„Czasami ludzie patrzą na mnie z ukosa, bo mają na mój temat złe zdanie. Nauczyłam się wyciągać do nich rękę”, przyznaje dziennikarka Kinga Rusin. Do tej pory unikała rozmów na temat swojego życia prywatnego. Dla Gali zrobiła jednak wyjątek. W rozmowie z Anną Zejdler-Ibisz po raz pierwszy otwarcie mówi o cenie, jaką płaci za popularność, swoich relacjach z córkami oraz związku z adwokatem Markiem Kujawą.

Wiele osób rozczarowało Cię w życiu?

Jestem dosyć ufną osobą. Wychodzę z założenia, że ludzie są życzliwi, mili i dobrzy. Każdy jest dla mnie czystą kartą. Często idealizuję ludzi, a potem życie to weryfikuje – i bywa to zaskakująco bolesne. Doświadczyłam tego. Odpowiadając krótko na Twoje pytanie – tak, parę osób w moim 45-letnim życiu zdążyło mnie zawieść. Ludzie są tylko ludźmi.

Powiedziałaś kiedyś: „Wybaczam, ale nie zapominam”.

I tak jest. Chociaż... Doszłam do wniosku, że lepiej mieć stoickie nastawienie do świata i jak w chińskim przysłowiu wystarczy poczekać, usiąść nad brzegiem rzeki, a ciało twojego wroga i tak przed tobą przepłynie. Los wszystkiego za nas dopełni. Nie bez powodu mówi się, że karma wraca. Nie  jestem małostkowa, ale jeśli ktoś dotknął mnie do żywego, zranił, to trudno o tym zapomnieć.

Jesteś otwarta, spontaniczna, serdeczna – to kwestia charakteru czy pracy nad sobą?

Naturalnego podejścia. Jeżeli masz dobre nastawienie do świata, potrafisz wyciągnąć rękę, to to samo do ciebie wraca.

Zawsze taka byłaś?

Nie. Wielu rzeczy się nauczyłam. I zresztą – uczę cały czas.

Czego na przykład?

Wiem już, że jeżeli daję ludziom dobrą energię, to oni czują się zobowiązani, by ją oddać. Podoba mi się to, wiesz? Czasami ktoś patrzy z ukosa, ewidentnie ma złe nastawienie. I pojawia się wtedy pytanie, co zrobić w takiej sytuacji. Odwrócić się, odejść czy jednak się przełamać – wyciągnąć rękę, zagadać? Przekonałam się wielokrotnie, że ta druga metoda działa. Daję ludziom szansę wyrobić sobie inną opinię na mój temat.

Masz liczne grono przyjaciół, tych samych od lat, którzy mają o Tobie dobrą opinię.

Jestem lojalna w przyjaźni.

Nie zmieniły Cię kariera i popularność?

Do swojej popularności dochodziłam wiele lat małymi krokami, po drodze robiąc różne rzeczy i za wiele z nich dostając po głowie. Po udziale w „Tańcu z Gwiazdami” rzeczywiście ta popularność wzrosła, ale nie do końca dobrze to wykorzystałam. Weszłam do wanny z ciepłą wodą i tak sobie w niej zadowolona leżałam, aż woda zrobiła się chłodna. Teraz uważam, że to był błąd i szkoda, że nie da się go już nadrobić. Myślę, że można było z tą popularnością więcej dobrych rzeczy zrobić. A z drugiej strony, przyglądając się naszemu show-biznesowi, dochodzę do wniosku, że bardzo niebezpieczne jest zdobycie popularności z dnia na dzień.

Dlaczego? Bo odbiera ludziom poczucie rzeczywistości?

Próbuję to analizować. Często rozmawiam na ten temat z moimi córkami, tłumaczę zjawisko popularności oraz wszystkich jej plusów i minusów. Muszę im też tłumaczyć, kim jestem w życiu publicznym, dlaczego postępuję tak, a nie inaczej.

Z czego na przykład musisz się tłumaczyć?

Z różnych rzeczy. Dlaczego czasami jasno wyrażam opinię na jakiś temat, a czasami się wycofuję. Dlaczego dokonuję takich, a nie innych wyborów.

Córki są z Ciebie dumne?

Tak, ale pamiętaj, że dzieci budują swoją tożsamość na krytyce rodziców. Trudno się z tym pogodzić, bo uważam, że w wielu sytuacjach powinnam mieć bezwarunkowe wsparcie. Sama jednak tak wychowałam dzieci, że stają murem za czymś, w co same wierzą. W przypadku rzeczy, w które wierzę ja, a one nie – jesteśmy troszeczkę w opozycji. Dzięki temu nasze relacje nie są mdłe, nie przypominają niedzielnych obiadków, przy których rozmawia się o niczym. Mamy ze sobą kontakt non stop – w sytuacjach komfortowych i mniej komfortowych, gdy trzeba rozwiązywać konflikty i rozmawiać o rzeczach niewygodnych. To dosyć trudne.W ogóle bycie rodzicem na świeczniku jest bardzo trudne.

No właśnie, szczególnie bycie rodzicem na świeczniku w rodzinie patchworkowej...

Tak.

Jak sobie z tym poradziliście?

Wydaje mi się, że w naszych okolicznościach poradziliśmy sobie najlepiej, jak potrafiliśmy. Nie chciałabym jednak robić z siebie bohaterki, bo są kobiety wychowujące samotnie dzieci w bardzo trudnych warunkach. Ja miałam gdzie mieszkać, z czego żyć. Miałam zawsze wsparcie rodziny, mojej mamy, całkowite oddanie przyjaciół, którzy w każdej sytuacji byli gotowi do pomocy. Można powiedzieć, że przez różne zawirowania życia udawało mi się tą łódką przepłynąć. Jedynymi rzeczami, które mało kto rozumie, są w takiej sytuacji trudności związane z życiem na świeczniku, będące konsekwencją rozpoznawalności, bez której z kolei nie ma pracy w telewizji. Ale jeśli z tego korzystasz i z tego żyjesz, to nie narzekaj.

Niektórzy uważają, że za bardzo rozpieszczasz córki. Zgadzasz się z tym?

Każdy rodzic w sytuacji, gdy małżeństwo się rozpada, ma poczucie, że dzieci znalazły się w niekomfortowej sytuacji...

I próbuje im to wynagradzać.

Tak. Popełnia wtedy błędy.

Ty też je popełniałaś?

Pewnie, że tak. Nie jestem rodzicem idealnym. Uważam, że można było tysiąc rzeczy zrobić inaczej: stosować inne metody wychowawcze, być bardziej stanowczym, konsekwentnym w egzekwowaniu niektórych rzeczy... Ale mogę przynajmniej powiedzieć, że nauczyłam swoje dzieci czystości. (śmiech). Zawsze byłam dumna, kiedy mamy koleżanek moich córek mówiły: „Ale u nich jest porządek w pokoju!”. Powtarzałam sobie wtedy: „Jednak mam jakieś zasługi w rodzicielstwie!”. A poważnie, mam wrażenie, że zaszczepiłam w córkach ciekawość świata. Wiedzą, że kiedy wyjeżdżamy razem, to dużo się dzieje. Zwiedzamy, oglądamy, delektujemy się, komentujemy głośno, co widzimy, co myślimy... To jest takie kumpelskie. Jednak nadal uważam, że jestem bardziej matką niż przyjaciółką.

Jesteś dla córek autorytetem?

Myślę, że w wielu sprawach tak. Chcę, żeby się z moim zdaniem liczono, bo to jednak ja podejmuję decyzje. Na przykład finansowe: na co wydać, a na co nie, w którym pójść kierunku, jak to życie ma wyglądać... Chciałabym, żeby nasza relacja była partnerska, ale jeszcze przez jakiś czas muszę mieć ostatnie zdanie.

W finansach jesteś rozrzutna czy oszczędna?

Staram się być racjonalna.

Na co możesz dużo wydać?

Uważam, że jeśli matkę stać na markowe ciuchy, to nie znaczy, że dziecko też powinno się tak ubierać. Oczywiście, w przypadku wyjątkowych okazji, na przykład urodzin, mogę się złamać.

Paparazzi często robią zdjęcia Tobie i Idze podczas wspólnych zakupów w butikach (śmiech)!

Od rozpieszczania jest tata. Mój ojciec też mnie rozpieszczał. Pamiętam, że mama nie była zachwycona tym, że odkąd skończyłam pięć lat, na każde urodziny tata zawsze kupował mi – skromną, bo skromną, ale jednak – biżuterię. Może nie był idealnym ojcem przez całe życie, ale kiedy się zorientował, że coś stracił, starał się w trójnasób to wynagrodzić. Nie do końca tego dziecko oczekuje od rodzica, ale z perspektywy myślę o tym z sentymentem.

Publicznie powiedziałaś rzecz w  Polsce niepopularną: że gdybyś mogła cofnąć czas, to zdecydowałabyś się na to, by po rozwodzie Twoje dzieci mieszkały tydzień u ojca, tydzień u Ciebie.

Powiedziałam to w wypełnionej po brzegi Sali Kongresowej, podczas panelu dotyczącego sytuacji kobiet po rozwodach. Kobieta samotnie wychowująca dziecko ma naprawdę problem, by znaleźć czas dla siebie. Bywa, że staje się niewolnicą sytuacji, w jakiej się znalazła. Wtedy właśnie powiedziałam, że bardzo często kobiety podczas rozprawy rozwodowej robią sobie wbrew, występując o wyłączną opiekę nad dziećmi. Traktują to jak kartę przetargową, co wielu ojcom ułatwia życie. Tymczasem dorastające dzieci potrzebują naprawdę dużo naszej atencji: opieka, lekarz, zajęcia dodatkowe... Matka nie ma więc możliwości, by inwestować w siebie w żaden sposób. Nie ma czasu na odpoczynek, a co dopiero na rozwój.

Nie ma na nic czasu!

I mamy tę Matkę Polkę urobioną w domu, kompletnie wypaloną, sfrustrowaną. Smutną, zaniedbaną, bez szansy na karierę, lepsze zarobki i lepsze życie. I mamy mężczyznę, który w tym czasie jest całkowicie odciążony od obowiązków, kwitnie, rozwija się, awansuje i lepiej zarabia. Właśnie dlatego uważam, że kobiety nie zawsze mają rację, walcząc o opiekę nad dziećmi w sądach. Zdecydowanie łatwiej być niedzielnym rodzicem. Ile razy taki rodzic chodzi do lekarza? Ile razy odwozi i przywozi dziecko ze szkoły i na dodatkowe zajęcia? To prozaiczne rzeczy związane z codzienną opieką. Obowiązki, które w żaden sposób się nie zwracają, są kompletnie niedoceniane i niezapamiętane przez dzieci, bo nie są podarowanym prezentem – za to najbardziej pochłaniającym czas zajęciem. I to jest niesprawiedliwy podział obowiązków wychowawczych. Nawet jeśli dziecko mieszka dla swojego komfortu w mieszkaniu, do którego jest przyzwyczajone, ojciec powinien w życiu dziecka aktywnie uczestniczyć na co dzień.

Myślisz, że Twoje córki doceniają pracę, jaką włożyłaś nie tylko w wychowanie, lecz także właśnie w tę codzienną opiekę nad nimi?

W pewnym momencie doszłam do wniosku, że jednak będę mówiła moim córkom o rzeczach, które kosztują mnie dodatkowy wysiłek, bo chcę, żeby miały świadomość, że z mojej strony jest to ekstra zaangażowanie w ich życie. Fajnie, gdyby to doceniły.

Pola i Iga są już prawie dorosłe. Masz teraz więcej czasu dla siebie i Twojego partnera Marka Kujawy. Wyglądacie razem na bardzo szczęśliwych. Opowiedz, proszę, jak się poznaliście.

To było dokładnie sześć lat temu. Pamiętam, że zadzwoniłam do moje przyjaciółki w środę rano i powiedziałam, że znalazłam weekendowy wyjazd na Rodos – zaproponowałam, żeby ze mną pojechała. To był wrzesień, pusto na plaży, bardzo dużo panów, bardzo mało pań (śmiech). Nie będę ukrywać, że dzięki temu cieszyłyśmy się z koleżanką sporą popularnością... Dosyć szybko zyskałyśmy grono kolegów, wśród nich był Marek. Zwróciłam na niego uwagę, bo potraktował mnie nietypowo, tak trochę chłodno, a zupełnie czego innego oczekiwałam. Nie chciał mi nawet pomóc nieść plecaka, gdy wracaliśmy do bazy po pływaniu na kajtach (śmiech)! Powiedział ze swadą, że jak ktoś jest taką walczącą feministką jak ja, to niech sobie sam radzi. Pomyślałam wtedy: „No nie, co za gość!”. Zapamiętałam go nie tylko jako inteligentnie złośliwego (śmiech) w stosunku do mnie, ale też niezwykle ciekawie opowiadającego. Spędziliśmy wspólnie w sporym gronie fajne cztery dni – bawiąc się i pływając. Rozmawialiśmy... Zaiskrzyło. Potem w drodze powrotnej spotkaliśmy się na lotnisku. Marek spojrzał wtedy na mnie i powiedział: „Czy wiesz, że ja zmienię Twoje życie?”. Pomyślałam sobie wtedy: „Co to w ogóle za facet?” (śmiech). Ale to, co powiedział, okazało się prawdą.

Czyli od tego wspólnego powrotu z Rodos wszystko się zaczęło?

W sumie tak!

W jakim sensie Marek zmienił Twoje życie?

W małych sprawach i dużych. Przede wszystkim Marek nauczył mnie inaczej patrzeć na świat. Jest osobą, która potrafi spojrzeć prawie na wszystko w jasnych barwach.

To ogromna zaleta!

Tak. Zwłaszcza że mam tendencję do namnażania problemów w swojej głowie, co mnie blokuje w działaniu, zabiera mi siłę, energię. A życie z człowiekiem, który myśli o wszystkim, nawet o problemach, jako o szansie, jest po prostu wspaniałe. I pod tym względem to dla mnie gigantyczna zmiana. Nigdy nie było tak w moim w życiu, żeby ktoś mnie cały czas budował. Doceniam teraz siłę partnerskiego związku. Myślę, że zmieniła się też jakość mojego codziennego życia: bo jest przy mnie ktoś, kto ma ochotę mnie wysłuchać, wspiera mnie i docenia, cały czas motywuje do działania i sprawia, że mi się po prostu wszystko chce. Do tego dochodzą też takie prozaiczne rzeczy: że zależy mi, by się podobać i być atrakcyjną, również intelektualnie... Marek jest dla mnie wyzwaniem.

Trudno mu dotrzymać kroku?

Bardzo trudno, we wszystkim. Jeżeli chcę z nim podjąć dyskusję, muszę być do niej naprawdę przygotowana. Marek nauczył mnie też, że z szacunku dla drugiego człowieka nie mogę się w trakcie rozmowy rozpraszać. Jeśli rozmowa, to nie telefon, telewizor, otwarta książka czy gazeta. Zaczęłam na takie rzeczy zwracać przy nim uwagę, bo ja mam tendencję do robienia wszystkiego naraz. Przy Marku zrozumiałam, że aby robić coś dobrze, trzeba się skupić tylko na tym.

Często się kłócicie?

Rzadko, często przekomarzamy. Zdarzają się oczywiście różnice zdań, obydwoje jesteśmy mocnymi charakterami – nie jest łatwo. Kiedy dyskutujemy, to gorąco, nie dochodzi jednak do wybuchów, bo gdy ja zmieniam się w tykającą bombę, Marek jest w stanie rozbroić mnie w 30 sekund! Tyle wystarczy (śmiech). On potrafi powiedzieć coś takiego, że wybucham śmiechem. Nie wiem, jak to robi. O co my się spieramy? O podział ról w związku już przestaliśmy – kto gotuje, kto sprząta, kto zmywa.

A kto gotuje, kto sprząta i kto zmywa?

Podzieliliśmy się po równo. Marek na pewno chciałby, żebym to ja częściej gotowała. Kiedy mam czas i siłę, robię to z przyjemnością. Ale szczególnie z tym pierwszym mam teraz duży problem. Nie delektuję się teraz jedzeniem i nie celebruję posiłków, bo zwyczajnie nie starcza na to miejsca w harmonogramie dnia. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe przesilenie i nagromadzenie zawodowych obowiązków, że gdy się wszystko ułoży, będzie już trochę normalniej. Tak czy inaczej, ważne, żeby takie tematy też wspólnie przepracowywać. Wytłumaczyć sobie nawzajem swoje oczekiwania i własne ograniczenia. Cudowne jest to, że dzięki osobowości i długoletniemu doświadczeniu zawodowemu Marka, który jest adwokatem i negocjatorem, nie ma między nami rzeczy nieomówionych.

Rozmawiacie o wszystkim?

Tak. Ja czasami mówię, że już nie chcę o czymś rozmawiać, ale Marek uważa – i słusznie – że rzeczy nieomówione zawsze się na nas zemszczą. Każdy ma prawo i obowiązek powiedzieć, co myśli. I każdy ma prawo być wysłuchany. Kluczowe w tym wszystkim jest to, że po prostu lubimy ze sobą być.

Jaką partnerką jesteś dla Marka?

Czasami sama się nad tym zastanawiam... Bo wiesz, jestem kobietą z przeszłością – nieufną, niełatwo idącą na kompromis, do niedawna chroniącą odzyskaną wolność. Musiałam dopiero się przekonać, że nikt tej mojej niezależności nie będzie próbował mi odebrać. Pod tym względem nie jest ze mną łatwo. Nie jestem też typową panią domu, krzątającą się i wszystkim dogadzającą. Lubię za to robić niespodzianki, prezenty, mile zaskakiwać... Mam swoje plusy i minusy, jak każdy.

A jakim partnerem jest Marek?

Czułym i odpowiedzialnym, można na nim polegać. Poza tym niewiele jest osób, które mają taką wiedzę praktyczną na temat partnerstwa, psychologii związku. Marek wyniósł naprawdę wspaniałe wzorce z domu. Ma też niezwykłe relacje z rodzicami! Łączą ich praca, zainteresowania, miłość – wszystko poukładane, jak trzeba. Nie wiem, jak on to zrobił, ale udało mu się zgłębić tajemnice kobiecej psychiki, po to by być lepszym partnerem. Czasami tłumaczy mi nawet...

...Twoje zachowanie?

Tak! Dlaczego akurat tak postąpiłam w danej sytuacji. On to wszystko rozumie! Dlatego ja też musiałam wiele książek przeczytać, choćby te Cialdiniego..

Marek do wszystkiego podchodzi bardzo serio?

Do poważnych spraw – tak, do reszty – z dużym dystansem i poczuciem humoru.

Kiedy rozmawiałyśmy wiele lat temu o macierzyństwie, powiedziałaś, że bardzo chciałabyś mieć trzecie dziecko.

Mówiłam tak?! Musiałam być dużo młodsza!

To już nieaktualne?

Biorąc pod uwagę, że 50-letnia Janet Jackson jest właśnie w swojej pierwszej ciąży (śmiech)...

Pytam o Twoje emocje i nastawienie psychiczne do tematu (śmiech)!

W mojej obecnej sytuacji zawodowej – poza telewizją przejęłam całą odpowiedzialność za kosmetyki Pat & Rub i moją firmę oraz za sklep internetowy patandrub.eu – po prostu nie mam czasu się nad tym zastanawiać.