Dzięki rolom w filmach „Robin Hood. Książę złodziei”, „Bodyguard”, czy „JFK” dostał się do czołówki Hollywoodzkich gwiazd lat 90-tych. W tym czasie niemal nikt nie wiedział, że Costner jest zapalonym muzykiem – ta pasja poszła w odstawkę wobec nabierającej rozmachu kariery aktorskiej. Nadszedł jednak czas na jej powrót do łask – aktualnie Kevin Costner i jego zespół Kevin Costner and Modern West koncertują w Niemczech. I choć gwiazdor ma już 55 lat, jego oczy nadal błyszczą jak u młodego chłopaka, gdy opowiada o swojej miłości do rock’n’rolla.

GALA: Każdy, kto widział Cię na scenie z pewnością powie, że jesteś muzykiem z krwi i kości. Czy bierzesz pod uwagę porzucenie aktorstwa i całkowite skupienie się od teraz na muzyce?

KEVIN COSTNER: Nie. Nie jestem jeszcze pewien, jakie powinny być proporcje, ale sądzę, że w mojej przyszłości obecny będzie i film, i muzyka. Ja przede wszystkim uwielbiam opowiadać historie, bez względu na to, czy trwają trzy minuty, czy trzy godziny.

GALA: A tak właściwie, to dlaczego nigdy nie wystąpiłeś w musicalu?

KEVIN COSTNER: Grałem w musicalach, zanim zacząłem karierę filmową.. A gdy już zdobyłem popularność... Wiesz, nie ma wcale tak wielu musicali i jakoś nigdy nie było odpowiedniej roli dla mnie.

GALA: Do zajęcia się karierą muzyczną zachęcała Cię twoja żona Christine. Dlaczego potrzebowałeś takiego bodźca?

KEVIN COSTNER: Ja po prostu o tym nie myślałem. Christine znalazła moje stare nagrania i posłuchała ich. Powiedziała, że wprawiły ją w doskonały nastrój i nie rozumie, czemu już nie gram. I delikatnie zaczęła mnie namawiać. Nie byłem do tego przekonany, bo mam naprawdę sporo pracy w biznesie filmowym i nie miałem ochoty dokładać sobie kolejnej rzeczy. Ale ona była głęboko przekonana, że to mnie uszczęśliwi.

GALA: Czy twoje dzieci lubią muzykę?

KEVIN COSTNER: Tak, dwoje najstarszych ma nawet swoje zespoły: Lily gra jazz, a Joe rock’n’rolla.

GALA: Sądzisz, że miałeś na to jakiś wpływ?

KEVIN COSTNER: Nie mam pewności, ale wydaje mi się, że jest pewien związek. Z pewnością widzieli, ile radości daje mi granie. Mój syn aktualnie studiuje w college’u i jest operatorem w niezależnym studenckim filmie. Z pewnością mój zawód i to, czym się zajmuję ma wpływ na moje dzieci. Ale jeśli chodzi o muzykę, to oboje piszą lepsze piosenki niż ja!

GALA: W dzieciństwie brałeś lekcje gry na pianinie. Czy grasz nadal?

KEVIN COSTNER: Nie i bardzo nad tym boleję, bo byłem w tym całkiem dobry. Uczyłem się muzyki klasycznej, nigdy nie miałem okazji grać na pianinie rock’n’rolla. Dlatego jako chłopiec szybko się zniechęciłem. Rodzice zawsze mi powtarzali: „Musisz to grać. Nie płacimy za lekcje rocka, masz grać tylko takie utwory.”

GALA: Zespół Kevin Costner and Modern West istnieje od dwóch lat. Czy możesz wyjaśnić, jak w twojej grupie przebiega proces twórczy?

KEVIN COSTNER: Czasem jest tak, że każdy z nas przychodzi z nową piosenką, czasem dwie osoby pracują razem. Mieszkamy w różnych częściach Stanów Zjednoczonych, więc często wysyłamy sobie piosenki przez internet w postaci plików mp3. Czasem, gdy taka propozycja wydaje się dobra, nikt już nie chce niczego zmieniać. Jednak ostateczną decyzję podejmuję zawsze ja. Jeśli piosenka mi się nie podoba, to po prostu tak jest i nic tego nie zmieni. Jeśli mi się podoba, ale coś jest z nią nie tak, np. linia melodyczna, dalej nad nią pracujemy. Potem decyduję, co wejdzie na stałe do repertuaru koncertowego, a co nie.

GALA: Kto wymyślił nazwę Modern West? Czy ma ona jakieś specjalne znaczenie?

KEVIN COSTNER: Dla każdego zespołu przychodzi moment, gdy trzeba pomyśleć nad nazwą. John (Coinman, przyp. red.) i ja jesteśmy z zachodniej części Stanów. Wzięliśmy zatem słowo „west” i dodaliśmy „modern” (nowoczesny, przyp. red.). Chcieliśmy w ten sposób podkreślić, że nie zamierzamy z naszą muzyką tkwić w przeszłości. Nie jesteśmy zespołem country - gramy rock’n’rolla. Oficjalnie występujemy jako Kevin Costner and Modern West. To była decyzja zespołu, aby na początku nazwy umieścić moje nazwisko. Uważali, że to pomoże naszej grupie. Ja o to nie zabiegałem – wolałbym po prostu Modern West. Ale reszta chłopaków była nieugięta.

GALA: I jak to teraz oceniasz? Czy twoje słynne nazwisko pomaga waszemu zespołowi?

KEVIN COSTNER: Na pewno pomogło wywołać zainteresowanie grupą. Ale są też negatywne aspekty – na przykład niektórzy nie wierzą, że jesteśmy prawdziwymi muzykami. Dlatego najbardziej lubię grać na żywo. Nigdy nie zależało mi specjalnie na wydaniu płyty – dla mnie najważniejszy jest kontakt z publicznością. Stojąc na scenie czuję, że robię coś szczerego, absolutnie autentycznego.

GALA: W dzisiejszym showbusinessie chodzi przede wszystkim o to, aby mieć hit. Co ty o tym sądzisz?

 

KEVIN COSTNER: Nigdy nie przywiązywałem do tego znaczenia. To znaczy, mieliśmy kilka hitów, ale nie sądzę, że to coś, co naprawdę się liczy. Z całą pewnością wartości człowieka nie mierzy się poprzez ilość pieniędzy, jaką on posiada. Piękna osoba niekoniecznie od razu jest dobra – tego trzeba się dopiero samemu dowiedzieć. Nie jestem uzależniony od sławy. Jeśli ktoś mi mówi „Nie powinieneś zajmować się muzyką, Kevin. Możesz się ośmieszyć, a to będzie miało katastrofalny wpływ na twoją karierę,” moja odpowiedź to: „O czym ty mówisz? Ja po prostu żyję po swojemu.” Nie chcę żyć w strachu, ani rezygnować z pewnych rzeczy tylko dlatego, że tak jest bezpieczniej.

GALA: Co jako muzyk sądzisz o aktualnej próbie powrotu na szczyt przez Whitney Houston?

KEVIN COSTNER: Wysłuchałem nowej płyty. Ale nie jestem obiektywny – ona jest moją przyjaciółką, byłem częścią jej życia gdy była na szczycie. Dlatego życzę jej jak najlepiej. I mam nadzieję, że miarą sukcesu nie będą dla niej jedynie wyniki sprzedaży płyty. W końcu powraca ona jako osoba, a nie tylko wykonawca piosenek na płycie.