Bardzo fajny prezent zrobił Pan sobie na 50. urodziny, pisząc „Piekło Dakaru”.

Wydaje mi się, że sama książka wyszła bardzo fajnie i myślę, że będzie ciekawa nawet dla tych, którzy nie interesują się motosportem. Jednak gdzieś w środku czuję, że nie zrobiłem sobie prezentu. Zabrakło w książce zwycięstwa… A było tak blisko...

Rurka przeszkodziła w zwycięstwie?

Tak, pękła mała rurka w układzie kierowniczym. W rezultacie z trzeciej pozycji spadłem na dziewiątą. Co prawda jest to najlepsze miejsce Polaka na tym Dakarze, ale mimo to nadal jestem wściekły. Podium, a może nawet zwycięstwo, wymknęło mi się z rąk…

Nie będzie Pan już startował?

Oczywiście, że będę. Rajdy to jest choroba. Nie da się tego tak po prostu rzucić. Nie umiem powiedzieć sobie: jestem rozsądny, nie będę ryzykował, bo mam piękne życie, wspaniałą żonę i dzieciaki. Facet bez pasji nie żyje. Musi wciąż za czymś gonić. I moja żona Dana mnie świetnie rozumie. Ona ponosiła już ogromne poświęcenia w związku z moim zawodem. Były takie momenty w naszym życiu, kiedy już się wprowadziła do pięknego, nowo zbudowanego domu, a ja zaraz go sprzedawałem i kupowałem samochód rajdowy, a do tego busa i treningówkę. I dalej się ścigałem. Mimo mieszanych uczuć moja żona bardzo spokojnie wracała do 30-metrowegomieszkanka. I dzielnie czekała kolejnych parę lat, aż znowu będzie lepiej finansowo. Pięknie mi kiedyś powiedziała: „Mam pewność, że z tobą zawsze będę bezpieczna. Mam to poczucie, że zadbasz o mnie i o nasze dzieci”.

Ma Pan szczęście, że żona tak w Pana wierzy.

Zawsze staram się jej imponować. Nawet teraz, gdy Dana czasami przyjeżdża na treningi, poprawiam czas przejazdu o jakieś 1,5 sekundy. Wszyscy oczy przecierają, a ja zwyczajnie zawsze bardzo chcę udowodnić mojej kobiecie, że jestem najlepszy, że potrafię coś zrobić jeszcze lepiej.

Jesteście świetnym małżeństwem.

Myślę, że udało nam się wybornie. Przez lata się docieraliśmy i byliśmy gotowi do zmieniania siebie dla siebie. Kiedy moja żona jeździła na mecze koszykówki, a ja jechałem na jakiś rajd, spotykaliśmy się sporadycznie. Być może dlatego nasze małżeństwo teraz się nie rozpada, bo zwykle tylko połowę czasu spędzamy ze sobą (śmiech). Nasz związek, który naprawdę powstał z miłości, cudownych i wspaniałych chwil, ułożył się tak, że dalej niezmiennie się kochamy.

Trudno było żonie zrezygnować z kariery koszykarki?

W koszykówce kariera w pewnym momencie musi się zakończyć. Mogę powiedzieć tyle, że nie było to dla niej łatwe. Ta pasja ciągle gdzieś w niej siedzi...

Jesteście razem już 30 lat!

Poznaliśmy się dawno temu... Znamy się od 16. roku życia. Ja biegałem za moją żoną. Dosłownie. Na początku nasz związek był bardzo burzliwy i moja żona często mnie odrzucała. A że była dobrym sportowcem, to mi dosłownie uciekała, a ja za nią biegałem (śmiech).

Co jest główną tajemnicą udanego związku?

W naszym życiu bardzo rzadko miewamy ciche dni. Ostatnio nie mamy nawet cichych godzin.

Czy nie wpływa na to też fakt, że uprawia Pan tak niebezpieczny sport i żona ma świadomość, że może nagle Pana stracić? Wtedy inaczej się kocha.

Możliwe. Motosport wiąże się z ogromnym ryzykiem. Bywały takie trudne chwile, kiedy na przykład złamałem kręgosłup na rajdzie w Egipcie. Nikt z nas nie wiedział wtedy, jaka będzie moja przyszłość. Więc za każdym razem, kiedy wracam z rajdu, oboje mamy poczucie, że fajnie jest być znowu razem.

Lubi Pan naprawiać auta? Ile godzin pod samochodem spędził Pan jako chłopak?

Na początku całymi godzinami leżałem pod dużym fiatem mojego taty. To były setki godzin spędzonych w ciemnym garażu, w środku lata. Moi koledzy w tym czasie siedzieli na plaży z dziewczynami, a ja piłowałem jakieś rurki w cylindrach, przerabiałem tłoki, robiłem różne inne przeróbki. A później było odwrotnie: dziewczyny oglądały dzielnych kierowców, a chłopaki z plaży byli już na bocznym torze. Wtedy miało to dla nas nawet jakiś podtekst seksualny (śmiech).

Na pewno. To jest sen każdego chłopca – być kierowcą rajdowym.

Tak naprawdę ja przede wszystkim chciałem zostać sportowcem. Grałem w siatkówkę, byłem lekkoatletą, trochę biegałem. Myślę, że jestem uzdolniony fizycznie. Byłem w reprezentacji szkoły, w zasadzie we wszystkich dyscyplinach. Od małego miałem zawsze jedno marzenie. Kiedy jakiś Polak zwyciężał i grali hymn, ja stawałem przed telewizorem na baczność i tak sobie wyobrażałem: to ja jestem tam, biało-czerwony dres, orzełek na piersi, to mnie grają hymn. To był sen dzieciaka. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że się spełni.

A decyzja, że to będą samochody, skąd się wzięła?

Kiedyś regularnie odbywał się w Olsztynie rajd Kormoran. Tata zawsze mnie zabierał na trasę rajdu. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem tych facetów w rajdowych kombinezonach i te wszystkie cudowne sportowe samochody. I doznałem olśnienia. To było niesamowite! To było coś! Na dodatek te dziewczyny z kolorowymi parasolkami chodzące wokół kierowców, ryk silników, ogromne zainteresowanie kibiców. Miałem wtedy oczy jak monety. Żyłem tą atmosferą.

A pierwszy poważny wypadek?

 

Pewnej zimy na Mazurach o świcie jechałem przez las. Wręcz frunąłem. Opony z kolcami, śnieg, lód, a ja po tym śniegu i lodzie pędziłem jakieś 200 km/godz. Kiedy auto wyskoczyło zza szczytu, nagle zobaczyłem wystający ze śniegu pień drzewa. Nastąpiło potężne uderzenie, oderwało koło, obróciło nas i samochód zaczął lecieć prosto w ścianę lasu. Pomyślałem, że to koniec, bo mam na zegarach 170-180 km/godz., a ściana lasu jest już tylko kilkadziesiąt metrów ode mnie. Lecąc w las, wiedziałem, że nie ma szans, żeby ten samochód wytrzymał konfrontację z drzewami. Było wielkie bum! Straciłem na chwilę kontakt z rzeczywistością. Ale następną myślą było: „Ja żyję!”. Samochód był całkiem zgnieciony, nie było bocznej szyby, drzwi były zmiażdżone, a w kabinie hulał lodowaty wiatr. Odwróciłem się, a tam nie było tyłu samochodu. Całą tylną część auta urwało. Co człowiek czuje w takiej chwili, to jest po prostu nie do opisania.

Ale przecież po czymś takim chyba szybko się nie wsiada?

Właśnie trzeba to zrobić jak najszybciej. Trzeba jak najszybciej zdławić lęk! Zabić tchórza! Zabić gada!

Co się sprawdza przede wszystkim w tych sportach?

Potrzebna jest stuprocentowa koncentracja. Na Dakarze ta koncentracja musi trwać pięć–sześć godzin, i to na najwyższym poziomie. Ja dochodziłem do takiego, nazwijmy to odmiennego, stanu świadomości, że kiedy wjeżdżałem na metę i ktoś coś do mnie mówił, to zastanawiałem się, o co temu człowiekowi chodzi. Byłem tak skupiony, że nie rozpoznawałem ludzi.

Ten rajd to trochę taka męska balanga? Widziałam zdjęcia, przeczytałam książkę.

(śmiech) To potworny wysiłek! Przez te sześć godzin rajdu zużywamy straszne ilości kalorii. A podczas trudnego odcinka pustynnego wypijamy nawet 5-7 l wody i od razu wszystko wypacamy. W samochodzie panuje temperatura około 60 stopni. Nie mamy klimatyzacji, więc jest bardzo gorąco.

Nad czym najbardziej każą Panu pracować psychologowie sportowi?

Najważniejsze to budowanie siły i odporności psychicznej. Jestem jednym z pierwszych polskich sportowców, którzy uczestniczą w programie Mental Win. Trzeba też posiąść umiejętność, jak szybko odpoczywać, jak się motywować. Ważne są techniki relaksacyjne i metody zrzucania z siebie stresu.

Niech Pan o nich opowie, bo chętnie zrzuciłabym trochę stresu.

Trzeba zacząć od nauczenia się odczuwania swojego ciała. Od koniuszków palców aż po czubek głowy. Dopiero wtedy można doprowadzić do szybkiego rozluźnienia organizmu.

A jak Pan przeżywa ból porażki? Płacze Pan?

Kiedy jest bardzo trudna sytuacja, zdarza się czasami jakaś mała łezka, ale staram się to skrywać. Zdarza mi się zapłakać ze złości, z niemocy, kiedy wizja zwycięstwa się oddala.

Pana córki też jeżdżą wyczynowo?

Obydwie bardzo dobrze jeżdżą samochodem. Spokojnie mogłyby startować w sportach motorowych. Myślę, że dostały w genach po ojcu to „coś”. Mamy różne rajdowe zabawki elektroniczne w domu. Ścigamy się czasami przed komputerem. Moja najstarsza córka Karolina byłaby świetnym kierowcą. Ale córki wiedzą, jaka to jest ciężka robota i trudny sport. Zdają sobie sprawę z tego, jakich wymaga wyrzeczeń. Mają też świadomość tego, ile taki sport kosztuje nerwów. Do tej pory moja żona przeżywa moje rajdy bardziej niż ja. Dziewczyny mówią wtedy, że w czasie moich wyjazdów komunikacja z mamą się urywa. Siedzi tylko przed laptopem i patrzy na mapę rajdu czy ten punkcik na mapie, którym jest mój samochód: porusza się czy nie? Bardzo przeżywa mój udział w Dakarze. To jest bardzo mądra kobieta i cały czas delikatnie mi przypomina: „Pamiętasz, obiecałeś mi”. Bo to ja namówiłem ją na trzecie dziecko. Chodziłem za nią na kolanach i błagałem. Chciałem, żeby to dziecko pojawiło się w naszym życiu. Dzięki temu teraz znowu mamy kim się zajmować i to jest fantastyczne. Dwie starsze córki już się pomału rozjeżdżają w świat – jedna na koncercie, druga gdzieś indziej... Moich dziewczyn już coraz częściej nie ma w domu, za to jest teraz z nami mała Tośka. Dla mnie wciąż najważniejsze jest poczucie czegoś ważnego, co jeszcze jest przede mną. To jest mój napęd życiowy. Nawet kiedy coś się nie układa, mam kłopoty ze sponsorami czy coś innego nie wychodzi, nie załamuję się i szukam nowych rozwiązań. To mi daje znowu dobrą energię do dalszego działania. W takich chwilach moim psychologiem jest żona. Mówi wtedy: „Zobacz. Co z tego, że coś się stało czy coś się nie układa? Mamy wspaniałą rodzinę i jeszcze tyle różnych rzeczy do zrobienia razem. Jeszcze musimy Tośkę wychować, więc nie przejmuj się, bo jest po co żyć!”.