Nagrał Pan piosenki Cohena, bo podobno jest on Panu bardzo bliski. A czy umiałby Pan tak kochać kobietę jak w piosence „I’m Your Man”? Leżał Pan kiedyś u stóp kobiety tak jak on?

Oczywiście! Od 30 lat już tak leżę. Mam mojego anioła stróża – żonę Ewcię, z którą rzeszliśmy bardzo dużo. Te wszystkie przeżycia, niektóre dramatyczne, jak wypadek w 1988 roku pod Bydgoszczą, w którym bardzo ucierpiał mój syn, ale też zwykłe codzienne kłopoty, paradoksalnie bardzo scaliły nasze małżeństwo. Ja, podobnie jak Cohen, mógłbym dla mojej Ewuni wyjść na ring i walczyć do upadłego.

Brzmi pięknie. Ewa jest dla Pana ideałem? Jeżeli mężczyzna nie widzi wad swojej kobiety, to nie będzie widział też jej zalet. Ja już nie walczę z wadami bliskich, bo to bardzo ryzykowne zajęcie. To beznadziejne gadanie: „Robisz źle, zrób wszystko inaczej” – daje odwrotny skutek. Wypracowałem sobie inną metodę: swoją postawą pokazuję, że można żyć bez krytykowania partnera.

Ale żeby do tego dojść, musiał Pan popełnić masę błędów...

Ooo, oczywiście. Inny byłem, kiedy miałem lat 16, 20 czy 30. Inny jestem teraz, gdy niebawem skończę 70. Miałem w życiu trzy żony. Dzisiaj żałuję, że nie pokierowałem inaczej swoim życiem, ale czasu nie da się cofnąć. Mogę jedynie zadośćuczynić za to, co złe.

Powiedział Pan, że był na równi pochyłej. Co takiego się wydarzyło, że postanowił Pan radykalnie zmienić swoje życie i złapał to „koło ratunkowe” o imieniu Ewa?

Ludzie są krótkowzroczni – ja też – i nie zdają sobie sprawy z niebezpieczeństw. Żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy królami świata. Dzisiaj wyznajemy hedonizm, konsumpcję. Kasa liczy się ponad wszystko. Sam taki byłem. To właśnie była moja równia pochyła. W czasach mojej młodości z przyjemności była jedynie ciepła wódka, ładna dziewczyna plus gitara i śpiew. A dzisiaj mamy inne pokusy. Pierwsza to pokusa władzy. Wszyscy chcemy kimś rządzić. Najchętniej byśmy drugiego człowieka ubezwłasnowolnili. To się dzieje w rodzinach, w pracy. Każdy chce większej władzy, żeby drugi był uległy i nie sprawiał nam kłopotów.

 

I co Pana przed tym powstrzymuje?

Religia. O tym śpiewa Cohen. W „Suzanne” jest to jego słynne zdanie o Chrystusie: „chcę z Nim powędrować, bo mnie dotknął myślą swą”. To jest głęboka duchowość. Bardzo mi bliska, choć Cohen jest buddystą.

Jak to się stało, że zrobił się Pan tak religijny? 

Przez kobietę. To wydarzyło się jakieś 30 lat temu. Byliśmy w Chicago i Ewa wyciągnęła mnie na Wielkanoc do kościoła. Wszedłem tam jako niewierzący, wyszedłem przemieniony. Pamiętam, że na początku się denerwowałem: wszyscy wstają, siadają, wstają. I jeszcze do tego fałszują. Ale zobaczyłem też skupienie, widziałem, jak ludzie płakali, gdzieś tam w bocznych nawach, a ja... żułem gumę. Mój przyjaciel, który przychodził na moje koncerty, bo lubił rock and rolla, ksiądz z Chicago, zwrócił mi uwagę: „Krzysiu, nie żuj gumy w kościele, bo to jest dom boży, nie wypada”. A ja miałem w sobie tyle pychy, że w pierwszej chwili pomyślałem: „A to bezczelny ksiądz! Jak on śmiał Krawczykowi zwrócić uwagę?!”. I ze złości tę gumę przylepiłem do ławki. To był taki mój rewanż. Byłem osobą znaną w Chicago, a on mi coś o domu bożym chrzanił!

Pana rodzice nie byli religijni?

Byli, ale ja się obraziłem na Boga, mając lat 16, kiedy zmarł mój ukochany ojciec. Tata był śpiewakiem, to był przepiękny baryton. Był bardzo czuły, bardzo szczery. Mawiał: „Nie kłam, Krzysiu, to wszystko w ciebie walnie z powrotem”. Bardzo go kochałem. Po śmierci taty powiedziałem sobie: „Boże! Zabrałeś mi ojca!”. I uznałem, że Boga nie ma. 

Dziś słynie Pan z tego, że jest bardzo gorliwym katolikiem, ale szanuje Pan też inne religie. 

Uważam, że duchowość można znaleźć wszędzie. Cały czas noszę na ręce bransoletkę, którą dostałem w prezencie od Indian Nawaho. Ten turkus ma miliony lat. Spędziłem z Indianami przy ognisku 24 godziny bez przerwy, milcząc. Było to jedno z bardziej mistycznych przeżyć w moim życiu. Całą dobę tkwiłem w ogromnej rozpadlinie u stóp Wielkiego Kanionu. Nigdy nie było mi tak dobrze z ludźmi jak wtedy. Do dziś tego nie rozumiem. Jak wyjeżdżałem od nich z Arizony, to płakałem. Uważam, że Indianie mają duchowość wyrastającą ponad naszą. I nie jest wspomagana żadnymi środkami odurzającymi. Ja wszystkiego w życiu próbowałem, z wyjątkiem heroiny. To jest wszystko bullshit, jak mówią Amerykanie. Wolę się napić koniaku albo czerwonego wina, albo zimnej wódki do śledzia.

 

Ale kiedyś bywało inaczej…

Byłem zagrożony lekomanią. Mój przyjaciel lekarz, który przychodził a moje koncerty w Chicago, kiedy mu jęczałem, że nie dam rady zaśpiewać kolejnego koncertu, powiedział: „Nie martw się, zrobię ci zastrzyk, będziesz na scenie jak tygrys”. Rzeczywiście, odkryłem cudowne rzeczy – mogłem czuć się wypoczęty na scenie po kilku dobach niespania! Wystarczyła jedna tabletka albo jeden zastrzyk. Ale moja żona mnie z tego wyciągnęła. Powiedziała: „Kochanie, ja cię kocham bardzo i od dzisiaj jestem twoją lekomanią”.

Po prostu zamienił Pan leki na...

...miłość. Jestem uzależniony od miłości do mojej Ewuni.

A przygoda z kokainą? Jak się skończyła?

Większość artystów w Stanach w latach 90. ją brała. Więc i ja zacząłem. Lekarz w Las Vegas chciał mi nawet włożyć plastikowe „ochraniacze” w nos, żebym wciągał jeszcze więcej. Zapytałem, ile to kosztuje? 16 tysięcy dolarów. A ja wtedy byłem goły i wesoły. Mimo że zarabiałem nieźle w Las Vegas, miałem do wyżywienia cały zespół. Uratowała mnie więc odpowiedzialność za zespół. Bardzo szybko okazało się, że są tańsze metody – jeżeli w sali, w której mam śpiewać, jest zimno, to wystarczy kieliszek dobrego koniaku. Dzisiaj nawet i to nie jest mi potrzebne.

Na Pana najnowszej płycie znajduje się piosenka „Tańcz mnie po miłości kres”. Pan chyba sporo wie o kresie miłości…

Miłość kończy się, gdy pojawia się zdrada. Zdradzałem i byłem zdradzony. Bardzo mnie bolało. Bardzo. To była kara. Dziś moja druga żona już nie żyje i nie mogę jej za to przeprosić. Zdrada to pierwsza rzecz, ltóra zabija małżeństwo. Drugą jest ciągła walka o przewagę – walka o to, kto ma rację. Ja mam z żoną takie powiedzonko: „Kto ma rację, ten stawia kolację”. 

 

Ma Pan jednego syna, Krzysztofa Igora. Jakim jest Pan ojcem?

Bardzo się kochamy. Syn ma już 42 lata. Do 11. roku życia mieszkał ze swoją mamą, moją drugą żoną, w Stanach. Wiele nas przez lata od siebie oddzielało, ale cały czas próbujemy ten rów zasypać. Krzysztof Igor jest samotnikiem, wyczuwam w nim jednak wielką miłość do mnie. Często mi go brakuje. Wiem też, co przecierpiał, kiedy był małym chłopcem, gdy ja zajęty karierą nie widywałem go miesiącami. W zasadzie wychowywała go babcia. Podziwiam moje koleżanki piosenkarki, które mają dzieci i potrafią je wychowywać, i dobrze im to idzie. 

Zaśpiewa Pan kiedyś z synem?

On ma dobry głos. Wraz z kolegami założył zespół, który występuje dla niepełnosprawnych. Prowadzi to wielkiej szlachetności serca Krzysztof Cwynar, piosenkarz i pedagog, który za cel swojego życia wybrał terapię śpiewaniem. 

Cohen w jednej z piosenek śpiewa o „20 latach rozgoryczenia”. Pan w sobie chyba w ogóle nie ma goryczy… 

Nie jestem znużony życiem, bo mnie życie bardzo obchodzi! Naprawiam błędy. Umiem po latach przeprosić, przyznać się, że coś zrobiłem źle. Pierwszej żonie, Grażynce, bardzo pomagam. Z Ewunią ustaliliśmy, że oddam jej moją rentę. Byłem z Grażyną 10 lat i uważam, że jestem jej coś winien. Mam też 8-letniego wnuczka Bartosza. Syn rozstał się ze swoją żoną i różnie to bywa, ale staramy się być dobrymi dziadkami. Może kiedyś zaśpiewamy koncert? To by było fajne – dziadek, ojciec i wnuk.

Przyglądając się Pana wizerunkowi przez te wszystkie lata, można odnieść wrażenie, że dużą wagę przywiązuje Pan do ubioru. Lubi się Pan stroić?

Ja nie chodzę do sklepów! Od 30 lat załatwia to za mnie moja żona. Ale jako Trubadurzy garderobę przygotowywaliśmy sobie sami.

Krzysztof Krawczyk sam sobie szył koszule?!

Nie, przychodziły fanki albo nasze żony i nas ubierały. Brało się materiały w kwiaty i szyło – dzwony, koszule, serdaki. Albo sprowadzało ubrania z zagranicy. W różnych dekadach bywało różnie. Lubiłem inspirować się Nat King Cole’em, Frankiem Sinatrą, Elvisem Presleyem. Gdy byłem w Trubadurach, nosiłem muszkieterski strój. Dziś wydaje mi się to groteskowe. Na co dzień w domu występuję teraz w wygodnych dresach i w kapciochach. A jeśli jeszcze do tego jest dobra książka – to zestaw idealny!

Za rok skończy Pan 70 lat, a tryska Pan ogromną energią. 

Muszę się do czegoś przyznać: nagrywając piosenki Cohena, stałem się lepszym człowiekiem. I w ogóle nie mam poczucia zwijania się z tego świata. I jako artysta, i jako człowiek. Jak mówi mój mistrz, Rysiu Poznakowski, twórca wielu wspaniałych piosenek: „Jeszcze nie jestem zwijającym się rockandrollowcem”.