GALA: Kuba, grasz na fortepianie i śpiewasz. Jak się dba o ten instrument, którym jest głos?

KUBA BADACH: Dla głosu dobre jest na przykład gadanie. Znam śpiewaczkę operową, która właśnie w ten sposób rozgrzewa struny. Zabiera znajomych na pogaduchy przed wyjściem na scenę, przez 15 minut mówi bardzo intensywnie i to jej wystarcza.

GALA: Edyta Górniak tez miała swoje metody przed koncertami...

KUBA BADACH: Ja mam inne...

GALA: ...i świetnie naśladujesz perkusję.

KUBA BADACH: Potrafię sobie przygotować „aranż paszczą”. To jest fajne, kiedy trzeba coś szybko nagrać.

GALA: A jednak czuję, że „rozgrzewanie paszczy” przez gadanie jest nie dla Ciebie.

KUBA BADACH: Nie? Dlaczego?

GALA: Trudno Cię namówić na rozmowę. O ten wywiad starałam się kilka miesięcy. To chyba znaczy, że nie lubisz mówić...

KUBA BADACH: Prywatnie lubię. Nawijam non stop. Moi koledzy nie chcą odbierać ode mnie telefonów, bo ich tak zagaduję. Ale rzeczywiście nie lubię mediom opowiadać o sobie...

GALA: Ani o swojej narzeczonej...

KUBA BADACH: Bo to są moje prywatne sprawy. Nie chcę poza tym narazić się na zarzut, że się lansuję przy pomocy Oli.

GALA: Ale Ty się przecież nie musisz lanasować! Wyrobiłeś sobie mocną pozycję w świecie muzyki, kompletnie unikając mediów.

KUBA BADACH: No właśnie. I nie chcę tego zmieniać.

GALA: Jeden z zespołów, z którymi występujesz – The Globetrotters, istnieje już 10 lat. Gracie z największymi sławami, macie stałą publiczność za granicą. Jesteś przykładem muzyka, który poradził sobie bez bywania na bankietach i robienia szumu medialnego.

KUBA BADACH: Bo można i tak. Przypominam sobie wszystkie namowy i naciski sprzed lat. Wielokrotnie pojawiały się okazje, żebym szerzej zaistniał. A ja chciałem się dalej rozwijać, skończyć studia w Katowicach na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Wiedziałem, że muszę się jeszcze wiele nauczyć. Nie skorzystałem z okazji zrobienia szybkiej kariery w branży rozrywkowej.

GALA: OK, ale ja i tak będę Cię kusić, żebyś odkrył odrobinę swojej prywatności...

KUBA BADACH: Możesz próbować...

GALA: Wszystko w swoim czasie. Teraz opowiedz mi o swoich początkach.

KUBA BADACH: Zacząłem wyAstępować, jak miałem 12 lat. Stałem na scenie z najlepszymi: big band Pieregorólki, Zaucha, Rynkowski, Szcześniak. Od nich uczyłem się szacunku dla zawodu muzyka. Zawsze podskórnie miałem poczucie, że robienie kariery to nie jest to, czym chcę się zajmować. Ja chcę robić muzykę, nie karierę.

GALA: Ale dobrze jest też przy okazji zarabiać pieniądze.

KUBA BADACH: Jeżeli coś się robi dobrze, uczciwie i szczerze, to pieniądze pojawiają się same. Dla mnie pieniądze nigdy nie miały wartości nadrzędnej. Nie lubię osób, które zanim zabiorą się do projektu, liczą, ile z tego będą mieli.

GALA: Ale sztuka jest tez biznesem.

KUBA BADACH: Są giganci na świecie, którzy potrafią to znakomicie połączyć. Ale nie wszystkim się to udaje. Obserwowałem biedną Britney Spears. Ona się już chyba nigdy z tego nie podźwignie. Została wylansowana z dzieciaka do pozycji megagwiazdy, ale wciąż była dzieciakiem. W życiu trzeba dostać po d... parę razy, żeby wiedzieć, jak się przed czymś takim obronić. Ona się nie obroniła.

GALA: Ty też wszedłeś na scenę jako dwunastolatek. Jak to się stało, że Cię to nie zepsuło?

KUBA BADACH: Ja miałem wtedy kompletny luz. W 1989 roku, kiedy wystąpiłem w Filharmonii przed rządem Tadeusza Mazowieckiego, anonsowany przez Romana Polańskiego i Michała Barysznikowa, żadna trema mnie nie paraliżowała. Miałem radochę, że był tam fortepian Steinwaya postawiony dla Adama Makowicza, który grał po mnie, a ja mogłem go dotknąć pierwszy. Wtedy myślałem tylko: „Ale czad! Będę grał na prawdziwym Steinwayu!”. Poczułem wagę tego wystąpienia dopiero wtedy, gdy podszedł do mnie śp. Bronisław Pawlik. Uścisnął mnie i ze łzami w oczach powiedział, że ten występ bardzo go poruszył.

GALA: Opowiedz, jak się zostaje artystą jako dziecko?

KUBA BADACH: Po prostu poszedłem na przesłuchania, które odbywały się naprzeciwko mojej szkoły muzycznej w klubie jazzowym w Zamościu, bo przeczytałem ogłoszenie, że robią nabór do międzynarodowego musicalu. Wyróżnieni mieli polecieć do USA. Pomyślałem: „Kurczę, ale fajnie byłoby polecieć do Ameryki”. Urwałem się więc z lekcji i sobie w tym klubie siedziałem i czekałem na przesłuchanie. Nikogo nie było, więc z nudów zacząłem na fortepianie grać Beatlesów. W pewnym momencie dosiadł się do mnie jakiś mężczyzna i graliśmy sobie razem. Okazało się, że to był Wiesław Pieregorólka – szef muzyczny całego przedsięwzięcia. Dostałem się do musicalu. A potem pojechaliśmy w turnée po Polsce. Rok 88, fala strajków. Zjechaliśmy całą Polskę, grając połowę tego, co mieliśmy zagrać, ale była to dla mnie rewelacyjna przygoda. Wpadłem w wir muzyki i tak już zostało.

GALA: Rodzice są muzykami?

KUBA BADACH: Nie, ale wiem, że tata w czasach studenckich grał na gitarze. Rodzice powiedzieli mi, że jeśli wejdę w muzykę, to muszę wiedzieć, że jest to trudny zawód, bo w nim nigdy nie możesz przestać się uczyć. Ale zaakceptowali moją decyzję, a ja jej nie żałuję.

GALA: Masz ogromne wsparcie w rodzicach.

 

KUBA BADACH: Tak. Rodzice otoczyli mnie miłością i tę siłę, którą mam w życiu, czerpię właśnie od nich. Zawsze mi służyli radą i nigdy nie mieli zastrzeżeń do moich wyborów. Mam też wspaniałego brata, który wciąż mnie zaskakuje. To mądry i uzdolniony na wielu płaszczyznach facet. Mam naprawdę świetną rodzinę.

GALA: Byłeś cudownym dzieckiem?

KUBA BADACH: Czy ja wiem? Jak miałem 3 lata, to non stop słuchałem muzyki. Jak miałem 7 lat, to wierciłem rodzicom dziurę w brzuchu, że chcę pianino. Jestem im wdzięczny, że kiedy chciałem iść do szkoły muzycznej, to umożliwili mi to, mimo trudnych czasów. Być może muzyka była mi pisana.

GALA: A co to właściwie jest ta muzyka?

KUBA BADACH: Zbiór dzwięków ułożonych na różnych wysokościach i...

GALA: ...ale ja nie chcę szkolnej definicji! Musisz mi podać swoją własną.

KUBA BADACH: Dla mnie muzyka to jest coś, dzięki czemu świat albo się kręci, albo nie. Mój rozsypałby się bez muzyki.

GALA: A co to konkretnie znaczy?

KUBA BADACH: Nie funkcjonowałbym bez niej. Muzyka to emocje. Człowiek może być wściekły, ale kiedy usłyszy parę dźwięków z serca, mięknie.

GALA: Można manipulować ludźmi, używając do tego muzyki?

KUBA BADACH: Można próbować, ale to jest taka forma sztuki, w której natychmiast słychać nieprawdę. Artysta, który wychodzi na scenę i gra z serca, potrafi porwać publiczność w sekundę. Według mnie muzyka to jest przekaźnik prawdy. Albo fałszu.

GALA: Trzeba coś przeżyć, żeby być dobrym muzykiem, żeby nie kłamać w muzyce?

KUBA BADACH: Tak. Ale nie tylko „stany ciemne” pchają nas do dobrego grania. Euforyczne również są bardzo ważne. Właśnie ta sinusoida powoduje, że mamy pełnię. Jeżeli ktoś jeździ całe życie autobusem i słucha jednej piosenki, to nie będzie w stanie wykrzesać z siebie tyle, ile człowiek, który przejechał się wozem drabiniastym, pojeździł rowerem, przeleciał się samolotem, widział, jak kot mu umiera, albo się musiał ratować z powodzi.

GALA: Kiedy muzyka Ci przeszkadzała?

KUBA BADACH: Jedyny moment, w którym przeklinam muzę, to kiedy nagrywam płyty. To jest dla mnie trudny okres. Nie mogę wtedy spać. Budzę się co 40 min, słyszę dźwięki i chcę je wciąż na nowo poprawiać. To wykańcza.

GALA: Nie miałeś nigdy kryzysu?

KUBA BADACH: Każdy muzyk miewa kryzysy! Kiedy przychodzi taki moment, wystarczy zrobić sobie parę tygodni przerwy i wszystko wraca do normy. Muzyka to jednak najlepszy przyjaciel i to ona wyciąga z najcięższych rzeczy. Paco de Lucia mówił, że wielokrotnie miał już pistolet przy głowie i chciał ze sobą skończyć, ale wtedy brał do ręki gitarę i wszystko wracało do normy.

GALA: Żyjesz tylko muzyką?

KUBA BADACH: Żyję też innymi rzeczami. Jak każdy mam rachunki do zapłacenia. Teraz np. muszę załatwić kompresor klimatyzacji i komplet felg do auta. Poza tym muszę zrobić wylewkę w piwnicy i drenaż. Zerwać tynki ze ściany, naprawić kosiarkę, wykosić trawnik.

GALA: Zamiast komponować, będziesz zrywał tynki ze ścian?!

KUBA BADACH: Ostatnie ulewy wdarły mi się do domu, więc muszę parę rzeczy naprawić.

GALA: Wolisz grać na pianinie czy kosić trawnik?

KUBA BADACH: Jedno i drugie mnie cieszy.

GALA: A czy wśród tylu absorbujących zajęć znajdziesz czas na koncerty?

KUBA BADACH: No pewnie. Ciągle jestem w trasie.

GALA: To chyba nie wpływa dobrze na związek?

KUBA BADACH: Oczywiście, że nie. Potrzebna jest bardzo mądra partnerka. I samemu trzeba być mądrym. Niestety, w naszej branży wiele związków nie wytrzymuje próby czasu.

GALA: Nie boisz się tego?

KUBA BADACH: Trochę się boję.

GALA: Jest coś takiego jak muzykoterapia?

KUBA BADACH: Dla mnie czymś takim jest pisanie muzyki. Bo jest związane z ogromną ilością emocji i uwalnianiem energii. Jest się też trochę we władaniu tajemnych sił. Nigdy nie wiesz, dlaczego seria dźwięków ułożyła się tak, a nie inaczej. I takich mikrowstrząsów w czasie komponowania jest bardzo dużo. Generalnie komponowanie to huśtawka nastrojów.

GALA: Jesteś nadwrażliwcem?

KUBA BADACH: Każdy muzyk, choćby był największym sukinsynem na świecie i sprawiał wrażenie największego gnoja, to w środku jest nadwrażliwcem. Każdy jest w środku bardzo delikatny.

GALA: Trudno się żyje z takim nadwrażliwcem jak Ty?

KUBA BADACH: Zapewne.

GALA: Co najbardziej lubisz w tym zawodzie?

KUBA BADACH: Kiedy widzę, że jakiś człowiek wychodzi uśmiechnięty z mojego koncertu. Wtedy myślę, że zrobiłem coś, co jest dobre.

GALA: Nie napadają Cię lęki, że stracisz wenę twórczą, że natchnienie Cię opuści?

KUBA BADACH: Wena przychodzi i odchodzi. Czasem trzeba na nią po prostu cierpliwie poczekać.

GALA: Często grasz za granicą. Myślałeś o emigracji?

KUBA BADACH: Nie, bo ja mogę się tutaj doskonale rozwijać. Za granicę wyjeżdżam, żeby złapać oddech. Jedyna rzecz, która mnie tutaj dobija to, że nie potrafimy się uśmiechać. Pamiętam, jak graliśmy z Poluzjantami koncert w Lincoln Center w Nowym Jorku. Rano postanowiliśmy z kolegami z zespołu przejść się do Central Parku. Idziemy arterią chodnikową, wokół nas uśmiechnięty, przyjazny ludzki tłum. Stajemy na światach, wokół jest ze 100 osób i ja nagle kicham. A wtedy te 100 osób chórem mówi: „Na zdrowie!”. Coś takiego w Polsce raczej się nie zdarza. Szkoda.

GALA: Wy, jazzmeni, jesteście trochę inni niż reszta muzyków.

KUBA BADACH: Wiadomo. Jesteśmy przystojni, inteligentni i bogaci...

GALA: Bez żartów...

 

KUBA BADACH: Rzeczywiście przez lata muzyka jazzowa była w Polsce tyglem wolności. To było dotknięcie Zachodu. Jak na kraj zza żelaznej kurtyny mieliśmy tu dużo zagranicznych koncertów. Jak miałem 13 lat, widziałem Milesa Davisa na żywo. Do dzisiaj nie mogę tego zapomnieć. Do dziś jazzmani przylatują ze Stanów, żeby grać w Polsce, bo twierdzą, że jest tutaj lepszy klimat dla ich muzyki.

GALA: Tomasz Stańko, Michał Urbaniak – w tym pokoleniu muzycy posiłkowali się używkami. Właściwie bez tego trudno było być muzykiem...

KUBA BADACH: Muzyka to są potworne emocje. Czasami są potrzebne „odprężacze”... Lub stymulatory, jak kto woli... Ale moim zdaniem muzyk, żeby dobrze funkcjonować, potrzebuje dziś raczej siłowni i basenu. Skończyły się czasy przetaczania krwi, jak to robił Mick Jagger. Czasami destrukcja jest wpisana w muzykę, ale różni ludzie różnie sobie z tym radzą. Jedni wpadają w stany depresyjne, a inni wyciągają się z tego poprzez sport na przykład.

GALA: Teraz wszyscy nagrywają płyty. Aktorzy, tancerze – każdy chce śpierwać. Ciebie to nie drażni?

KUBA BADACH: Nie widzę w tym nic złego. Sam skomponowałem Borysowi Szycowi dwie piosenki na płytę. On był fanem „Poluzjantów” od lat. Lubię takie spotkania. Okazuje się, że facet, który wykonuje zupełnie inny zawód, jest tak zafascynowany muzą, że chce podjąć próbę nagrania płyty. Ma sukces jako aktor, ale postanowił zmierzyć się z materią muzyczną. Podoba mi się to, że Borys szuka, że nie spoczął na laurach, że odważył się wyjść ze swoją muzyką do ludzi.

GALA: Rywalizujesz z innymi muzykami?

KUBA BADACH: Jak można rywalizować w muzyce? Muzyka polega właśnie na tym, że musimy się wzajemnie nakręcać.

GALA: Kuba, gdzie się rodzi muzyka?

KUBA BADACH: Chyba gdzieś na górze... Wierzę, że jest to iskra Boża, która na nas spływa. Bardzo lubię gospel. Tu poziom natchnienia idzie w parze z kunsztem muzycznym. Zauważyłem też, że z tego pnia wyrastają najlepsi perkusiści i basiści. To, co oni robią, jest niewiarygodne. W tym musi być jakiś duch.

GALA: Granie to taka trochę modlitwa?

KUBA BADACH: Dla mnie scena jest po części terytorium sakralnym. Dlatego nie potrafię wyjść na scenę po alkoholu. I to nie dlatego, że się boję, że stracę kontrolę. Raczej dlatego, że miałbym poczucie, że to co najfajniejsze w danym dniu, przeciekło mi przez palce.

GALA: Czy Ty zawsze jesteś taki grzeczny?

KUBA BADACH: A jestem? W takim razie niech tak zostanie.