Kiedy spotkałyśmy się przed laty, budowała Pani dom w Konstancinie, a robotnicy zwracali się do Pani per „szefowo”, np. „Szefowo, potrzebne gwoździe”. Każdego ranka jechała Pani do hurtowni, żeby przywieźć brakujące materiały. Myślałam: „Boże, jak ona sobie z tym wszystkim radzi?”. W imię czego?

Miałam wtedy 25 czy 26 lat i poczucie misji. Wtedy wszyscy tak budowali. Typowa polska prowizorka początku lat 90. Dzisiaj myślę, że pracując w swoim zawodzie, zrobiłabym w tym czasie więcej sensownych rzeczy, a zarobione pieniądze mogłabym spokojnie wydać na fachowców.

Jak daleko jest Pani dzisiaj od siebie samej z tamtego okresu?

Tak daleko, jak daleko od siebie sprzed lat jest każdy człowiek, który dojrzewa i zbiera doświadczenia. Zmieniamy jednak nie tyle siebie, co stosunek do świata. Bo siebie trudno zmienić. Mam w sobie cały czas ciekawość, jestem otwarta na nowe wyzwania. Potrafię, inaczej niż kiedyś, trzeźwo ocenić sytuacje, znajomości, możliwości. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że doceniam i cieszę się ze wszystkiego, co mam i czego doświadczam. Koncentruję się na tym, co pozytywne, odcinam emocje negatywne. To jest chyba największa zmiana.

Co cieszy Panią najbardziej?

To, że każdy dzień daje mi jakieś nowe możliwości, zaskakuje, robi niespodzianki, w różnych dziedzinach. Niedawno piękna i młoda dziewczyna powiedziała mi, że kiedy, spacerując z dzieckiem, widzi w parku całującą się parę, myśli, że jej to już nie dotyczy. A ona ma raptem 30 lat! Myśli stereotypem, który jest gdzieś w nas, kobietach, głęboko zakorzeniony: że spełniamy się w momencie poczęcia dziecka i na tym koniec. A to dopiero może być początek. Ale żeby to zrozumieć, trzeba dojrzeć.

A jak Pani, czterdziestolatka, reaguje na widok całującej się w parku pary? To Pani dotyczy?

Chciałabym widywać jak najwięcej takich zdrożnego,par. Co w tym dziwnego czy że ludzie okazują sobie publicznie uczucia, jeżeli tylko nie przekraczają granicy dobrego smaku? To normalna rzecz w każdym wieku. Tylko z perspektywy młodej osoby życie wcześnie się kończy. Im jesteśmy starsi, tym bardziej chcemy smakować życie od nowa. Kiedy mieszkałam w Waszyngtonie, moim sąsiadem był profesor Jan Karski. Miał prawie 80 lat, podobnie jak Jan Nowak-Jeziorański. Patrząc na tych dwóch panów, nie wierzyłam, że proces starzenia dotyczy wszystkich, tak byli witalni, tak imponowali świeżością umysłu, błyskotliwością i siłą fizyczną. Wszystko jest w naszej głowie. Tyle mamy lat, na ile się czujemy, ile lat ma nasza dusza.

Pamięta Pani, co powiedział Oscar Wilde? Że najgorsze jest nie to, że jesteśmy starzy, tylko że wciąż nam się wydaje, że jesteśmy młodzi…

Ale czy to faktycznie jest takie złe?… Spotykam się z przyjaciółkami w moim wieku i wszystkim nam się wydaje, że jesteśmy młode, atrakcyjne i przed nami całe życie. „Dziewczyny, czy my nie żyjemy w jakiejś iluzji?” – pytam. Ale po wieczorze spędzonym przy kieliszku wina i dobrej muzyce na plotkach i rozmowach o wszystkim i o niczym, dochodzimy do wniosku, że nie żyjemy w iluzji. Naprawdę jesteśmy młode, atrakcyjne i przed nami życie (śmiech). Uwielbiam te spotkania, nic mnie nie „doenergetyzowuje” tak jak one!

I w dzień 40. urodzin nie odezwał się alarmowy dzwonek: „żegnaj młodości”?

W ogóle. Ale być może wyparłam takie myślenie. To był cudowny dzień, spotkałam się z przyjaciółmi, a niektórych nie widziałam od lat.

Przyjaciółmi w liczbie oszałamiającej – urządziła Pani przyjęcie na 200 osób i podobno byli to tylko najbliżsi. Zazdroszczę, ja mam tylko kilku przyjaciół.

Podobnie jak ja. A na przyjęcie urodzinowe zaprosiłam raptem niewielu spośród ludzi, którzy coś dla mnie w życiu znaczyli. Przyszły na przykład moje koleżanki z dziecięcego zespołu pieśni i tańca Varsovia działającego przy Mazowszu, w którym jako dziecko przez dziesięć lat tańczyłam. Przyniosły mi w prezencie strój do tańca góralskiego, bo kiedyś w takim tańcu tańczyłam solówkę. Nie odważyłam się jej powtórzyć (śmiech). Byli też koledzy ze studiów, pierwszych lat pracy, przyjaciele z różnych grup. Wszyscy się tłumnie stawili, bo w urodziny nie wypada odmówić. Z kolei wypada się dobrze bawić, żeby pokazać, że czas nie mija.

Eliminuje Pani ze swojego otoczenia ludzi, którzy niosą ze sobą złą energię?

To duża sztuka tak działać, wymaga asertywności. Ja się asertywności uczę, bo przez lata uważałam, że ludzie są dobrzy, a jeśli zachowują się nie fair, to dlatego, że coś ich do tego zmusiło. Dawałam drugą szansę albo mimo wszystko utrzymywałam znajomości. Lubię otaczać się ludźmi. Teraz, kiedy widzę, że po kilku spotkaniach ktoś zabiera moją energię albo niekomfortowo się przy nim czuję, ograniczam kontakt. Wiem również, że za mało czasu poświęcam najbardziej wartościowym przyjaźniom, a tych, jak słusznie Pani wcześniej zauważyła, jest tylko kilka. Trzeba się skupić na tych, którzy są nam szczerze życzliwi, dobrzy, otwarci. Każdy z nas przecież czuje, kto go tak naprawdę lubi.

Wiele kobiet mówi, że z wiekiem coraz bardziej docenia towarzystwo kobiet.

 

Lubię towarzystwo kobiet, ale cenię też towarzystwo mężczyzn. Dobrze się z nimi dogaduję. Mam kolegów, którzy są empatyczni, wrażliwi, mądrzy. Obdarzeni innym rodzajem emocjonalności niż kobiety, potrafią spojrzeć na wiele rzeczy z innej perspektywy niż my. Ale mam też mądre, otwarte, cierpliwe koleżanki, które dużo wnoszą w moje życie. Doceniam ludzi, którzy potrafią zarażać swoimi pasjami. Dzięki nim otworzyłam się wiele lat temu na mnóstwo rzeczy.

Na co na przykład?

Na muzykę i sztukę, różne ich gatunki. Każdy ma ulubiony rodzaj muzyki i bywa, że odrzuca inne. Kiedyś pod wpływem przyjaciół poszłam na koncert guru muzyki współczesnej Karlheinza Stockhausena. Uważałam jednak, że na taki rodzaj muzyki nie warto poświęcać czasu. Ale w przerwie koncertu puszczono na ekranie wykład tego kompozytora. „Czy dobrze się bawiliście?” – pytał z telebimu artysta, dla którego wszystkie dźwięki wokół nas były muzyką. I nagle po tym wykładzie dalszą część koncertu odebrałam kompletnie inaczej. Zrozumiałam, jakim był wybitnym i otwartym twórcą! Jaki miał dystans do siebie! W naszym domu muzyka odgrywa dużą rolę. Nie tylko jej słuchamy – Pola, starsza córka, gra na saksofonie. Kiedy jedziemy w dłuższą podróż samochodem, razem wybieramy płyty do słuchania w drodze. Przy okazji odkryłyśmy, że wszystkie w równym stopniu kochamy na przykład twórczość Amy Winehouse. Znamy na pamięć piosenki Florence and the Machine, a ostatnio mało nie zemdlałam z wrażenia, kiedy zorientowałam się, że córka potrafi zaśpiewać więcej ode mnie piosenek mojego ukochanego zespołu Radiohead! Nie mam też zupełnie oporów, żeby pojechać z dziewczynkami na koncert Rihanny czy Lady Gagi, choćby z szacunku dla ich muzycznych gustów.

Słuchając Stockhausena była Pani pełna podziwu wobec dystansu, jaki miał do siebie. A Pani ma do siebie dystans?

Teraz tak, ale kiedyś miałam z tym problem. Wszystko traktowałam śmiertelnie poważnie, nie dając sobie szansy na popełnienie błędów. Kiedy zaczęłam pracować w telewizji, miałam 22 lata. Byłam dość naiwna. A ponieważ bardzo szybko dostałam bardzo dużo, straciłam dystans do życia. Wydawało mi się, że wszystko jest łatwe… I natychmiast dostałam po głowie.

Szybko wyciągnęła Pani z tego wnioski?

Zaledwie po roku pracy otrzymałam Wiktora w kategorii Odkrycie Roku. Nic jeszcze nie zrobiłam, a już mam jakąś tam pozycję, myślałam. Ale zamiast usiąść i piłować paznokcie, postanowiłam się czegoś nauczyć. Zaczęłam nad sobą pracować. Ale też widzę, ileż miałam tupetu! Wyjeżdżając do Stanów Zjednoczonych na placówkę, miałam 23 lata i nigdy w życiu nie pisałam artykułów, a poszłam do szefowej „Twojego Stylu”, Krystyny Kaszuby, której w ogóle nie znałam, i zaproponowałam współpracę. Po telewizyjnych kosztował mnie tyle pracy,doświadczeniach pisanie wydawało mi się szalenie łatwe. A pierwszy artykuł o Lilian Brown, makijażystce prezydentów, od Kennedy’ego po Clintona, co żaden telewizyjny występ! Kiedy teraz patrzę na to, co robiłam w życiu, widzę, że miałam szczęście – do ludzi przede wszystkim – ale też na to szczęście pracowałam.

A teraz, jak doniosły media, szczęśliwie została Pani królową okładek.

Byłam tą informacją bardzo zaskoczona. Nie było to moim zamiarem. Jestem dziennikarką i najbardziej zależy mi na tym, by, przeprowadzając wywiady, dawać ludziom możliwość jak najlepszego poznania moich rozmówców. To jest dla mnie najważniejsze.

Ale szum medialny nie przeszkadza, kiedy chce się sprzedać książkę czy program telewizyjny…

Książka „Co z tym życiem”, którą napisałam wspólnie z psycholog Małgorzatą Ohme, wyniknęła z potrzeby serca, a nie, żeby coś sprzedać. A telewizja i dziennikarstwo to moje pasje. I nie mam ambicji, żeby mój życiorys był ważniejszy niż zaproszonej przeze mnie do studia gwiazdy. Każdy, kto przychodzi do „Dzień Dobry TVN”, jest gwiazdą. Gwiazdą naszego programu. Bo robi coś fascynującego, ma niesamowite przygody, jest niebanalnym twórcą, ciekawym człowiekiem. Do tych okładek mam dystans. Popularność jest miła, ale i obligująca.

Dla wielu kobiet stała się Pani wzorem kobiety niezależnej. Ale druga strona tego medalu nie jest już taka przyjemna: „Niestety, za okładką idzie też wywiad. I tu już nie jest kolorowo”, pisze jeden z opiniotwórczych dziennikarzy.

Za dwa lata będę obchodziła dwudziestolecie pracy w telewizji. To ja np. jako pierwsza przedstawiłam widzom Kubę Wojewódzkiego, bo to jego słowa pani przed chwilą przytoczyła. Zapowiadałam jego telewizyjny debiut w jednym z programów muzycznych, który zresztą razem wtedy poprowadziliśmy. Zabawne, prawda? Pracowałam w różnych miejscach i dużo widziałam. Za popularnością idą w parze miłość i nienawiść, czasem zawiść. Nie ma osoby, która się podoba wszystkim i którą wszyscy lubią. Wielu ludzi się zastanawia: „Co ona takiego w sobie ma? Dlaczego ona, a nie ja?!”.

Z największym „atakiem”, i to kolegów z TVN, zetknęła się Pani po opublikowaniu książki „Co z tym życiem”.

Najbardziej zaskoczyło mnie, że krytyka pojawiła się już ze trzy tygodnie przed ukazaniem się książki, gdy nawet ja nie miałam pierwszego egzemplarza. Więc jak można negatywnie wypowiadać się o czymś, czego się nie czytało? Poza tym, jeżeli ta książka jest wartościowa, choć dla jednej trzeciej spośród tych stu tysięcy czytelników, którzy ją kupili, to super. Wbrew temu, co niektórzy myślą, „Co z tym życiem” nie jest książką o moim rozwodzie. To nie jest pranie brudów ani mówienie, że życie nie ma sensu. To książka-motywator. Do życia, do działania. I takie miała mieć przesłanie.

Jak dziś ocenia Pani swój udział w „Tańcu z gwiazdami”, to była dobra decyzja?

 

Najlepsza, jaką mogłam podjąć. Bo gdyby nie udział w TzG, może trudniej byłoby mi się z innymi rzeczami przebijać. Nie napisałabym książki, nie stworzyłabym własnej marki kosmetyków. Wygrana, duże poparcie ludzi, którzy na mnie głosowali, dodała mi skrzydeł. Popularność jest u nas traktowana lekko. Komuś, kto ją zyskał, wydaje się, że dostał ją na zawsze. A ja widziałam już różne wzloty i upadki. I wiem, że popularnością można się cieszyć, ale też trzeba nią umieć zarządzać, bo jest ogromną wartością. To nie jest tak, że ja się w popularności pławię. Staram się tylko pozytywnie ją wykorzystać. Produkcja kosmetyków jest tego przykładem.

Skąd w ogóle pomysł na te kosmetyki?

W pewnym momencie miałam do wyboru: wziąć udział w reklamie kosmetyków bądź je stworzyć. Reklama to łatwe, szybkie i duże pieniądze, a produkcja to wielkie ryzyko. Pomyślałam, że to może najlepszy moment w życiu, kiedy mogę stworzyć coś swojego. Kosmetyk marzeń, którego do tej pory w Polsce się nie produkowało. W stu procentach naturalny. Od pomysłu do realizacji minęło półtora roku ciężkiej pracy – laboratorium, mojej wspólniczki Magdy Hajduk i mojej. Gdyby nie zastrzyk energii po TzG, zabrakłoby mi pewnie odwagi. A tak działamy już prawie pięć lat, a od trzech lat kosmetyki są na rynku. Wprowadzając właśnie na rynek jedenastoproduktową serię do pielęgnacji twarzy – „Pat & Rub Face by Kinga Rusin”, przekroczyliśmy magiczną liczbę stu kosmetyków dostępnych w sprzedaży! Pielęgnacja twarzy to nasza perła w koronie. Codziennie ciężko pracujemy na sukces.

Jak wygląda Pani dzień?

Każdy niesie coś nowego, a ja też robię wszystko, żeby jeden dzień nie był podobny do drugiego, bo nie lubię rutyny. Wstaję z moimi dziewczynkami o siódmej, przygotowuję im śniadanie. (Wcześniej, bo o 5.30 budzę się, kiedy prowadzę weekendowe wydania „Dzień Dobry TVN”). Dzieci o ósmej są w szkole, a ja mam godzinkę dla siebie. 15 minut przeznaczam na ćwiczenia. Potem mój jedyny rytuał – poranna kawa i gazeta. Z obowiązku, ale też dla przyjemności. Później zaczyna się normalny dzień pracy, czyli spotkania wywiady dla „Dzień Dobry TVN”, których sporo nagrywam też poza studiem. W mojej firmie kosmetycznej zajmuję się przede wszystkim marketingiem. W związku z tym mam dużo spotkań w biurze, ale przede wszystkim „na mieście”. Praktycznie nie rozstaję się z laptopem, żeby móc w każdej chwili coś zapisać, połączyć się z siecią, wysłać. Harmonogram dnia wywracają mi do góry nogami nagrania do programu „You Can Dance”. Tego już z niczym nie da się pogodzić. Zajmują one zawsze cały dzień od świtu do nocy, nie wspominając o wyjazdowych castingach czy warsztatach. Angażuję się też w inne projekty, chociażby w prace WWF – organizacji działającej na rzecz ochrony ginących gatunków i ekologii. W tym roku zostałam ich ambasadorem. Poza tym muszę ogarnąć i skoordynować cały harmonogram pozalekcyjnych zajęć moich córek. Trzeba zawieźć, przywieźć, dopilnować. Po drodze jeszcze zdążyć zrobić zakupy, porozmawiać, wysłuchać, doradzić. To wielka przyjemność, ale też i obowiązek

A jak wygląda Pani życie domowe?Macie w domu jakiś rytuał, np. kolację, przy której się wszystkie spotykacie?

Nic nie jest rutyną, wszystko się może zdarzyć i nic się może nie wydarzyć. I ja to lubię. Po drugie, rutyna zabija kreatywność. A ja lubię być kreatywna, tak w życiu jak i w kuchni. Ostatnio z Mediolanu przywiozłam ręcznie robioną czarną pastę z atramentem ośmiornicy. Dodałam do tego pomidory na ciepło i domowe pesto. Dzieci były zachwycone. Lubię zapraszać gości, ale przyjęcia na kilkanaście osób przygotowuję często w pół godziny: proste potrawy, sałaty, mięsa. Chcę, żeby wszyscy mieli z tego przyjemność, także ja.

Czuje się Pani kobietą spełnioną?

Czuję, że to mój dobry czas w życiu. Ostatnio zupełnie niewinnie na konferencji prasowej „You Can Dance”, zapytana przez dziennikarza, czy jestem szczęśliwa, odpowiedziałam, że tak, jestem. Wywołało to falę dyskusji w internecie. Część ludzi mówiła, że z życia cieszą się tylko głupcy. A inni, że chwalenie się swoim szczęściem kłuje w oczy. Wychodzi na to, że w Polsce powinno się mówić, że się jest nieszczęśliwym. A za moimi słowami nic wielkiego się nie kryło, poza tym, że jest mi dobrze, że cieszę się z tego, kim jestem i gdzie jestem. Bo dlaczego tak ma nie być?

Zna Pani dziennikarski zawód od podszewki. Doradziłaby go Pani dzisiaj córkom? Ten świat wykreowanych wizerunków, wyreżyserowanej „prawdy” i podkręcanych „faktów”?

Myślę, że i dzisiaj można ten zawód uprawiać uczciwie. Gdyby miały ochotę zająć się dziennikarstwem, dlaczego nie. Pola ma zacięcie publicystyczne. Byłaby w tym świetna. Ale na razie woli prawo. Iga ma szaloną wyobraźnię i pisze niesamowite opowiadania. Może będzie z niej pisarka? „Skąd ty znasz takie słowa?!” – często ją pytam. Ale jej ulubiona zabawa to gra w wyrazy bliskoznaczne wybierane z internetowego słownika.

Jest jeszcze w Pani harmonogramie miejsce dla mężczyzny?

Nie tylko jest, ale musi być. Jak w życiu każdej kobiety. Każda kobieta tęskni za miłością. Bo to ona jest tak naprawdę najważniejsza.

Słyszałam, że teraz dla Pani najważniejszy jest pewien przystojny prawnik...

Wolałabym pominąć ten temat. Najlepiej być w związku, a nie o nim mówić.

W książce „Co z tym życiem?” mówi Pani, że ludzie najchętniej czytaliby historię Pani życia w odcinkach. Murowany bestseller!

Pani chyba próbuje mnie trochę sprowokować… Ale przyjmuję to za dobrą monetę. Jeżeli miałabym przekazać jakąś jedną moją myśl, nieważne, czy w odcinkach, czy w całości, to brzmiałaby ona trochę stereotypowo: cieszmy się każdym dniem i żyjmy tak, jakby każdy dzień miałby być tym ostatnim.

 

KINGA RUSIN -  Miała 22 lata, gdy po raz pierwszy zapowiadała film po „Wiadomościach”, a 23 gdy otrzymała telewizyjnego Wiktora jako „Odkrycie Roku”. W latach 1994-97 wraz z mężem, Tomaszem Lisem (rozwiedli się w 2006 roku) przebywała w Stanach Zjednoczonych. Kręciła tam dokumenty, realizowała reportaże i materiały informacyjne dla TVP, pisała artykuły min. do miesięcznika „Twój Styl”. W 1997 roku rozpoczęła pracę w TVN (prowadziła „Wizjer”). W roku 2000 założyła agencję PR Idea Media. Od 2005 prowadzi „Dzień dobry TVN”. Wygrała IV edycję Tańca z gwiazdami (2006 rok). W latach 2007-10 prowadziła program „You Can Dance” – Po prostu tańcz, w którym obecnie jest jurorem. Współwłaścicielka firmy kosmetycznej „Pat & Rub by Kinga Rusin”. Współautorka, razem z psycholog Małgorzatą Ohme, książki "Co z tym życiem?". Ma dwie córki: Polę (14 l.) i Igę (11).