, zachwyceni ich strojami i ozdobami. Chwyciliśmy się za ręce i odtańczyliśmy szalony taniec. Olga została poinstruowana, jak ma się leczyć korą z drzew, ponieważ Masajowie, gdy tylko dowiedzieli się, że jest aktorką, otoczyli ją niebywałą czcią i szacunkiem. Jeden z Masajów o imieniu Butu życzył jej, by zagrała w amerykańskim filmie. Sam doskonale wiedział, gdzie leży Polska. „Przyjeżdżamy tutaj z przekonaniem, że Afrykanie nic o nas nie wiedzą. A oni są spragnieni wiedzy i kładą wielki nacisk na edukację. To, że mają sandały z opon samochodowych, o niczym nie świadczy. Poczułam z nimi ogromną wspólnotę” – mówi Olga.

„Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy po długiej rozmowie Butu wziął mnie za rękę i krzyknął: »Run, run with me, Olga!«. Zapragnęłam być wolna jak on”. I dodaje: „Wyjeżdżałam na tę wyprawę trochę przerażona i w gruncie rzeczy niechętna Afryce. Teraz nie wyobrażam sobie, żebym tu nie wróciła”. Na jej nadgarstku widać kolorową bransoletkę z koralików. Pamiątkę z wioski Masajów. Od Butu.