Pana wypadek w relacji naocznego świadka – Polaka zresztą, dziennikarza, który od lat mieszka w Peru – wyglądał dramatycznie. Najpierw martwił się, czy Pan żyje, a potem bał się, że zmiażdżą Was kolejne rozpędzone auta, które jedno za drugim pojawiały się na horyzoncie. A jakie było Pana pierwsze odczucie?

Pierwsze odczucie? Że nie mam oddechu, że jest bardzo źle, że zaraz się uduszę. Wiedziałem, że bardzo mocno uderzyliśmy w skalną płytę. To zamroczenie trwało jakąś chwilę. Potem wrócił oddech, wziąłem się w garść i pierwsza rzecz, jaką zrobiłem, to zapytałem Filipe, jak się czuje. On też był w szoku i początkowo nie za bardzo reagował. Nagle poczułem bardzo silny ból. Zdjąłem powoli kask, chciałem zobaczyć, co funkcjonuje. Poruszyłem stopami, rękami, pomyślałem: „Nie jest źle, mam czucie, chyba nic się nie pokruszyło”. W ferworze walki postanowiłem ruszyć dalej, choć Filipe mówił, żeby tego absolutnie nie robić. Odjechałem z półtora kilometra. Ale ból się nasilał, więc zatrzymałem auto i powiedziałem, że nie dam rady jechać dalej. Wysiadłem z samochodu, położyłem się, a w zasadzie przewróciłem na bok, bo ból był przeszywający. Oprócz klatki piersiowej bolał mnie ostro dół kręgosłupa. Wiedziałem, że to coś więcej niż tylko połamane żebra, bo nieraz w życiu już je złamałem i ten ból był mi dobrze znany.

O czym Pan wtedy myślał, leżąc na tym piasku w 40-stopniowym upale?

Kiedy tak leżałem, wiedziałem, że w tej chwili ten rajd się dla mnie skończył. Ja, dorosły facet, płakałem, patrząc na samochody kolegów, które mnie mijały. Nie potrafiłem pogodzić się z tym, że to już koniec. Natychmiast stanęły mi przed oczami dziesiątki godzin spędzonych w trudnych warunkach na ćwiczeniach, żeby się do tego rajdu przygoto-wać, praca moich fantastycznych mechaników, którzy zbudowali wspaniały samochód. Samochód, który po naszym wypadku był w pełni sprawny i mógł jechać dalej, ale JA zawiodłem. Rozleciał się ten ludzki łącznik pomiędzy pedałami a kierownicą. Filipe wcisnął czerwony guzik...

...i ruszyła machina ewakuacyjna.

Przyleciał helikopter i stałem się już tylko gościem, którego noszą. Obrzydliwe dla mnie uczucie. Całe życie starasz się być człowiekiem samodzielnym. Uważasz, że jesteś silny, odpowiedzialny, odporny, wszystko robisz sam, a tu nagle jesteś zdany na innych ludzi. Nagle ktoś cię musi nosić, musisz prosić o pomoc, żeby się napić wody. Jesteś jak mały, bezradny bobasek, którego trzeba wziąć na ręce, żeby się napił mleka mamusi. Dojrzałemu mężczyźnie cholernie trudno coś takiego znieść.

W szpitalu w Limie, dokąd Pana odtransportowano, peruwiańscy medycy byli zaszokowani Pana siłą i odpornością.

(śmiech) Podobno wymyślili dla mnie nawet przezwiska: „Robokop” i „Batman”. To było dla nich szokujące, że człowiek z podejrzeniem złamania kręgosłupa próbował wstawać z łóżka i rwał się do powrotu do domu. Wie pani, to nie jest moja pierwsza „awaria”. Mam nadzieję, że ostatnia, ale ja już kilka razy w życiu tak sobie powtarzałem. (śmiech) Przede wszystkim przez te wszystkie lata nauczyłem się żyć z bólem. Oni byli zaszokowani, że ja nie chciałem żadnych środków przeciwbólowych. A ja ich nie brałem, bo nie lubię. Uważam, że ból bardzo dokładnie informuje mnie na temat tego, co się dzieje w moim organizmie. Niwelowanie bólu powoduje zafałszowanie informacji. Poza tym staram się omijać szpitale z daleka. Daję stamtąd chodu najszybciej, jak mogę. Wierzę, że w domu, otoczony bliskimi, człowiek najlepiej dochodzi do siebie. Teraz też udało mi się po trzech dniach uciec ze szpitala, choć lekarze absolutnie się na to nie zgadzali. Myśl, że zaraz będę w domu, bardzo mnie podnosi na duchu. Wie pani, to nie jest radosne uczucie, gdy moi koledzy ścigają się teraz po pustyni, a ja mogę myśleć tylko o następnym Dakarze.

Czy rajdowcy mają jakieś czary, które odprawiają przed startem?

Raczej nie. Ja jestem pragmatycznym człowiekiem i przede wszystkim zwracam uwagę na to, co mogę realnie zrobić, żeby się zabezpieczyć i być do tego rajdu dobrze przygotowanym. Jedyna rzecz, do której mogę się przyznać, to jest taka malutka skarpeteczka, mam ją od wieków, którą wszystkie moje trzy córki miały na nóżce po kolei. Ta skarpetka jest bardzo stara i zawsze jest przy mnie. Wierzę, że mi pomogła, bo choć z jednej strony musiałem przerwać Dakar – i to jest moje nieszczęście – to z drugiej jednak nie wracam jako inwalida. Wygląda na to, że te złamania nie są groźne, kości się w końcu pozrastają i będę mógł normalnie funkcjonować.

A psychicznie w jakiej jest Pan formie?

Korzystam z różnych nowoczesnych systemów motywacyjnych, kształtujących siłę i odporność psychiczną. I to na pewno mi pomaga. Przygotowuję się, żeby moja psychika była gotowa do zwycięstwa, a nie do szukania w sobie słabych punktów. Każdy je ma, ja również, ale przed każdym startem najważniejsze jest, żeby się jak najlepiej przygotować i potem jak najlepiej wykonać zadanie.

Najważniejsze zasady, które Pan sobie powtarza?

 

W wielkim skrócie: „Jestem silny, jestem gotowy, przyjechałem tu, żeby walczyć o zwycięstwo”. Liczy się tylko siła i dobra energia. Po to przygotowywałem się miesiącami, żeby teraz walczyć o wygraną, a nie hodować w sobie wątpliwości i niepewność. Mam tak od dziecka. Oczywiście czasami dopadają mnie chwile słabości i zwątpienia. Zawsze możesz się załamać i powiedzieć: „Boli, nie dam rady, poddaję się”. Tylko po co? Całe życie powtarzam sobie: „Jak padłeś, musisz się podnieść i walczyć dalej”.

Teraz jest Pan myślami...

...na następnym Dakarze. Analizuję błędy, które tu popełniłem. Nigdy nie szukam winnych wokół siebie, zawsze uważałem, że to ja mam wpływ na ostateczny rezultat. Nawet w samochodzie rajdowym. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież to jest zespół, załoga, team. Ale na końcu to ja jestem tym, który dodaje gazu, naciska hamulec i decyduje, kiedy i gdzie skręcamy. Tak naprawdę mogę mieć pretensje tylko do siebie. Nie doszukuję się winy w zachowaniu pilota, w samochodzie czy w trasie, która była zbyt trudna, bo wszyscy trasę mają taką samą. Gdybym znalazł się 10 metrów dalej, po lewej stronie, to skarpa była tam półmetrowa i można było spokojnie zjechać. A tak przy szybkości 58 kilometrów spadliśmy z 3,5-metrowej skarpy wprost na skaliste podłoże. Lot był długi, a siła uderzenia ogromna. Stało się, jak się stało, trzeba uciekać myślami do przodu.

Pierwsze słowa, które usłyszał Pan od żony?

To jest niesamowite, bo moja żona tym razem była bardzo spokojna. Ona doskonale wie, że jak dzwoni do niej telefon satelitarny podczas trwania odcinka specjalnego, to znaczy, że stało się coś poważnego. Jak mam awarię, jakieś techniczne problemy, to nigdy do niej nie wydzwaniam, tylko skupiam się na rozwiązaniu problemu. Bo każdy rajd to jest nieustanna walka. Jak dzwoni telefon satelitarny, to już inna bajka. Wiedziałem, że dla mnie oznacza to koniec, że muszę wycofać się z rajdu, i nie chciałem, aby żona dowiedziała się o tym z mediów. Potem rozmawiałem już kilkakrotnie z córkami, które mi opowiadały: „Tato, mama była tak spokojna, że naprawdę się przeraziłyśmy. Bardzo spokojnym, rzeczowym tonem powiedziała: »Tata jest połamany, ale nie wiadomo dokładnie w ilu miejscach, ponieważ nie ma jeszcze konkretnej diagnozy«”. Dopiero po kilkunastu godzinach w szpitalu było wiadomo, co się stało. Moja żona jest bardzo twardą kobietą, naprawdę. Jeśli w ogóle można powiedzieć o kobietach, że są twarde. To, co ona ze mną przeżyła...

Podziwia Pan swoją żonę?

Bardzo. Dla człowieka, który patrzy na mnie z boku, z zupełnie innej perspektywy niż moja żona, mogę być trochę głupcem, szaleńcem, wariatem, bo całe życie robię rzeczy często bliskie granicy, za którą jest już tylko ciemność. Ale nie mogę bez tego żyć. To trochę jak choroba – że kocham rywalizację, lubię być w najtrudniejszych warunkach i sobie z nimi radzić. Trawi mnie jakaś męska próżność, bo nie wiem, jak to inaczej nazwać. A z drugiej strony to nie jest tak, że gram w rosyjską ruletkę. Nie przykładam sobie pistoletu do skroni, nie zakręcam bębenkiem i nie mówię: „Wystrzeli albo nie wystrzeli”. Nienawidzę tego typu ryzyka, uważam to za skrajną głupotę. Lubię ciężką, uczciwą rywalizację w ekstremalnie trudnych warunkach. Wojownik, myśliwy – bliżej mi do tych klimatów.

Na razie wojownik spędzi kilka miesięcy w domu, bo nienawidzi szpitali.

(śmiech) A moje wspaniałe dziewczyny: Karolinka, Ala, Antonina i Danusia, położą gdzieś ten „wrak” w kącie domu, schowają do szafy, gdzie będzie musiał grzecznie poleżeć. Dziewczyny będą mi znowu dodawały dobrej energii i siły, aż kosteczki się zrosną i będę mógł zabrać się do roboty.