Niedawno skończyłaś czterdziestkę. To był dla Ciebie jakiś przełom?

Nie przeżyłam tego w żaden szczególny sposób. Ja w ogóle nie lubię tzw. okazji – Nowego Roku czy dnia swoich urodzin. Nie dlatego, że mija czas, tylko dociera wtedy do mnie, że wielu rzeczy nie zrobiłam i już nie zdążę ich zrobić. Kobiety w moim wieku są dzisiaj tak aktywne, że o żadnym starzeniu się nie może być mowy.

Ty to masz szczęście, chciałoby się zacytować tytuł serialu, w którym właśnie grasz główną rolę. Zobacz, ile aktorek narzeka, że po czterdziestce nie ma pracy.

To prawda, ale to nie zależy od wieku, tylko od sytuacji kobiet w kinie. Aktorki z założenia mają mniej propozycji od swoich kolegów. Robimy filmy o mężczyznach, które w większości są reżyserowane i produkowane przez mężczyzn. Kobieta dopowiada historię głównego bohatera, jest bardziej formą niż treścią. Rzadko powstają takie filmy jak „Róża”, gdzie kobieta i mężczyzna opowiadają swoje historie i po drodze się spotykają. Tak piękny film o miłości, wzruszający i bolesny, nieczęsto można zobaczyć.  

Twoja bohaterka w „Róży”, która po wojnie chce wraz z rodziną osiąść na Mazurach, nie spodziewa się, jak wielkiej potrzeba siły, by się tam utrzymać na powierzchni życia. Jest wiarygodna również przez swoją fizyczność – tęga, przysadzista, daje poczucie bezpieczeństwa. Ale Ty dzisiaj masz młodzieńczą sylwetkę. Na zmianę wizerunku zdecydowałaś się dla kolejnej roli czy dla siebie samej?

To mój zawód, używam ciała w sposób świadomy. Chudnięcie czy tycie nie jest dla mnie tematem publicznej dyskusji.

Zawsze eksperymentowałaś z wizerunkiem. Miałaś odwagę ogolić głowę na łyso, kiedy śpiewałaś piosenkę Republiki „Psy Pawłowa”, do roli w „Ciszy” schudłaś dziesięć kilogramów.

Ekscytujemy się tym, że aktor chudnie do roli, ale nie wyobrażamy sobie, że aktorka potrzebuje przytyć do filmu. Dla większości kobiet to przerażające, bo takie są stereotypy. I nawet jako aktorzy też jesteśmy „używani” w takim stanie, w jakim akurat jesteśmy. Przecież wśród wielu aktorów reżyser i tak znajdzie odpowiadającego mu fizycznie bohatera.

Charlize Theron do roli w „Monster” przytyła 20 kilogramów!

Amerykańscy aktorzy mają ten komfort, że nad ich wizerunkiem pracuje sztab ludzi. Kiedy Meryl Streep gra Margaret Thatcher, jej przemiana nie polega tylko na założeniu peruki i szkieł kontaktowych. To praca nad całością postaci – jak bohater chodzi, jak gestykuluje. Wandę Sochę z filmu „W ciemności” Agnieszki Holland wyobrażałam sobie jako osobę ciepłą, mięsistą, silną. Jeżeli to się czuje z ekranu, to dobrze. Aktor powinien pracować całym sobą.

Ale Ty podobno schudłaś dla romansu z Arturem Żmijewskim, tak czytałam. Bo w końcu ile lat można „bezkarnie” grać z tym samym aktorem?!

Tak, kochamy takie newsy. „Tajemnicza miłość Ojca Mateusza i Natalii”, „Kobieta schudła z miłości do księdza”, brzmiał tytuł na okładce jednej z kolorowych gazet. Śmieliśmy się z tego z Arturem. Teraz, żeby zwrócić na siebie uwagę mediów, należałoby jednorazowo przybierać 30 i chudnąć 30 kilogramów. Nie wchodzę na fora internetowe, nie czytam takich rewelacji. Żartujemy z moim obecnym serialowym mężem Jackiem Braciakiem, że Facebook dla nas to „piekło i szatani”. Nie jestem na żadnym internetowym portalu, bo mnie to nie interesuje. Trudno dopasować swój wizerunek do oczekiwań wszystkich. Niedawno w trakcie spaceru minęła mnie para na rowerach. Usłyszałam: „Patrz, patrz! To jest ta aktorka serialowa”. Oto, jakim wielkim medium jest telewizja, codzienny serial. Najbardziej ambitne kino największych polskich reżyserów nie jest w stanie z nią konkurować. Nie ma się co na to dąsać.

Ludzie nadal Cię pozdrawiają „Szczęść Boże”?

Tak. To jest zabawne i wzruszające, że do tego stopnia utożsamiają moją rolę ze mną. Jechałam taksówką i naraz pan taksówkarz zagaduje: „Czy mogę panią o coś zapytać? Czy pani gra w  »Ojcu  Mateuszu«? Czy pani może ostatnio schudła?”. Mówię: „Tak, trochę”. A on: „Boże, od razu gorzej pani gra tę Natalię”. Niezwykła szczerość. Ale stoi za tym oczywiście nasze wyobrażenie, że gospodyni księdza musi być starszą, grubszą, raczej nieatrakcyjną kobietą. Ten pan nie jest jedynym, który uważał, że moja zmiana wizerunku zaszkodziła postaci Natalii. A ja mam nadzieję, że zbudowałam moją bohaterkę nie tylko z wyglądu zewnętrznego. Ona ma określony charakter, określone relacje z ludźmi.

Zawsze mocno wchodziłaś psychicznie w swoje postaci – tak było w „Bożej podszewce”, w „Ciszy”, „Czterech nocach z Anną”, „Domu złym”. Ale im dalej, tym Twoje filmowe role są coraz mroczniejsze. Pamiętam, jak po „Ciszy” prosiłaś Piotra, żeby Cię „zamknął w piwnicy”. Czy z czasem jest Ci łatwiej?

Z czasem nabierasz mądrości i wiesz, że musisz dać sobie prawo do pożegnania. Kiedy wchodzisz w bliskie relacje z reżyserem, partnerem filmowym, co jest normalne podczas pracy nad filmem, to naturalne jest też pożegnanie się z tym światem, którym żyłaś dzień w dzień. Nagłe odcięcie tego jednym ruchem nie jest możliwe.

Potrzebny czas jak na żałobę...

 

Na planie „W ciemności” dziewczynka, z którą grałam, ostatniego zdjęciowego dnia była smutna. Nie wiedziałam, co robić. Pytam jej tatę: „Co się dzieje? Dlaczego ona płacze?”. „Bo to się kończy i jej jest smutno”. Aktor po skończonej roli jest w podobnym stanie. Nie lubię aktorstwa, w którym stawia się granice: to ja, a to moja postać… Oczywiście, nie jestem cały czas Wandą Sochą, kiedy gram w filmie „W ciemności”. Ale ona zaprząta moje myśli, wyobraźnię, skojarzenia i na tym też polega piękno mojego zawodu – mam prawo przeżyć stany, których normalny człowiek nie przeżyje. Może je tylko sobie wyobrażać. A ja mogę się z nimi zmierzyć. To jest czasem bolesne, a czasem zabawne. Trzeba umieć się pożegnać, dać sobie na to szansę. I to samo odejdzie.

Jesteś w tej luksusowej sytuacji, że możesz sobie pozwolić na życie rolą, filmem, gdyż potem masz dokąd wrócić – czeka na Ciebie rodzina.

Powinno się mieć takie zaplecze. Na pewno trzeba pracować nad tym, żeby mieć do czego wracać, i to obie strony muszą nad tym pracować. Mojemu mężowi na pewno jest ciężko, kiedy zostaje sam na długi czas, a ja poświęcam się pracy i ograniczam do kontaktów telefonicznych. Ile razy można mówić: „No i co tam u ciebie?”. Po jakimś czasie wpada się w rutynę: „Wstałam o ósmej, zjadłam śniadanie, poszłam do pracy...”. Ciągle to samo. Nic innego nie robię. Zagrałam taką scenę albo inną. Trudne jest życie przez telefon. Ale z drugiej strony ja też mam taką potrzebę. Pytam Antka: „I jak tam było w szkole?”.

I co zjedliście na obiad.

Mąż ma duże poczucie humoru. Przysyła mi zrobione aparatem telefonicznym zdjęcia dań, które ugotował na obiad, a to kanapek na stole, a to Antka jedzącego śniadanie, myjącego zęby. Fotografuje dla mnie życie codzienne. Żeby mi się wydawało, że wszystko jest w porządku…

Jeden z filarów związku to pozwolić partnerowi na jego rozwój, wspomagać go w tym.

Bywa, że jedno z nas musi ze swojej aktywności zawodowej na pewien czas zrezygnować, jak teraz mój mąż. Ale trudno jest żyć życiem partnera. To wielkie ze strony mojego męża. Ma swoje pasje i marzenia, a ja staram się pomagać mu je realizować i jestem mu megawdzięczna za pomoc. Jak też mojej rodzinie.

A może po prostu powinniście się całą rodziną przenieść do Warszawy? Tu jest więcej pracy.

Każdy ma swoje miejsce. Być tu tylko po to, żeby coraz więcej pracować? We Wrocławiu mamy swój świat. Praca zawodowa jest ważna, ale to nie wszystko. Być może kiedyś pojawi się taka potrzeba. Nie chcę, żeby mąż poświęcił się dla mnie i do końca życia nie pracował. To nikomu z nas nie przyniesie radości. 

Seriale to inna strona filmowego medalu, odbieram je jako Twój „odpoczynek wojownika”. Jesteś w nich kobietą domową, pogodną.

Dla mnie ważna jest różnorodność, poszukiwanie. Rozmawialiśmy dzisiaj z Tomkiem Karolakiem, że teatr jest jak szkatułka, do której wkłada się różne skarby. Rzeczy, które w sobie odnajdujesz i które możesz gromadzić, by potem z nich korzystać. Serial nigdy taką szkatułką nie będzie.

A mówi się, że to łatwy kawałek chleba.

Potwornie ciężki, to „poligon wojskowy”. Gramy po 17 scen dziennie przez 12 godzin. Paleta emocji, przeżyć, uczuć w ciągu jednego dnia! Sztuką jest nie zwariować. Ale serial „Ja to mam szczęście”  jest świetnie napisany przez Karola Klementowicza. Niektóre sceny z Jackiem Braciakiem musimy nagrywać osobno, bo humor tego tekstu rozkłada na łopatki. 

Macie już za sobą małżeńskie doświadczenie – to już Wasz drugi, po „Róży”, związek. 

Trzeci! Debiutowałam w roli żony Jacka w serialu „Pokój 107”. Byliśmy parą studentów. A teraz jesteśmy już kobietą po przejściach i mężczyzną z przeszłością, a nasze dzieci się zestarzały. 

Mąż nie jest zazdrosny?

Powiedziałam Piotrowi: „Wszystko zostanie w rodzinie”. Jestem wdzięczna za tak wspaniałego partnera, jakim jest Jacek Braciak. Gramy razem praktycznie wszystkie sceny. Ani razu mnie nie zawiódł. Mam do Jacka ogromne zaufanie, śmiejemy się z siebie w sposób okrutny, nie zostawiając na sobie suchej nitki. Ale to serdeczne żarty. Pozwalamy sobie na nie, ponieważ się lubimy i szanujemy. A proszę mi wierzyć, można partnera znienawidzić. Nie męczymy się w swoim towarzystwie, nawet kiedy jest wyjątkowo ciężki dzień i nie wstaliśmy prawą nogą.

Twój syn nie jest zazdrosny o to, że w serialu matkujesz obcym dzieciom, podczas gdy on siedzi sam we Wrocławiu?

Nie, nie. Nawet chce poznać moje serialowe córki (śmiech). Antek skończył 14 lat i jest wielkim facetem, który ma swoje życie. Z Piotrusiem mają wspaniały kontakt! Ale jak się ścierają, to jakby się ścierały kontynenty.

Wchodzisz między te ruchy tektoniczne?

Staram się nie. Bo kiedy to robię, działam histerycznie i niepotrzebnie zaogniam sprawę. Muszą się porozumieć i tyle!

A masz jeszcze czas na bywanie w domu?

Mam! Choć przez ostatnie dwa miesiące rzeczywiście mnie z nimi nie ma. Kiedy mam wolną niedzielę, staram się, aby chłopaki do mnie przyjechały. Ale jak tylko mogę, jadę do domu, porywam ich i jedziemy w Karkonosze na narty. A jak wpadam, są życzenia: „Mamo, zrób barszcz, mufinki i tortillę”. Jestem mamą od tych trzech dań i dopóki ktoś nie będzie tego robił lepiej ode mnie, tak zostanie. Kiedy budzimy się rano, Antek wskakuje nam do łóżka i we trójkę gadamy, śmiejemy się, pokładamy, jak sfora psów. Zawsze byliśmy rodziną bardzo ze sobą zżytą. I tego mi tu, w Warszawie, najbardziej brakuje. Jak Piotruś widzi, że jestem udręczona, przyjeżdża. I ja wtedy sobie spokojnie śpię, a on się dziwi: „No, co ty opowiadasz, że spać nie możesz?!”. A ja mam poczucie bezpieczeństwa, ciepła i spokoju.

Luksus!

 

I to jaki! Ale w momentach wytężonej pracy cieszę się, że nie ma blisko rodziny, bo mogę skoncentrować się na roli. Nie potrafię jednak odpoczywać. Powtarzam sobie: „Muszę odpocząć, muszę odpocząć”, i im częściej to mówię, tym bardziej się nakręcam. Po zakończeniu zdjęć też trudno mi się wyciszyć. Zmagam się ze sobą, nie potrafię odpuścić, a adrenalina działa. A potem, jakby ktoś wyciągnął baterie – padam nieżywa. 

Kingo, a marzenia? Czy się zmieniły? Marzyłaś…

Przypomnij mi. Czterdziestka najwyraźniej źle mi zrobiła na marzenia (śmiech).

Proszę bardzo: marzyłaś o kawałku ziemi pod Wrocławiem i własnym domu. Druga opcja to mieszkanie w rejonie Morza Śródziemnego.

Pomysł działki pod Wrocławiem zweryfikowało dziecko. Kiedy jestem w domu, żeby wyprawić Antka do szkoły, muszę wstawać przed siódmą. I chwalę syna za to, że wybrał gimnazjum trzy minuty od domu. Działka pod Wrocławiem spowodowałaby, że musiałabym chyba wstawać w nocy, żeby go zdążyć do tej szkoły odwieźć… Więc to marzenie już się ulotniło. Ale Morze Śródziemne – ten pomysł jest mi wciąż bliski, bo kocham słońce. Ono, powiedzmy sobie wprost, na moją karnację nie robi za dobrze, ale uwielbiam budzić się, kiedy świeci. Czy to nad Morzem Śródziemnym, czy jeszcze dalej.