Można żartobliwie powiedzieć, że połączył Was mężczyzna. Bo nie byłoby książki Pani Danuty, nie byłoby spektaklu Pani Krystyny, gdyby nie Lech Wałęsa…

Krystyna Janda: O! To dość karkołomna teza! (śmiech) Połączyła nas książka Danusi „Marzenia i tajemnice”, na motywach której zrobiłam spektakl „Danuta W.”. Lech Wałęsa jest motorem i bohaterem, w tle.

Danuta Wałęsa: To prawda, nie byłoby tego wszystkiego bez Lecha…

Książka Pani Danuty była uważana za bardzo odważną, a Pani Krystyna nazwała ją „wielkim wyznaniem miłości”. Chciałabym Was więc namówić na wyznania. Czym dla Was jest miłość?

Krystyna: Nas pani pyta o miłość?! To zaskakujące. To pytanie do młodszych, nie do nas.

Danuta: Dla mnie to bardzo trudne pytanie…

Krystyna: Uważaj, Danusiu, pani jest dziennikarką. Nie można wszystkiego mówić prasie.

Właśnie dlatego, że jestem dziennikarką, zadaję Paniom te pytania. Dzięki temu ludzie będą mogli przeczytać mądrą rozmowę mądrych kobiet.

Krystyna: Moim zdaniem trzeba uważać na słowo „miłość”. Trzeba bardzo uważać.

Uważać na miłość?!

Krystyna: Oczywiście. Żeby tego słowa nie ośmieszyć, nie umniejszyć. My na pewno nie możemy mówić o górnolotnym, romantycznym uczuciu. Jesteśmy dojrzałymi kobietami, kobietami po rożnych doświadczeniach i o miłości możemy mówić z naszej trudniejszej, mniej egzaltowanej perspektywy.

Danuta: Gdy pani pyta o miłość, to mogę ją wyrazić zdaniem z mojej książki: „Pewne sprawy nie potoczyły się tak, jak bym sobie tego życzyła, ale ja, Danuta, jestem szczęśliwa”.

Krystyna: O właśnie! I to zdanie mówi dokładnie wszystko o dojrzałej miłości. Bo to była, jest i będzie miłość. Rożnie układają się sprawy w życiu. My się zmieniamy, nasi partnerzy się zmieniają. Pan Wałęsa powiedział do mnie po premierze: „Miałem i mam ważniejsze sprawy niż miłość”. Ja to rozumiem. Po tych nieprawdopodobnych problemach, stresach, natłoku spraw, po tylu decyzjach kluczowych dla kraju, dla Europy i świata – mężowi Danusi trudno przestawić się na inne, indywidualne, osobiste, codzienne sprawy. Przecież on dźwigał ciężar nie na ludzką miarę. I co? Ma się teraz zachowywać jak Romeo? (śmiech) Trudno to wszystko, co przeżył, połączyć w jednym życiu. Był bardzo wysoko, a teraz ten kolejny etap jego życia musi sprawiać mu pewną trudność. Danusia nigdy nie poddała się presji sytuacji, w jakich postawił ją los. Nie uległa także blichtrowi. Dlatego pewnie jest bardziej pogodzona z życiem. Istnieje bardziej w świecie uczuć i emocji. Umie je wyrażać.

Danuta: Bogu dziękuję, że nie uległam blichtrowi, bo gdybym poszła w tę stronę, w którą wielu ludzi idzie… Czasami, gdy słucham polityków czy ich żon, to aż mi się słabo robi. Pewna żona polityka pytała koleżanek, czy ona może na ulicy rozmawiać ze zwykłymi ludźmi. Nie daj Boże, że miałabym wpaść w taki obłęd! Na pewno wylądowałabym już w jakimś szpitalu bez klamek. (śmiech)

Mężczyźni jednak inaczej myślą o miłości. Dowodem na to jest reakcja Lecha Wałęsy na „Marzenia i tajemnice”. Kiedy okazało się, że mąż Pani Danuty ma żal do żony o książkę, to Pani, Pani Krystyno, wspierała Panią Danutę?

Danuta: Dziennikarze powyciągali różne rzeczy i tak nastawili męża, że od razu był do mojej książki na „nie”. Krystyna: A ja nie musiałam Danusi wspierać! Raczej było odwrotnie. Mam wrażenie, że przed premierą, to ja się bardziej denerwowałam niż ona. To Da­nusia mówiła: „Nie przejmuj się tym”. (śmiech) Poza tym na premierę przy­szedł Pan prezydent, co mnie sparaliżo­wało. Nigdy się tak nie denerwowa­łam. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Danuta: Przyszedł, bo to Krysia wy­warła na nim presję. (śmiech) Ja nie miałam na niego wpływu.

Krystyna: Na 10 minut przed premie­rą Danusia przyszła do mnie do garde­roby: „Przyszedł mój mąż” - powiedzia­ła. „Idź do niego”. „Ja?!” - krzyknęłam. „Przecież to jest twój mąż!”. „Ale idź do niego.” - prosiła. Więc poszłam. Widziałam, że jest zdenerwowany. Ja też byłam zdenerwowana. I Danusia była zdenerwowana. W ogóle nie wiedzieli­śmy, co mamy robić, jak się zachować przed tym, co ma się wydarzyć. Powie­działam: „Panie prezydencie, jak Pan bę­dzie słuchał tego tekstu, to niech Pan my­śli o jednym - że to jest tak naprawdę wyznanie miłosne dla Pana”. A Lech Wałęsa powiedział wtedy: „Ja mam na głowie ważniejsze sprawy niż miłość”.

 

To nie było miłe.

Krystyna: Ale skąd! Było! Wzruszam się, jak to opowiadam, bo moim zda­niem po prostu był zdenerwowany, nie wiedział, co go czeka za chwilę, co ma z tym wszystkim robić. Nie czy­tał książki. Nastawiono go negatywnie, powiedziano, że książka, że żona mówi o nim źle. Był niepewny, co my, dwie kobiety, właściwie z nim robimy! (śmiech)

Danuta: Dwie żony (śmiech). Ta praw­dziwa i ta ze spektaklu!

Krystyna: A potem, jak zaczął słu­chać, myślę, że zrozumiał, że ta historia jest napisana, opowiedziana i zagrana z wielkim dla niego szacunkiem.

Pani Danuto, ale ta książka namieszała w Wa­szym małżeństwie.

Danuta: To nie książka namieszała. To życie okazuje się bardziej skompli­kowane, niż sobie zamarzymy. Ale trze­ba też przyznać, że, niestety, nie zbliży­ła ona nas do siebie. Ale niech pani nie dopatruje się w tym jakiegoś dramatu. (śmiech) To jest normalne życie. Dopie­ro niedawno zrozumiałam, że po życiu, które mój mąż przeżył, musiałby bar­dzo dużo nad sobą pracować, żeby od­wrócić pewne rzeczy, które weszły mu w krew. Jak człowiek da się wciągnąć tej fali, tej polityce, fleszom, pochwałom i nie zejdzie z powrotem na ziemię - to jest mu trudno. Możemy być dobrzy lub gorsi w tym, co robimy, ale zawsze mu­simy twardo stapać po ziemi. Przecież stanowiska się tylko piastuje i ostatecz­nie zawsze po wszystkich zaszczytach, które nam życie daje, musimy zejść do parteru. Po pięciu latach prezyden­tury też czułam się zagubiona, nie wie­działam, co i jak. Ale postarałam się zejść z piedestału i szybko wróciłam do równowagi. Ale mam wrażenie, że mąż został w tamtym świecie, świecie poli­tyki. Polityka go niemal do reszty po­chłonęła. Bardzo mi go żal. On nie mo­że się odnaleźć. Czegoś chce, ale nie wie czego. A tym bardziej, że jest już 70-let- nim panem, który na wiele rzeczy nie potrafi spojrzeć bez tej swojej wymaga­jącej perspektywy.

Krystyna: I to właśnie jest miłość. Idą przez życie razem. Nawet jeśli nie zawsze, nie w każdej chwili są razem, to jednak trwają przy sobie.

Danuta: Ładnie to, Krysiu, ujęłaś - że tak sobie razem idziemy.

Krystyna: Państwo Wałęsowie są małżeństwem z bardzo długim stażem, które tyle przeszło, które ma ośmioro dzieci. I co? Wszyscy oczekują, że będą romantyczni, że będą szli brzegiem morza, trzymając się za ręce. Przecież to są dojrzali ludzie i ich związek pole­ga na czymś zupełnie innym. Danusia dalej chroni męża. Tak jak go chroniła w czasach „ jego” Solidarności.

Tak wygląda miłość ludzi dojrzałych?

Krystyna: Niedawno w jakimś wy­wiadzie prezydent Wałęsa powiedział: „Została mi tylko Danusia”. Znowu trwały jakieś awantury polityczne, a on przed kamerami powiedział właśnie to: „Została mi tylko Danusia”.

Danuta: Nie słyszałam tego.

Krystyna: Danusiu, przecież my oby­dwie wiemy, jak trudno jest żyć pod taką presją. Lech Wałęsa kocha cię na swój sposób. Przez wiele lat żył w zu­pełnie innej rzeczywistości. Jego wszystkie emocje i myśli były skiero­wane na sprawy państwowe. I ty to ro­zumiesz, Danusiu. Nie masz przecież do niego żalu. Żal mogą mieć kobiety, których mężowie nie byli przy nich, przy dzieciach, przy rodzinach - bez powodu, ze słabości, małości, nie zro­bili też w tym czasie nic wielkiego ani nic ważnego.

Danuta: A takich kobiet jest wiele. Ciągle je spotykam na promocjach mojej książki.

Krystyna: Coś wam opowiem a pro­pos tego wątku. Pewnego wieczoru po spektaklu „Danuta W.” przyszła do mnie młoda aktorka. Płakała jak bóbr. Pytam, co się dzieje, a ona na to: „Wy­obraź sobie, że tak jak pani Danuta, w takiej samotności żyje 85 procent ko­biet w tym kraju, a ich mężowie nie są żadnymi przywódcami!”. Pan prezydent jest więc usprawiedliwiony. (śmiech)

Danuta: Usprawiedliwiamy go w stu procentach. Jako jego dwie żony. (śmiech)

Krystyna: Grając Danusię, a raczej tę postać w spektaklu, mam w sobie tak wiele czułości. Myślę, że Danusia też ją ma. Cały czas. Mimo wszystko.

Danuta: Trudno mi mówić o uczu­ciach. Nie jestem osobą, która się tak łatwo otwiera...

Krystyna: Bo ty jesteś taką delikatno­ścią z żelaza. Trzeba było mieć wrażli­wość, ale nerwy z betonu, żeby to wszyst­ko wytrzymać.

Pani Danuto, ma Pani wciąż dla męża tę czu­łość, o której tu mówimy?

Danuta: Nie wiem. Trudno mi powie­dzieć, czy ją mam. Różnie bywa, jak to w życiu. Mogę tylko powiedzieć: inaczej się kocha, jak się ma 16 czy 20 lat. (śmiech) A i wtedy moje serce nie zaczę­ło bić mocniej od razu.

Jak Pani zobaczyła Lecha Wałęsę w kwiaciarni, kiedy przyniósł gumy do żucia - to nie od razu się Pani zakochała?

Danuta: Dla mnie to był powolny proces.

Krystyna: Kiedy myślę o tobie, Danu­siu, z tamtych czasów, to myślę także, że byliście tacy ładni oboje! Byliście taką ładną parą. Za każdym razem w spekta­klu, kiedy oglądam cię czytającą list męża podczas uroczystości wręczenia Nobla w Oslo, patrzę na ciebie z wielką przyjemnością. I wiesz. Masz do żakie­tu przypiętą taką dziwną broszkę. Co to była za broszka?

Danuta: Mnie się ta broszka nie podo­ba! Artyści wymyślili tak zwaną czarną biżuterię, na wzór biżuterii powstańczej z 1863 roku. Zrobili ją specjalnie. Ta broszka gdzieś mi zginęła.

Pani Krystyna mówi, że Pani książka to wyzna­nie miłości, że nadal widzi w Was wielką mi­łość. Ale co to tak naprawdę znaczy?

Danuta: Każdy musi sobie na to py­tanie odpowiedzieć sam. Jedni widzą w tej książce walkę kobiety z mężczy­zną. I dobrze. Inni - wyznanie miłości. Też dobrze. Ja się cieszę, że każdy znaj­duje coś innego. Inaczej na te sprawy będzie patrzył człowiek 20-letni, a ina­czej 50- czy 70-letni. Mój mąż jest już dziadkiem, który na wiele rzeczy patrzy inaczej. Ma teraz 11 wnucząt. Ale wiem, że tę książkę czytają też mło­de dziewczyny i się w niej odnajdują. Wie pani, tak różne rzeczy rozumiemy pod słowem „miłość”. Ja sama zupełnie coś innego sobie wyobrażałam jako dziewczyna, a zupełnie inaczej o tym myślę teraz.

Czym ona jest dla Pani dzisiaj?

Danuta: Dla mnie dziś miłość jest wszystkim. Wypełnia każdy mój dzień. Miłość do człowieka, do mojego miejsca zamieszkania, do drzew, do zwierzaka. Nie chodzi jedynie o to, czy kocham swojego męża lub nasze dzieci. To jest oczywiste. Chodzi o coś więcej. Ten ro­dzaj miłości pojawia się w pewnym mo­mencie życia. To inny poziom odczu­wania. Pyta pani, czym dla mnie jest miłość. Zdziwi to panią, ale ja czuję się bardzo związana z moimi czytelniczka­mi. Lubię z ludźmi rozmawiać, od każ­dego mogę się czegoś nauczyć, coś od niego zaczerpnąć. Jak ktoś jest nałado­wany dobrą energią, to tej energii uszczknę sobie troszeczkę od niego. Dziś dla mnie to też jest miłość.

Miały Panie momenty w życiu, że nie wierzyły w miłość?

Danuta: Nigdy. Można nie kochać, ale wierzyć w miłość trzeba zawsze. (śmiech)

Krystyna: Jak można zwątpić w mi­łość?! Widząc dookoła tylu ludzi zako­chanych, kochających się, ludzi mło­dych, starszych... Duża część naszego życia minęła, ale przecież wielu je do­piero zaczyna. I bardzo, bardzo, bar­dzo wierzą w miłość! Mają nadzieję na miłość. To nasze dzieci, wnuk i.

Danuta: Tak. Teraz potrafimy żyć tym życiem, które dałyśmy. I z tego czerpie­my tak bardzo dużo radości.

Krystyna: Najgorzej, Danusiu, że na­sze dzieci i wnuki wierzą w miłość, tak jak my kiedyś. Naiwnie, szaleńczo, romantycznie! (śmiech) I dlatego tak się o nie boimy...

Danuta: Mam nadzieję! Bo miłość nigdy się nie kończy. Ona po prostu ma różne etapy.

Krystyna: Mój mąż nie żyje od sześciu lat. I teraz, kiedy go nie ma, nie pamię­tam już ani jednej złej chwili. A przecież dźwięczą mi w uszach te moje bunty, moje niecierpliwości, narzekania. Z mi­łością jest jak ze szczęściem, to chwile.

Danuta: Wzruszyłaś mnie bardzo, Krysiu...

Krystyna: A ja się wzruszam, jak słu­cham twojego męża, mówiącego o tobie. Kiedy zapytany, przyciśnięty do muru na tematy prywatne, udaje, że nic go to nie obchodzi, że to są jakieś drobiazgi.

 

Pani dalej walczy o jego miłość, Pani Danuto?

Danuta: Ja już o nic nie walczę. Już się nawalczyłam! W ogóle nie lubię tego sło­wa. O nic nie walczę, niczego nie szu­kam. Jestem szczęśliwa z tym, co mam.

Czy ta książka Panią zmieniła?

Danuta: Nie. Zawsze byłam taka sa­ma. Tylko dzięki książce odważyłam się powiedzieć, co czuję. Chcę żyć w prawdzie. Nie lubię dyplomacji, owi­jania w błyszczący papierek. Lubię żyć w prawdzie, mówić to, co czuję.

Pani Krystyno, czy jest coś, co Panią szarpnęło za serce jako kobietę, kiedy czytała Pani książ­kę Pani Danuty? Bo przecież tak naprawdę tyle Was różni.

Krystyna: No właśnie, sporo nas różni. A jednak wielokrotnie, czytając tę książkę, miałam poczucie, że ona jest przecież także  o mnie. To przecież moja i także pani historia. Tak naprawdę wszyscy jeste­śmy gdzieś tam wpisani.

To także książka o Polsce.

Ale tak po kobiecemu, które sy­tuacje były dla Pani poruszające?

Danuta: Powiedziałaś mi kiedyś, że zamarłaś, gdy sobie uświadomiłaś, że przez te wszystkie lata biuro Solidarności było u nas w mieszkaniu.

Krystyna: Tak, tego so­bie wcześniej nie uświadamiałam. Tyle lat! Wyobraziłam sobie rodzaj komplikacji, jaki musi mieć kobieta wychowująca dzieci pośród tego wszystkiego!

Danuta: Tak, okropnie mnie to de­nerwowało. I wykańczało psychicz­nie. Ja tego nie rozumiałam, bo nie byłam w tę politykę tak zaangażowa­na i tylko mnie to złościło. No, bo jak tu uśpić dzieci, kiedy faceci ciągle głośno dyskutują? Oni mnie komplet­nie nie zauważali. Nie liczyli się z ro­dziną, z naszymi potrzebami.

Krystyna: Drugi moment, w któ­rym zdałam sobie sprawę, że biuro Solidarności było w domu Danusi, to kiedy oglądałam zdjęcia, które zbie­raliśmy do spektaklu. Największe wra­żenie zrobiło na mnie jedno zdjęcie: dzieci leżą, śpią na łóżkach ciasno roz­stawionych, a jacyś ludzie przechodzą pomiędzy tymi łóżkami, paląc papie­rosy i rozmawiając, pewnie głośno...

Danuta: Widzisz, Krysiu, kobiety tak to dobrze rozumieją... Dla mnie takie słowa są rodzajem nagrody za ten trud. Że są ludzie, którzy to rozumieją.

Krystyna: Ja nigdy nie miałam po­czucia zagrożenia, od początku do dziś, nigdy nie byłam sama, bezradna, za­wsze pomagała mi mama, mąż, siostra. Ty rodziłaś dzieci, wychowywałaś je, kiedy męża zabierali do więzienia, wy­puszczali z więzienia, zwalniali z pracy, śledzili, szykanowali... Czy naprawdę umiemy sobie wyobrazić, co to znaczy urodzić i wychować tyle dzieci?! Już na­wet ubrać je rano i dać im śniadanie jest nie lada wyczynem! (śmiech) I uprać to wszystko! Ja właściwie nigdy nie doświadczałam pro­blemów bytowych. Mia­łam do dyspozycji zawsze kilka osób do pomocy i byłam „cholerną aktor­ką”, która zajmowała się głównie swoją karierą i rozwojem, filmem, teatrem, pracą, poezją, mu­zyką, literaturą! A tu ko­bieta w ciągłym zagro­żeniu, także najprostszej egzystencji, odpowie­dzialna za tak wiele i zda­na na siebie. Dlatego czu­ję dla Danusi taki podziw. Pamiętam, jak kiedyś zo­stałam sama z dwojgiem moich małych dzieci. By­ły wakacje. I nie mogłam sobie z nimi dać rady. (śmiech) Mąż pracował, robił jakiś film za granicą. Pamiętam, że płakałam do słuchawki: „Mamo, przyjedź, bo ja zwariuję”. Po­dziwiam cię także, Danusiu, za okres, kiedy twój mąż był prezydentem, kiedy musiałaś znaleźć się w tej trudnej pew­nie dla ciebie sytuacji.

Danuta: Opowiadasz, Krysiu, o tym, jak mi współczujesz, ale czy to znaczy, że ja jestem mniej szczęśliwa? Że mam teraz narzekać? Mam usiąść i płakać, rozpaczać, że coś minęło albo czegoś mi nie dano? Na pewno tego nie zrobię. Ja miałam bardzo szczęśliwe życie!

Ale jak to się stało, że nie jest Pani podszyta goryczą, nie jest kobietą rozżaloną?

Danuta: Jestem człowiekiem wiary i zaufania. No, może teraz mam trochę mniej zaufania do ludzi, niż gdy byłam młodsza. Bo, niestety, dużo ludzi mnie zawiodło. Ale jednak na świat pa­trzę optymistycznie. Choć momentami czuję, że ten świat nie jest taki, jaki chciałabym, by był...

 

Mówi się, że miłość jest wtedy, gdy bardziej chce się dawać, niż brać...

Danuta: Mnie już życie nauczyło, że za wszystko ma się zapłacone. I za dobro, i za zło. Miłość to nie siedzenie i trzymanie się cały czas za rączki. Miłość to codzienne życie. Ale musimy umieć się w tym odpowiednio ustawić. I czasem nawet się wściec, jak mówi Krysia, wykrzyczeć to, co nas boli. Oso­biście uważam, że człowiek, który nie potrafi kochać, jest nieszczęśliwy.

Krystyna: Tak, może czujemy się szczęśliwe i spełnione, bo kochałyśmy.

Danuta: Trzeba brać życie takim, jakie ono jest. Nie można ciągle dmu­chać pod wiatr albo chcieć czegoś, co jest niemożliwe. Trzeba umieć brać to, co przyniesie każdy dzień, i z tego się cieszyć. Na tym polega prawdziwa mądrość życiowa. I miłość.

Krystyna: Patrzę na moją mamę, któ­ra, wydaje mi się, jest szczęśliwa. Nigdy nie chciała dużo. I dostała od życia dużo więcej, niż myślała, że może dostać. Ma teraz 85 lat. Jest pogodzona ze wszystkim - ze światem, sobą i tym, co ma nadejść. Zawsze kiedy „szłam za­wojować świat” czy zrobić coś naprawdę trudnego, nowego, ważnego, ona pytała z troską : „A czapka? A szalik?”. (śmiech) I dziś wiem, że te pytania były i są waż­niejsze od wszystkich pytań o sens życia.

Danuta: Tak. To jest kluczowe. Cza­sem oczywiście wydaje nam się, że mi­łości nie ma. Wydaje nam się, że jej nie czujemy. A ona jednak jest. Czasem może się już o nią nie walczy...

Krystyna: Miłością po prostu jest... życie.

Danuta: I nie starajmy się tego życia zrozumieć. Bo ono zawsze jednak pozo­stanie tajemnicą.

No, to mamy tajemnice. A marzenia?

Danuta: O nich się głośno nie mówi.

Krystyna: Ja nie mam wielkich ma­rzeń... Zresztą nie nazywam ich marze­niami, to nadzieje związane z niepoko­jem o moje dzieci, matkę, fundację, teatry. Myśl, żeby spektakl o Danusi mo­gło obejrzeć jak najwięcej ludzi..

I spektakl, i książka poruszają nas, bo są szcze­rą opowieścią o czymś, co było nieopisane - o codzienności kobiety...

Danuta: Może to jest tajemnica mojej książki i tego spektaklu? Wszyscy myślą, że ujawnię tajemnice rodzinne, a prze­cież tu chodzi o coś innego.

Krystyna: Wiesz, Danusiu, już tyle sztuk zagrałam o kobietach, zagrałam także wiele kobiet - postaci historycz­nych, ale nigdy nie grałam kogoś, nie opowiadałam życia kogoś, do kogo mo­gę zadzwonić w każdej chwili, poroz­mawiać. To większa odpowiedzialność.

Widać, że jest między Wami taka więź, porozu­mienie dwóch kobiet.

Danuta: Bo mnie ta książka dała dużo wzruszeń, dużo bardzo przejmujących spotkań. To mnie bardzo utwierdziło w tym, że dobrze zrobiłam, decydując się na opublikowanie wspomnień. Mam teraz ciepłe emocje, o które mi tak bar­dzo przez całe życie chodziło.

Krystyna: Jest coś bardzo przejmu­jącego w tej opowieści o Danucie. Pamię­tam, że jak zaczęłam grać „Danutę W.”, miałam kilka takich momentów, przy których bardzo długo nie mogłam się uspokoić. Po prostu mnie zatykało, nie mogłam mówić. Trudne były pierwsze rozmowy o tym spektaklu z dziennika­rzami, ale też ze znajomymi. Ludzie py­tali, dlaczego robię w niektórych mo­mentach tak długie pauzy. A ja po raz pierwszy w życiu na scenie naprawdę nie byłam w stanie mówić. ze wzruszenia.

 

Pani w tym spektaklu wzrusza się nad Danutą czy nad sobą?

Krystyna: Na sobą? Nie! Aż taką kabotynką nie jestem. Może nad nami, nad naszą historią. W tym spektaklu, w tej kobiecie jest zamkniętych kilka kobiet - jest Danusia, ale jestem też ja, aktorka warszawska w szpilkach, w ele­ganckiej kuchni, piekąca jabłecznik. Ale także te wszystkie kobiety, które wychowywały dzieci i starały się jakoś żyć w tamtej Polsce. Ta książka jest bar­dzo szczera. Szczera, ale nie ekshibicjonistyczna. Wbrew krzywdzącym i powierzchownym opiniom, nie mówi wszystkiego do końca, a wiele rzeczy, których nie formułuje, można prze­czuć. Kilka razy chciałam zadać Danu­si pytanie, co się kryje za niektórymi zdaniami. Ale się powstrzymuję. (śmiech)

Dlaczego?

Krystyna: Dobrze, że są niedopowie­dzenia. Dzięki temu jest „powietrze między zdaniami”. Właśnie w tym „powietrzu” Danusi każda kobieta czuje rzeczy jej bli­skie...

Danuta: Wie pani, trzeba odróżniać szczerość od szczerości do bólu.

Taka szczerość do bólu się nie opłaca?

Danuta: Nie, bo nie war­to krzywdzić innych. Za­wsze pozostaje pytanie: po co to robić?

Krystyna: Poza tym czę­sto mocniej nas porusza coś, co jest nienazwane.

Danusia powiedziała takie zdanie: „Rzadko chodzę z mężem do kościoła. Jeże­li już chodzę, to idę z nim do przodu. Ale to jest dla mnie cierpienie”. Pod tym zdaniem kryje się kosmos. To jest zdanie, które w pierwszej warstwie jest takie, jakie je słyszymy. Ale przyznam się, że ja dłu­go nie mogłam przejść nad tym zda­niem do porządku dziennego. I co? Mam z tobą, Danusiu, o tym rozma­wiać? Przecież ja wiem, co się za tym kryje. Każda kobieta wie. Oczywi­ście, potem rozmawiałyśmy o tym przez chwilę, ale bardzo dobrze, że Danusia nie precyzuje tego do końca, bo to są jej sprawy.

Ale właśnie Lech Wałęsa ma pretensję o to, że te „Wasze sprawy” ujrzały światło dzienne...

Danuta: A zna pani mężczyznę, który nie ma o to pretensji? Przecież oni naj­pierw latami z nami nie rozmawiają, a potem się dziwią, że mówimy o tym głośno.

Krystyna: Jest w książce Danusi też takie zdanie: „Pewnego dnia byłam w domu sama, tracąc przytomność zdą­żyłam wezwać pogotowie”. To jest tak suche zdanie. Pozostawione samo so­bie. Ale co kryje się za tym zdaniem?

A dziś, Pani Danuto, czy Pani by coś jeszcze dopowiedziała? Żałuje Pani, że pewne rzeczy zostały tajemnicami?

Danuta: Niczego nie żałuję. To, co po­wiedziałam, to powiedziałam. I powiem pani szczerze - nawet nie lubię tego py­tania, czy czegoś żałuję. Jak można ża­łować tego, co się przeżyło?

Po co się pisze taką książkę, Pani Danuto?

Danuta: Najpierw jest tak, że człowieka nama­wiają do napisania wspo­mnień. Byłam namawiana przez różne osoby: masz tyle przeżyć, tylu ludzi spotkałaś, mogłabyś to opisać. Dojrzewałam do tego jakieś pięć lat. Samo pisanie to były dwa lata. Ja brałam to na luz i nicze­go z tym nie wiązałam. Ta książka chyba dlatego tak się spodobała, że ja w niej niczego nie zakła­dałam. Ja po prostu opo­wiedziałam swoje życie. Pyta pani, po co to zrobiłam? Może to był dla mnie pewien rodzaj terapii? Przeży­łam życie raz jeszcze i pewne rzeczy sobie uświadomiłam na nowo. Bo wiadomo, poświęciłam się dzieciom i mężowi, pro­wadzeniu domu i temu, żeby wszyscy byli choć trochę szczęśliwi i bezpieczni. Nie miałam czasu przemyśleć pewnych rzeczy. Teraz jestem sama dla siebie, teraz nic nie muszę. Mogę wszystko, ale nic nie muszę. I z tym jest mi dobrze. Tę książkę napisałam dla siebie.

 

A nie dla męża? Nie chciała Pani, żeby lepiej Panią zrozumiał? Przyszedł, przeprosił za te lata, kiedy była Pani sama?

Danuta: Nie. Na nic takiego nie liczy­łam. Jestem osobą, która bierze życie takie, jakie jest mi dane. Mam takiego, a nie innego męża. Książka nie ma tu nic do rzeczy.

Ale nie oszukujmy się, trzeba było odwagi, by napisać taką książkę. I zrobić taki spektakl.

Krystyna: Ależ to oczywiste! Tyle że odwaga nie jest u nas obu deficytowa.

Dlaczego rozpętała się wokół tej książki taka burza? Czy to właśnie nie dlatego, że odważnie mówi Pani, że w rodzinie też jest dużo cierpie­nia i samotności?

Danuta: Ale przecież tak było nie tylko w mojej rodzinie! Wiele rodzin w Polsce w tamtym czasie miało takie lub podob­ne przeżycia. Nie uważam, że coś obna­żyłam czy naruszyłam jakieś tabu. Absolutnie nie!

Krystyna: Danusia nie ma nic do ukrycia. Uważam, że w tej książce jest wielka czystość.

Danuta: Jestem bardzo szczęśliwa, że spotykam takich ludzi, jak Krysia. Zawsze miałam bardzo duże szczęście do ludzi, ale spotkanie Krysi to był dar niebios - ona odczytała nawet te naj­większe moje tajemnice.

Nikomu wcześniej nie przyszło do głowy, żeby zrobić film, napisać książkę, spektakl o Pani Da­nucie, pokazać to z jej perspektywy. Dlaczego dopiero ta książka pokazała Pani heroiczną codzienność?

Krystyna: Bo wtedy były sprawy waż­niejsze. Dziś, po latach, możemy na to spojrzeć uważniej. Książka ukazała się w takim momencie, kiedy już nas stać, żeby spojrzeć na to z innej perspektywy, spokojniej, bardziej czule, ale i z więk­szym dystansem.

Danuta: Myślę, że teraz jest czas ko­biet. Za mojej młodości naprawdę się nie liczyłyśmy. Myślę, że obecnie ko­biety zaczęły się bardzo popierać. Są bardziej aktywne niż kiedyś, piszą książki, mówią o sobie. Są szczere. Nawet jak się różnią, to jednak są sobie bliskie. To również zrozumiałam pod­czas wielu spotkań z kobietami, po uka­zaniu się moich wspomnień.

A mnie się jednak wydaje, że więcej Pani dała, niż dostała. O tym jest zresztą książka. Danuta: No tak, dawałam po to.

Krystyna: Żeby teraz dostać. (śmiech)

Danuta: A może jednak, Krysiu, daje­my, ale ludzie nie muszą nam oddawać? Może nie powinniśmy tego oczekiwać? Może tylko wtedy różne rzeczy nas cie­szą? Bo na nie nie liczymy? Często mi się wmawia, jakie miałam ciężkie życie. Ale ja jedno mogę powiedzieć:  miałam piękne życie. Gdyż zdarzyły mi się rze­czy, których zupełnie nie oczekiwałam. Wszystkiego miałam dużo. Dużo dzie­ci, dużo problemów i dużo biedy. A te­raz mam moje wymarzone życie. Wiem, że niektóre panie, które miały trójkę dzieci i poświęcały się dla nich oraz dla męża, bywają zgorzkniałe. Bo może miały jakieś piękne wizje, chcia­ły mieć jakiś zawód czy coś zdobyć i nie wyszło. Ja nie jestem zgorzkniała, bo niczego nie oczekiwałam.

Krystyna: Ale masz dziś to, na co za­sługujesz, Danusiu. Bo miałaś odwagę zabrać głos.

Danuta: Ktoś może oczywiście powie­dzieć, że to moja pycha kazała mi napi­sać książkę. Tak, w pewnym momencie chciałam, żeby inni ludzie dowiedzieli się, że istnieję. I jestem wdzięczna loso­wi, że tak mi za to wszystko zapłacił.

Sama sobie Pani za to zapłaciła, sama to wy­walczyła.

Danuta: Nie, nieprawda. Przecież nie jesteśmy samotnymi jednostkami, sa­motną wyspą. Żyjemy wśród ludzi. Bez nich bylibyśmy nikim. Krysiu, mówisz, że nie miałaś takich przeżyć jak ja, ale może masz taką osobowość, tempera­ment podobny do mnie. Ja z kolei nie mogę pojąć, jak ty sobie dajesz radę, prowadząc dwa teatry. Że masz na to si­łę. Ja bym już nie miała tyle energii...

Krystyna: Można powiedzieć: od kło­potu do kłopotu - sukces. (śmiech) Ktoś ostatnio powiedział, że nasze teatry przeczą rachunkowi ekonomicznemu. (śmiech) Nie wyobrażam sobie życia bez pracy. Odpoczywanie mnie nudzi. Zawsze mnie nudziło. Praca jest też o wiele bardziej interesująca niż zabawa. Ja nie lubię się bawić, nie lubię odpo­czywać. I świetnie, że mam tyle pracy. Sama ją sobie stwarzam.

 

Pamiętacie ten moment, kiedy się pierwszy raz spotkałyście? Na pewno widziałyście się w „karnawale Solidarności”, kiedy Wajda kręcił film w Gdańsku.

Krystyna: Nie, nie spotkałyśmy się. Kręciliśmy „Człowieka z żelaza” w Gdań­sku i nawet Lech Wałęsa zagrał w tym filmie. Byli z panią Anną Walentynowicz świadkami na naszym filmowym ślubie, moim i Jurka Radziwiłowicza. (śmiech) Ale nie przyszło nam wtedy do głowy, żeby nachodzić panią Danutę w domu!

Danuta: Oczywiście, nawet nie wie­działam, że mój mąż poszedł zagrać do pana Andrzeja Wajdy. On mi już wtedy niczego nie mówił.

Krystyna: Ale powiem ci, Danusiu, on był wtedy bardzo „zakręcony”... Pa­miętam to, obserwowałam także z du­żym zaciekawieniem. To było dla nas wszystkich wielkie przeżycie. Przyje­chał na plan na dwadzieścia minut. (śmiech) Kiedy weszli z panią Anną Walentynowicz do kościoła, w którym kręciliśmy scenę ślubu, chyba sam już nie wiedział, czy to film, czy to ślub. Złożył nam życzenia, jakbyśmy na­prawdę brali ślub. (śmiech) Widać było, że jest zaprzątnięty jakimś dużym pro­blemem, a Andrzejowi Wajdzie i nam robi po prostu uprzejmość, bo to film o Solidarności także. Reżyser mu po­wiedział: „Proszę tu stanąć, państwo wzięli przed chwilą ślub, proszę im zło­żyć życzenia”. Więc złożył. (śmiech)

Ale mieli z panią Anną co innego na gło­wie. Przyszłość Polski. Popędzili dalej. Tyle ich widzieliśmy.

Dlaczego nie odwiedziliście wtedy Lecha Wałęsy w domu?

Krystyna: Nie mieliśmy śmiałości! Skąd! Lech Wałęsa był wtedy bohaterem narodowym, a my. artystami. Niko­mu z nas nawet to nie przyszło do gło­wy! Natomiast pamiętam niesamowitą atmosferę tamtych czasów. Kiedy krę­ciliśmy sceny do „Człowieka z żelaza” na ulicach Gdańska, co chwila pod­chodził do nas jakiś człowiek, upew­niał się, czy kręcimy prawdę. „Jak skłamiecie, to was będziemy wieszać na latarniach” - mówił, nie było więc żartów. Cały czas byliśmy pod wielką presją. Andrzej Wajda również był zdenerwowany, bo robił film histo­ryczny, interpretując wielką historię, która zdarzyła się przed chwilą. Trzeba było wielkiej odwagi i odpo­wiedzialności. Patrzyłam wtedy na Andrzeja z niepokojem. Patrzyli­śmy wszyscy, po cichu. Zmagał się z tą Polską, z historią i jej oceną, jak Polak, mniej jak artysta...

Bardzo dużo działo się wtedy, w 1981 roku, tak­że u Was prywatnie. Pani Danuta była w szóstej ciąży, Pani z kolei w tym samym roku wzięła ślub z Edwardem Kłosińskim. To był wyjątkowy czas dla Was, kobiet.

Danuta: Ja przede wszystkim byłam matką i zaczynałam przeczuwać, że po­lityka już na zawsze wejdzie w nasze życie.

Krystyna: Ja byłam zachwycona, że gram, że tworzę. Miałam dopiero jedno dziecko, zmieniałam, walczyłam o swoje życie, szczęście, byłam bardzo zakochana. Byłam taka łapczywie na­stawiona na życie w ogóle, na dozna­nia, na uczucia, na granie. Wiele spraw się przede mną otwierało, czułam, że idzie nowe, że to nowe zmieni wszystko. Także nasze życie prywatne i sztukę. A propos dzieci - pamiętam, jak kiedyś siedziałyśmy z Danusią na lotnisku, bo odlot samolotu się opóźniał, i opowiadałyśmy sobie o po­rodach. (śmiech)

Więc kiedy pierwszy raz się tak naprawdę zetknęłyście ze sobą?

Krystyna: Dopiero w Świnoujściu na Karuzeli Cooltury w 2011 roku. Byłam już po lekturze książki „Marzenia i tajem­nice”, ale nie wiedziałam, jaką Danusia, moja bohaterka, jest osobą. Zobaczyłam ją z daleka. Pomachałyśmy do siebie. Pa­miętam potworny tłum, była to promocja książki Danusi i ludzie rzucili się na nią po autografy. Zaproponowałam, żebyśmy poszły gdzieś porozmawiać. Wtedy Da­nusia wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do kawiarni, bo ja w oszołomieniu nie wiedziałam, gdzie mamy iść. (śmiech) Ona po prostu wszystko od razu zorga­nizowała. Zrozumiałam, że przy tej ko­biecie można poczuć się bezpiecznie.

Danuta: My szybko znalazłyśmy poro­zumienie, bo jesteśmy jednak do siebie bardzo podobne.

Ale ja się upieram, że tyle Was różni!

Danuta: Życie zawodowe nas różni, życie rodzinne, ale my jesteśmy podob­ne w tym.

Krystyna: ...że bierzemy życie, jakie jest.

Danuta: I się życia nie boimy!