Ewa i Krzysztof Krawczykowie po ponad 30 latach małżeństwa kochali się jeszcze bardziej niż na początku. Nadal też byli o siebie zazdrośni, uwielbiali spędzać razem czas i nawzajem się sobą opiekowali. Najważniejszą wartością w związku była dla nich wierność, bo oboje wiedzieli, jak bardzo boli zdrada.

Krzysztof Krawczyk i Ewa Krawczyk we wspólnym wywiadzie dla "Gali"

Aldona Sosnowska-Szczuka: Z Ewą poznaliście się w USA?

Krzysztof Krawczyk: Tak. Ewa jest jak anioł. Wierzę, że Pan Bóg dobrze podpowiada. Jej matka poprosiła mnie, abym odprowadzał ją do domu po moim show w klubie. Ewa pracowała tam jako barmanka, ja byłem szefem artystycznym i występowałem na zmianę z Jurkiem Połomskim. Tak się to zaczęło, od odprowadzania, aż w końcu...

Zakochał się Pan.

K.: Z wzajemnością. I trwa to już 30 lat. Mój menedżer na 50-lecie mojej kariery artystycznej wymyślił nawet płytę, która będzie dedykowana Ewie. Ukaże się w tym roku.

Będą to piosenki o miłości?

K.: Ja śpiewam praktycznie cały czas o miłości.

Jest Pan uzależniony od śpiewania?

K.: O, z pewnością! I mogę to medycznie wytłumaczyć: w czasie śpiewania człowiek widzi te twarze uśmiechnięte i reakcje, i brawa... Publiczność sprawia, że pojawia się taka adrenalina jak przy skoku na bungee. Dostaje się wtedy poweru, chce się żyć.

Wciąż nagrywa Pan nowe płyty, a w zasadzie mógłby już nie robić nic, tylko odcinać kupony od swoich sukcesów.

K.: Gdyby tak się stało, jak pani mówi, byłoby możliwe, że umarłbym. Chociaż „dolce far niente” ostatnio ubóstwiam.

„Wszystko robimy razem. Śpimy razem, pracujemy razem, odpoczywamy razem. Jesteśmy bardzo zżyci”.
Ewa Krawczyk

Jak wygląda Wasze codzienne życie?

K.: Jeden pokój w naszym domu jest cały zastawiony książkami. Tu, obok nas, siedzi winowajca – bo ona czyta wszystko. Ja już sobie selekcjonuję lektury, bo urodziłem się wcześniej, o 13 lat.

Ewa Krawczyk: Ja też, kochanie, wybieram. Nie czytam wszystkiego, co popadnie, ale rzeczywiście dużo.

Co jeszcze poza tym, że czytacie, robicie razem?

E.: Wszystko. Śpimy razem, pracujemy razem, odpoczywamy razem. Czasami nawet musimy szybko z łazienki skorzystać razem, jak się spieszymy. Mamy dwie umywalki.

Bardzo jesteście ze sobą zżyci?

K.: Bardzo!

E.: Jesteśmy ze sobą już 33 lata, więc jak on dokądś jedzie beze mnie, to się denerwuję: czy dobrze się ubierze, czy szaliczek założy. Ponieważ nie mam dzieci, swoje uczucia macierzyńskie przelałam na mojego chłopca, czyli mojego Krzysia.

K.: Chłopca 71-letniego.

E.: W związku z tym wszystko, co mama robi dla synka, ja robię dla mojego Krzysia.

A jemu się to podoba.

E.: Ja go rozpieściłam. A bardzo proszę!

K.: Nawet nie dopuszczam myśli, że mogłoby być inaczej. I nie chodzi o to, że ona mnie przyzwyczaiła, tylko że robi to lepiej.

Lepiej niż...?

K.: Lepiej niż ja sam.

E.: On nie zdąży nawet o czymś pomyśleć, a ja już to robię. Teraz jest promocja płyty z piosenkami Boba Dylana, więc dbam, aby ładnie wyglądał i miał dobre samopoczucie w ciągu dnia. Jestem z natury osobą wesołą, więc nie przysparza mi żadnej trudności, żeby go wprowadzić w dobry nastrój. (śmiech) To są przyziemne rzeczy, ale jednak bardzo ważne.

Często słuchacie płyt Pana Krzysztofa?

E.: Nowych – tak. Ale u nas w domu jest zakaz słuchania Krawczyka, więc jak on dokądś wyjedzie beze mnie, co się rzadko zdarza, słucham jego piosenek na cały regulator. I tak długo, dopóki nie wróci do domu.

Zabrania Pan słuchać żonie swoich piosenek?

E.: Nie lubi.

K.: Mówię: „Proszę przy mnie tego nie słuchać”.

Dlaczego?

K.: Dlatego że zawsze jest wśród nich jedna, która mi się nie podoba, i w końcu się na nią natnę. Chowam więc swoje płyty, jak wychodzę z domu...

E.: Mam swoje, kochanie.

K.: Ona ma drugi zestaw.

E.: Niejeden! Mam jeszcze kasety z piosenkami Krzysztofa. Specjalnie zostawiłam stary magnetofon, aby móc ich słuchać. Przyszedł kiedyś do nas Wiktoreczek, nasz wnusio, i pyta: „Ciociu, a po co tu jest takie czarne pudełeczko?”. Powiedziałam mu: „Wiesz, Wiktoreczku, pokażę ci kasety, na których dziadek śpiewa”. I proszę sobie wyobrazić, że on poprosił mnie o te wszystkie kasety i słucha ich teraz w swoim pokoiku. Ja mam wszystkie Krzysia płyty, wszystkie kasety. On nawet o tym nie wie. A dlaczego nie wie? Ponieważ jak się dowie, to rozda. Więc wszystkie są w czarnej skrzynce.

Powiedział Pan kiedyś, że jest uzależniony od swojej żony.

K.: Tak. Miłość uzależnia. Wydaje mi się, że jak ktoś wierzy w inny świat, ten po śmierci, to trzeba na niego jakoś zasłużyć.A miłość jest do niego biletem...

E.: Otwiera drzwi. Ja również jestem uzależniona od jego miłości, dlatego jestem taka zazdrosna! Że on wytrzymał ze mną tyle lat i jeszcze mnie nie rzucił, no jest święty! Nie jest pani w stanie uwierzyć w to, że do dzisiaj...

Nadal jest Pani zazdrosna o męża?

E.: Jestem. On musi być ze mną, i koniec! Muszę go mieć w zasięgu ręki, cały czas na widoku – tak jestem zazdrosna. Nawet jeśli w moim śnie jakaś kobieta się pojawia, to wstaję wściekła i na nim się wyżywam.

Naprawdę? (śmiech)

E.: Tak! (śmiech)

To są ogromne emocje. Cały czas jest między Wami chemia.

K.: Nie ma czasu na udawanie. To jest poważna sprawa: miłość. To odpowiedzialność, opiekuńczość, wszystko, co dobre.

Czy Wasza miłość zmieniała się przez te lata?

E.: Dojrzała. Ale ja jestem cały czas tak samo zazdrosna. Ta zazdrość jest wściekła, nieprzyzwoita. Ja się tego wstydzę, bo powinnam się już trochę uspokoić.

K.: Mnie to śmieszy.

E.: On się tym bawi, że ja się denerwuję, ale to jest... Mamy do siebie teraz większe zaufanie i większa przyjaźń jest między nami. Możemy już sobie wszystko powiedzieć. Kiedyś trochę się wstydziłam, a teraz...

K.: Jestem najlepszą koleżanką mojej żony.

E.: To prawda.

K.: Ale też szczerze przyznam, że mnie interesuje alkowa z moją Ewunią, bardzo.

Czyli małżeństwo idealne?

E.: Jesteśmy szczęśliwi. Bardzo. Ale żeby nie było tak różowo – też się kłócimy. Ja mam temperament.

Nie wierzę, że Pan Krzysztof potrafi się kłócić. Wydaje się bardzo spokojnym człowiekiem.

E.: Wie pani, co on robi? Każe mi wyjść z pokoju i mówi: „Jak się uspokoisz, to wróć. Nie będę teraz z tobą rozmawiał”. I dopiero jak ja się wyciszę, on mi wszystko tłumaczy. O co kłócicie się najczęściej?

E.: Kłócimy się o gówna, że tak powiem brzydko.

K.: Ewunia, nieładnie!

E.: Tak się mówi przecież. O duperele, o rzeczy mało istotne. Jeśli pojawia się jakiś problem, to siadamy i go rozwiązujemy. A w przypadku rzeczy, które są nic niewarte, robimy wielką aferę. Nie „robimy”, ja robię. (śmiech)

K.: Bez komentarza.

E.: Ale to się zdarza rzadko.

K.: Na szczęście mamy takie same poglądy. Obydwoje jesteśmy wierzący, jesteśmy patriotami... nas nie razi przejście jakiejś demonstracji...

E.: Dobrze, dobrze. Czasami kłócimy się o to, bo ty masz inne zdanie, ja inne. Ale o polityce nie będziemy teraz, kochanie, rozmawiać.

K.: Daj się wypowiedzieć tutaj. Z kim to jest wywiad, z tobą czy ze mną?

E.: On jest artystą na scenie, artystą w domu jestem ja. A tutaj nie wiemy, kto w tym wywiadzie jest artystą.

Obydwoje.

E.: O, widzisz, obydwoje jesteśmy...

K.: Ja rzeczywiście nie spotkałem wielu ludzi, którzy potrafią tak kłócić się o drobiazgi. Ale po godzinie jest już po problemie.

E.: Nie lubię się gniewać. Jak on na mnie się gniewa, to mówię: „Krzysiu, chodź się pogodzimy, bo ja nie mogę sobie znaleźć miejsca, kochanie”.

K.: Ja tak nie umiem. Muszę wszystko przetrawić, muszę wiedzieć, o co naprawdę chodziło. Czy my głupiejemy na starość, czy chcemy być mądrzejszymi ludźmi? Ściany zawalone książkami i nic z tego nie wynika? Niech coś wynika! Denerwują nas niektóre rzeczy, kiedy oglądamy te dwa różne plemiona, które się zrodziły teraz w Polsce. Ludzie chcą kultury, akceptacji, uczciwości. Mam zdecydowane poglądy. Nie lubię, jak sportowcy czy artyści moi ulubieni... nagle ich widzę na ulicy, piana im idzie z ust. Nawet gdyby to było słuszne, to przecież tam są różni ludzie, nie wszyscy chcą słuchać o złych rzeczach. Mówię rzeczy oczywiste trochę, ale nie mogę sobie tak jakoś... chcę być w zgodzie ze światem.

E.: Ale o to się, kochanie, nie kłócimy.

K.: O to się nie kłócimy. Nawet lubimy niektórych polityków, bo mówią bardzo rozsądnie. Nie lubię pieniaczy, takich, co jeden drugiego by siekierką zarąbał. To jest chore.

Macie skrajnie różne temperamenty.

E.: On jest misiu, chodzący spokój. A ja jestem wulkan. Dlatego tak jest fajnie w naszym małżeństwie, dlatego jesteśmy tak długo razem.

A kto podejmuje decyzje w Waszym małżeństwie? Takie codzienne.

E.: To zależy, o którym departamencie mówimy. Jeżeli chodzi o sprawy zawodowe, to ja, niestety, znam swoje miejsce w szeregu. Mnie tam nie ma. Departament domu jest mój.

A kto decyduje, dokąd pojedziecie na wakacje?

E.: Mamy tylko jedno miejsce, do którego jeździmy i które kochamy: Sopot.

K.: Na wakacje nie lubimy wyjeżdżać, bo my mamy wakacje w domu.

E.: Mieszkamy pod lasem, mamy pięknie. Nie chce nam się wyjeżdżać, latem zwłaszcza. Bo jak pojedziemy gdzieś w Polskę, to nie mamy spokoju. Ludzie Krzysia kochają – zaczepiają go, proszą o autograf, o zdjęcia. Jeśli więc wyjeżdżamy, to poza sezonem – od lat do Międzyzdrojów i ostatnio też do Sopotu.

Jak spędzacie wtedy czas?

E.: Ja codziennie rano chodzę z molo w Sopocie do Orłowa. Podczas takiego 8-kilometrowego spaceru brzegiem morza wyładowuję całą energię i mam spokój do końca dnia. Potem wracam, jemy śniadanko i zabieram Krzysia na krótszy spacer.

K.: Do molo i z powrotem.

E.: Czasem troszeczkę dalej, chociaż ze względu na problemy z biodrem on nie może jak ja maratonów uprawiać.

K.: Ewa ma dobre serce. Jak widzi nieszczęście drugiego człowieka, to pochyla się nad nim. „I naucz nas, Boże, dzielić się z tymi, którzy nie mają tych darów”. Można różnymi sposobami to zrobić, ale jest tej biedy i nieszczęścia tak dużo, że ja się wycofałem. Niech moje piosenki poprawiają ludziom nastrój oraz leczą ich głowę i serce.

E.: Krzysiu też ma dobre serce... Wszystkie pieniądze, które ma przy sobie, potrafi rozdać. I to też mi się w nim podoba.

K.: Ewa, proszę cię, nie przesadzaj! To nie jest tak, że ja rozdaję pieniądze.

E.: Ale dajesz potrzebującym.

K.: Nie, bo potrzebujących jest za dużo. Mam w rodzinie i wśród sąsiadów osoby, które wzmacniam.

E.: Wszystkim nie da się pomóc. To przecież jest normalne. Pomagamy tam, gdzie możemy.

Jestem zaskoczona, że tak otwarcie o wszystkim mówicie.

K.: Nie ma czego ukrywać.

E.: Dlatego ja tu siedzę. (śmiech) Żeby on za dużo nie powiedział.

K.: Boję się kłamać czy koloryzować, bo wiem, że ludzie się na tym znają. Pani, jako dziennikarka, w szczególności będzie wiedziała, że coś przekłamuję. Po co się wtedy spotykać? Po co zabierać pani czas?

E.: Ale Krzysiu, to też zależy, jacy dziennikarze, bo znamy różnych... Nie będziemy może na ten temat rozmawiać, proszę cię. Koniec.

Czy potrzeba pomagania wynika z Pana życiowych doświadczeń?  Gdy miał Pan 16 lat, zmarł tata i musiał Pan zaopiekować się mamą i bratem.

K.: Bez wątpienia tak. Ojciec był cudownym człowiekiem, gdy zmarł, mama była bezradna. Jako 16-latek nie mogłem dostać pracy, robiłem więc herbatę i roznosiłem jakieś pisma – byłem zwykłym gońcem, popychadłem. Ale zawsze miałem uśmiech dla drugiego człowieka.

E.: Rzeczywiście, od 16. roku życia Krzysiu opiekuje się rodziną i do dzisiaj nic się nie zmieniło. Nie potrafimy być obojętni, jeżeli w rodzinie komuś dzieje się krzywda. Pomagamy synowi Krzysztofa, pomagamy bratu, utrzymując ich, płacąc rachunki... Krzysztof jest bardzo dobrym człowiekiem, proszę pani. Bardzo, bardzo, bardzo dobrym. Wielkim.

„Dla mnie największą wartością w małżeństwie jest wierność. Kiedyś nie potrafiłem być wiernym mężem,
a mężczyzna musi mieć honor. Przy Ewie go odzyskałem”.

Krzysztof Krawczyk

A są rzeczy, których Pan żałuje? Przez długi czas żył Pan bardzo intensywnie.

K.: Tak. Żałuję, że byłem idiotą i skrzywdziłem dwie dziewczyny. Przez moją niewierność. Dlatego dla mnie największą wartością w małżeństwie jest wierność – mężczyzna musi mieć honor. Przy Ewie go odzyskałem. Jedna z moich żon – bo miałem dwie – Halina Żytkowiak już nie żyje. Drugą opiekujemy się, jak możemy. Odeszła ode mnie, ale stało się. Nie potrafiłem być wiernym mężem.

E.: Dzięki Bogu, bobyś mnie nie miał!

K.: Uważam poligamistów za kretynów, bo oni nie wiedzą, jak zdrada boli kobiety. Ja wiem, jak boli mężczyznę. Ja to przeżyłem, wiem.

E.: On też był zdradzany.

K.: A także zadawałem ten ból. Więc to jest odpowiedź na pani pytanie. Tego właśnie żałuję. Monogamia dotarła do mnie szczęśliwie przy Ewuni.

E.: Kochany.

K.: I nigdy bym Ewy nie skrzywdził. Ktoś mnie kiedyś zapytał: „No ale jakbyś miał taką okazję, żeby zdradzić?”. Wie pani, jaka była moja pierwsza myśl? Wolałbym nie żyć.

E.: Jakie mocne słowa. Nie mów takich rzeczy przy mnie.

Wzruszyła się Pani?

E.: Bardzo. Nie masz, Krzysiu, chusteczek

K.: To jest prawda. Po prostu nie wyobrażam sobie już zadawania bólu komukolwiek.

E.: Krzysiu, przestań, bo zaraz się tu popłaczemy obie. (śmiech przez łzy)

K.: Jaki to wywiad, wszyscy płaczą!

A co jest według Pana najważniejsze w życiu?

K.: Miłość. Bardzo prosta sprawa.

E.: Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę żoną Krawczyka, tobym odpowiedziała: „Wiesz co? To ty będziesz na Marsie prędzej”. (śmiech)

K.: Opowiedz, jak to było z twoimi koleżankami w szkole.

E.: Mieszkałam w niedużej miejscowości na Białostocczyźnie, w Mońkach. Stamtąd wszyscy do Ameryki jeżdżą. Koleżanka, która tam wyjechała i pracowała, przysłała swoje zdjęcie z Krawczykiem. Ja mówię: „Boże, Baśka! Z Krawczykiem zdjęcie!”. Jaka to była sensacja! Czy pani sobie wyobraża, że to zdjęcie brałyśmy po kolei do domu, żeby popatrzeć na nią z Krawczykiem? Ja też byłam w tej kolejce, a potem sama wyjechałam i go poznałam...

K.: Zapamiętała moment, że jedziemy samochodem, mijamy kościół, a ja zdjąłem czapkę. Jak mój dziadek, jak mój ojciec.

E.: I mój dziadek tak robił.

K.: Upłynęło parę dni, Ewa mi o tym przypomniała. Bardzo mi się to podobało. To Ewa mnie nawróciła. Zabrała do kościoła. Ja do kościoła nie chodziłem, ja Boga się wyrzekłem – jak mój ojciec zmarł, pomyślałem, że Boga nie ma. I tak powoli, powoli...

Wrócił Pan.

K.: Nie wierzyłem. Wszedłem do kościoła, wyszedłem wierzący. To jest cud.

E.: A teraz jest tak, że ja proszę go czasami o pomoc w umocnieniu tej wiary. Krzysztofa proszę. Księży też proszę, ale wolę z moim mężem rozmawiać, bo on jest taki oczytany, Biblię zna prawie na pamięć. Ma przyjaciela, z którym się spotyka, dyskutuje na ten temat.

K.: I wcale nie z katolikiem rozmawiam, tylko z protestantem.

E.: Wszystko wie, a jeszcze jak potrafi zaśpiewać pięknie! Chciałam tylko powiedzieć, naprawdę, nie spodziewałam się, że ktoś może być tak wielkim artystą jak Krzysztof Krawczyk i być takim wspaniałym, pokornym człowiekiem. W ogóle nie odczuwam tego, że jest artystą. Kobiety czasami mają artystę i na scenie, i w domu. U mnie w domu nie ma artysty. U mnie jest wspaniały, porządny, cudowny, spokojny, kochany mężczyzna.

Na którym można polegać?

E.: Zawsze. W każdej minucie mojego życia.

K.: Ale teraz Ewa jest moją opiekunką.

E.: Oj tam, oj tam. (śmiech)

K.: Teraz, kiedy przyszły czasy dla mnie cięższe troszkę, w sensie fizycznym... Ona mi pomaga.

E.: Kiedyś coś mu upadło w restauracji i od razu pobiegłam mu to podnieść. A on mówi: „Widzicie, po to sobie wziąłem młodszą żonę”. (śmiech) Do swoich kolegów, którzy mają żony w jego wieku. (śmiech)

K.: Musiałem jakoś zareagować, bo patrzyli...

E.: Po 33 latach mówi do mnie: „Ewuniu, jaka ty jesteś piękna!”. I proszę mi powiedzieć, czy dla takich chwil nie warto żyć z takim mężczyzną?

ZOBACZ TEŻ: Ostatni wpis Krzysztofa Krawczyka. Krótko przed śmiercią zwrócił się do swoich fanów