Agustinie, mówi się, że szykujesz nam niespodziankę...

Szykuje się interesująca rzecz, ale za wcześnie, żeby o tym mówić...

Nie drocz się ze mną, tylko powiedz, co to będzie!

Jak ty mnie męczysz... (śmiech) Mogę uchylić rąbka tajemnicy, że pracuję nad nowym, bardzo ciekawym projektem. Przede mną spektakl, wydarzenie. Mam nadzieję, że premiera odbędzie się za kilka miesięcy. Nie chciałbym za dużo mówić, bo jestem na etapie dopinania szczegółów. To jest imponujący, wyjątkowy pomysł. Znalazłem właściwych ludzi i nowe wyzwanie. Ale myślę, że będzie to coś, co sprawi wszystkim dużo przyjemności. Po prostu - będzie to fajna rzecz.

Jesteście z Niną wyjątkowi w tej swojej niespożytej energii, która ciągle pcha Was do wyzwań. Ty pracujesz nad nowym projektem, prowadzisz szkołę tańca i jesteś naczelnym choreografem Polski. Nina tańczy w projektach, jeden z nich właśnie wystartował. A jeszcze niedawno planowaliście powiększenie rodziny. Jakoś tego nie widzę.

(śmiech) To się może zadziać równolegle. Jeśli mówimy o mojej rodzinie, to odkąd urodziła się Carmen, całkowicie zmienił się mój plan dnia. Dawniej wieczorami, nawet do północy byłem na sali prób. Teraz wieczory w domu to czas spędzony wspólnie z Carmen i Niną. Jest go ciągle za mało, ale udaje się.

Ty chyba nigdy nie spoczniesz na laurach. Już jako dziecko żyłeś bardzo aktywnie. Dużo podróżowałeś.

Taka biografia jak moja uczy dostosowywania się do różnych okoliczności.

Dzieciństwo spędziłeś na Kubie, jako kilkulatek zamieszkałeś w Polsce.

Mama po moim urodzeniu od razu wróciła na Kubę, do miłości swego życia, zyli mojego ojca. W Hawanie spędziłem najważniejsze lata dziecięcego życia. Tam było moje ukochane przedszkole.

Czyli Twoja córeczka Carmen, z którą podróżujesz, ma to także po Tobie?

Tak. Można powiedzieć, że zaczęliśmy podróżowanie w tym samym wieku. (śmiech) Jak już planuję wyjazd czy wakacje, to staram się podporządkować je maksymalnie Carmen i Ninie. Robię wszystko, żebyśmy przede wszystkim byli razem. Nie szukam wtedy jakichś ekstremalnych emocji czy przeżyć, priorytetem jest dla mnie radość bycia z nimi.

Wasze podróże są podporządkowane przyjemności. Ale Ty, jako kilkulatek, nie byłeś chyba najszczęśliwszy, przenosząc się do zupełnie innej rzeczywistości, do dziwnego, zimnego kraju - do Polski. To musiał być dla Ciebie szok.

Tak. To w Polsce pierwszy raz w życiu zobaczyłem śnieg. (śmiech) Ale najbardziej szokowało to, że życie było inne, smutne. To była komuna, wszędzie szarość, ludzie stali w ogromnych kolejkach. Bo na Kubie ludzie żyją z dnia na dzień, nie martwią się o jutro. Mają inną mentalność. Jest mnóstwo muzyki, mnóstwo śmiechu, znajomych, przyjaciół. Ponieważ sami Kubańczycy zrobili sobie rewolucję, jakoś lubili to, w czym żyli. Tu było inaczej.

 

Twój tata jest świetnym przykładem prawdziwego kubańskiego rewolucjonisty.

Tak, mój ojciec był i jest prawdziwym rewolucjonistą. Fidel to była jego młodość. Tata pracował nad mutacją specjalnej krowy, żeby była wydajniejsza. Wszystko dla wodza! (śmiech) A tu, w Polsce, dziadek antykomunista słuchał Wolnej Europy. Pamiętam rozmowy z dziadkiem, który uczył mnie patriotyzmu, tłumaczył mi, że jestem Polakiem. Tu liczyły się inne wartości: Kościół, wiara, ojczyzna. Pamiętam też, że w ogóle nie mogłem porozumieć się z rówieśnikami, że to było dla mnie dużym problemem. Ale pamiętam też wielką miłość dziadków, mamy. I to, że tak bardzo chciałem być Polakiem.

A Twoja egzotyczność? Imię, ciemna karnacja...

W szkole to był problem. Pierwszy szedłem do odpowiedzi, bo wszyscy chcieli wiedzieć, jak mówię po polsku i skąd naprawdę jestem. A ja chciałem być zwyczajny i dlatego kazałem do siebie mówić Marek. Wydawało mi się, że moje drugie imię sprawi, że będę bardziej Polakiem. (śmiech) Ale stając się starszym i bardziej świadomym swojej wartości, znowu zacząłem używać imienia Agustin.

Kiedy pierwszy raz odwiedziłeś ojca?

Ojciec robił doktorat we Francji i przy okazji odwiedził mnie - miałem wtedy jakieś 12 lat. Nasze kontakty były bardzo sporadyczne, ograniczały się jedynie do kartki na urodziny albo telegramu. Za PRL-u kontakt z Kubą był naprawdę ograniczony. Ewentualnie telefon albo list przekazany przez kogoś, kto tutaj przyjeżdżał.

Po latach wybaczyliście sobie?

Nasze relacje nie są takie jak u pełnych rodzin. Jako dorosły mężczyzna myślę o tym mniej emocjonalnie. Dopiero kiedy miałem 36 lat, podjąłem decyzję, że pojadę do ojca sam. Chciałem się zmierzyć z tym, co się wydarzyło. Nie było to łatwe. Byłem tam trzy tygodnie. Bardzo ważne trzy tygodnie... Wszystko w mojej głowie zawirowało, zakotłowało. (śmiech) Dużo rozmawiałem z ojcem, to różnie się kończyło. Teraz nasza relacja jest dobra.

Twój ojciec widział już wnuczkę?

Jeszcze nie, cały czas się do niego wybieramy. Bardzo chciałby zobaczyć Carmen. Ja też chciałbym tam pojechać. Ale to, co się teraz dzieje na moim polu zawodowym, pochłania mnie bez reszty.

Jesteś tancerzem, ciągle jesteś w podroży. Co Tobie daje podróżowanie?

Każda podróż mnie wzbogaca, daje mi nową energię, pokazuje, że pewne rzeczy można robić inaczej. Pokazuje, że szczęście niejedno ma imię. Podróż sprawia, że człowiek dojrzewa, zaczyna się zastanawiać nad dotychczasowym życiem. Zawsze kiedy jeżdżę na Kubę, zastanawiam się, kim byłbym, gdybym tam się wychował, a Kuba była moją ojczyzną? Takie myśli wracają do mnie często. Myślę o innych wariantach losu.

Wierzysz w to, że podróżując, człowiek się zmienia? Że staje się kimś innym?

Myślę, że dzięki podróżom człowiek jest mądrzejszy, że na otaczający nas świat potrafi spojrzeć z różnych stron. Mieszkając cały czas w jednym miejscu, często wchodzimy na jedną utartą ścieżkę i uważamy ją za jedyny możliwy kierunek. Bez podróży człowiek nie jest w stanie się temu przeciwstawić. Płynie z prądem. Natomiast jadąc gdzieś i widząc, jak inni żyją, co dla innych znaczy szczęście, musimy zrewidować nasze poglądy.

 

Przełomowa dla Ciebie podróż? Taka, z której wróciłeś mądrzejszy, która Cię zmieniła?

Reprezentując Polskę na turniejach, byłem na wszystkich kontynentach, we wszystkich stolicach świata. Ale to były podróże, w czasie których tak naprawdę nic nie widziałem. Najważniejsza była rywalizacja, zwycięstwo, to, żeby się jak najlepiej zaprezentować. Pamiętam piękne miejsca - sale koncertowe, gdzie występowałem, natomiast nigdy nie było czasu, żeby nacieszyć się życiem, ludźmi. Ale był jeden kraj, w którym pobyt naznaczył mnie na całe życie. To Anglia.

Można w zasadzie powiedzieć, że to tam narodziłeś się na na nowo jako tancerz.

Tak, było to dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Jeździłem do Londynu do najlepszych trenerów na świecie. Jedna lekcja kosztowała wtedy 100 funtów. To był majątek! Musiałem ciężko pracować, żeby zarobić na jedną lekcję. Wszystkie pieniądze, które wówczas zarabiałem, inwestowałem w dalsze kształcenie, w taniec. Jak już byłem na szkoleniach, to starałem się spijać każde słowo z ust nauczyciela, żeby jak najwięcej się nauczyć. Więc Anglia to kraj, w którym bardzo dużo się nauczyłem i nabrałem pokory. Nauczyłem się, że zawsze można zaczynać wszystko od początku. Przecież pojechałem do Londynu jako mistrz Polski, a tam się okazało, że wszystko musiałem zaczynać od zera. Trzeba było wrócić do podstaw, do techniki. Czułem się, jakbym wracał do nauki tanecznego abecadła.

To odważne z Twojej strony.

Podjąłem taką decyzję głównie dlatego, że nadal chciałem się rozwijać. Nie byłem już najmłodszy, bo miałem około 25 lat, więc to była dość trudna dla mnie decyzja. Pamiętam, że sprzedałem wtedy wszystko, co miałem. (śmiech) Magnetowid GoldStara, żółtego malucha i deskę do windsurfingu. I pojechałem do najlepszych, żeby się uczyć, żeby poznawać świat, który mnie fascynował.

Trudno było się dostać do najlepszych profesorów?

Bardzo trudno. Trzeba było czekać, aż znajdą czas. Trzeba było umieć ich do siebie przekonać. Moim ukochanym nauczycielem był Anglik Graham Oswick. On potrafił zrozumieć moją psychikę. I on mnie poprowadził do największych zwycięstw i finałów w największych turniejach tanecznych na świecie.

Co to znaczy zrozumieć Twoją psychikę?

On zrozumiał, co się ze mną dzieje. Zrozumiał, jaki stres mi towarzyszy. I kompleksowo zaopiekował się mną i moją partnerką. Jego geniusz polegał na tym, że zajmował się nie tylko tańcem, ale też psychicznym przygotowaniem do zawodów. To on mnie uspokoił. Dał mi ogromne poczucie wartości. Powtarzał, że mniej znaczy więcej. Że nie wszystko za wszelką cenę. Namawiał, żebym żył spokojnie. Treningi zaczynały się od tego, że uczył mnie oddychać. Spokojny oddech podczas tańca i brak napięcia były bowiem bardzo ważne. „Wyluzuj!” - przypominał. Do dziś to sobie powtarzam.

Zjeździłeś cały świat. Gdzie najbardziej lubisz wracać?

Każda podróż mnie buduje. Choreografia to przede wszystkim umiejętność pokazywania emocji, więc dla choreografa każda podróż, każdy film, każda wycieczka czy spotkanie są ważne, bo pobudzają wrażliwość, ukazują inne środki wyrazu. Ale mogę powiedzieć, że uwielbiam Nowy Jork. Energia tego miasta jest po prostu porażająca. Wrażenie zrobiło nam mnie też Las Vegas. Piękna jest Barcelona, Lizbona... Ale NY jest według mnie wyjątkowy dla tancerza i choreografa. Tam jest największy niepokój artystyczny. Tam są najlepsi, najzdolniejsi artyści, więc już samo przebywanie wśród nich powoduje, że wracasz bogatszy o niesamowite przeżycia.

Nina jako tancerka także musi być ciągle w podróży. Czy zdarza się Wam wpadać do domu i tylko przepakowywać walizki?

Nina starała się przez ostatnie lata być w domu i tworzyć dla Carmen bezpieczną przystań. Ja natomiast, jak już wyjeżdżam gdzieś, to czuję, jakbym wyskakiwał z pędzącego samochodu. Najważniejsze jest, żeby wsiąść do samolotu, a dopiero później moje ciało, moja psychika zwalnia, uspokaja się i mogę zacząć odpoczywać.

 

Dużo mówisz o takim rozpędzeniu, nakręceniu, pracowitości. Ale nie wiem, czy wiesz, że mówi się o Tobie despotyczny, władczy, stanowczy. Zgadzasz się z tym?

Absolutnie się z tym zgadzam. (śmiech) Ale nie ma dobrego choreografa, który nie manifestuje swojej siły. Wchodząc na salę prób, wiesz, że są na niej ludzie, którzy ci zaufali i chcą jasnego przekazu, musisz być wtedy pewny siebie. To tak jak w zawodzie reżysera. Muszę dokładnie wiedzieć, czego chcę. I muszę przekonać do tego innych. Faktycznie, na sali prób to nie jest ten Agustin, którego większość ludzi zna.

Czyli nie jesteś ciepły i miły?

Jestem. Ale nie w pracy. Czas na sali to czas, który błyskawicznie ucieka, dosłownie i w przenośni. Możliwość wykonywania zawodu tancerza szybko się kończy. Bo tańczyć można do czterdziestki. Dla kobiet ten czas jest jeszcze krótszy. Dlatego nie jest to łatwy zawód. Owszem, daje on mnóstwo radości, satysfakcji, jak jesteś w formie, nie masz kontuzji, robisz rzeczy niebywałe. Często zastanawiam się, czy chciałbym, żeby Carmen była tancerką... Na pewno chciałbym, żeby robiła coś jeszcze.

A podróż? Szykuje się jakaś nowa wyprawa?

Najbliższa to z Niną i Carmen do rodziców Niny do Lublina. Ale ja kocham podróżowanie po Polsce! Poza tym, jak się ma rodzinę i dziecko, to człowiek czuje się w nieustannej podróży. Bo zawsze się coś dzieje. I ja to uwielbiam!