GALA: Tamaro, przed chwilą skończyłaś prowadzić "Pytanie na śniadanie", jesteś z siebie zadowolona?

Macademian Girl: Ta praca sprawia mi ogromną radość, bo jest trochę nieprzewidywalna.To w końcu trzy godziny programu na żywo. Na szczęście mam wspaniałego współprowadzącego – Roberta El  Gendy’ego, jest dla mnie ogromnym wsparciem. Dużo się od niego uczę.

Jesteś wobec siebie krytyczna?

Bardzo, ale staram się robić to, czego uczę też moje czytelniczki: być dla siebie dobrą i łaskawą. Nikt nie jest perfekcyjny, natomiast ważne, żeby zawsze starać się robić coś najlepiej, jak tylko się potrafi. Kiedy oglądam swoje występy, oczywiście mam często uwagi merytoryczne, wiem, że to czy tamto mogłabym zrobić lepiej, ale na koniec dnia skupiam się na tym, by ta praca sprawiała mi przyjemność, by cały czas zdobywać w niej nowe doświadczenia i, oczywiście, by dawać  z siebie wszystko. Myślę, że widzowie doceniają szczerość.

Marzyłaś, by zostać prezenterką telewizji śniadaniowej?

Od dawna. Lubię rozmawiać z ludźmi  i pracować w telewizji, a co za tym idzie – dobrze czuję się w roli prowadzącej program. Jednocześnie bardzo intensywnie rozwijam swój blog, kanał na YouTube, działam też aktywnie na Instagramie i Facebooku. Nie przestałam być blogerką tylko dlatego,  że zostałam prezenterką telewizji śniadaniowej. Nie wyobrażam sobie dziś swojej kariery bez własnych kanałów dotarcia i social mediów Macademian Girl, dzięki którym komunikuję się z obserwującymi i mogłam osiągnąć aż tyle.

Jak odbierają Cię widzowie?

Nasz duet z Robertem El Gendym charakteryzuje duże poczucie humoru  i ciepło, więc i widzowie reagują na nas pozytywnie. To nas bardzo cieszy.  Jesteśmy też dosyć egzotyczną parą: on ma pochodzenie egipskie, mój ojciec był z Panamy.

Twoje pochodzenie to teraz wizerunkowy atut, który Cię wyróżnia, jednak nie zawsze tak było. Wielokrotnie opowiadałaś, że rówieśnicy w szkole podstawowej dokuczali Ci z powodu ciemniejszej karnacji. Nadal spotykasz się z przejawami rasizmu?

Niejednokrotnie tak, chociaż już nie  w stosunku do mnie samej.

Problemem jest nietolerancja nie tylko ze względu na odmienny kolor skóry, ale  z powodu inności w ogóle: orientacji, wyznania. Zdarza się, że jestem świadkiem nieprzyjemnej sytuacji na ulicy  i wtedy zawsze reaguję. Uważam, że ważna jest każda jednostkowa inicjatywa, nawet jeśli oznacza to wyłącznie zwrócenie komuś uwagi.

Oboje z Robertem wychowywaliśmy się w Polsce, oboje czujemy się Polakami. Dobrze jest pokazywać w telewizji, że tutaj jest miejsce dla wszystkich, że tolerancja jest ogromnie ważna. Ten temat traktuję jak swoją misję. Nawet mało tolerancyjni ludzie inaczej zareagują na Tamarę znaną z telewizji, popularną blogerkę i stylistkę, a zupełnie inaczej, na anonimową osobę. Dlatego właśnie to, że z Robertem prowadzimy ten program, że doszliśmy do takiego miejsca w naszych karierach, jest wyraźnym sygnałem dla innych...

...że warto walczyć o swoje marzenia?

Dokładnie! I że dla każdego starczy tu miejsca, więc trzeba być wobec siebie życzliwym.

Jak wygląda Twój dzień? Każdy masz wypełniony pracą od rana  do wieczora?

Zespół bloga to już 10-osobowa redakcja. Dzięki temu mogę pracować równolegle w telewizji, prowadzić kanał  na YouTube i zajmować się innymi projektami, w tym książką, którą teraz piszę, a która ukaże się w przyszłym roku. Ten pomysł od pięciu lat chodził mi po głowie. Do tego dochodzą liczne podróże, zawsze są one pretekstem  do zrobienia fajnych zdjęć w pięknych lokalizacjach, które później wrzucam też na Instagram.

Czy ubrania, w których pojawiasz się na tych zdjęciach, pochodzą z Twojej szafy?

W dużej mierze. Z jednej strony moje czytelniczki chcą oglądać nowe fajne zestawienia, być na czasie, a z drugiej mam już po prostu bardzo ograniczoną przestrzeń na nowe ubrania. Dlatego muszę robić duże selekcje. A jeśli idę na jakiś event czy medialną imprezę, na których mogę pojawić się w danej kreacji tylko raz, zdarza się, że coś wypożyczam bezpośrednio od projektanta albo z showroomu. A do „Pytania  na śniadanie” ubieram się sama.

Ile masz par butów?

Ostatnio je liczyłam, okazało się, że 600, ale zrobiłam wyprzedaż i około 200 trafiło do nowych właścicielek.

Gdzie Ty to wszystko mieścisz?

Teraz mieszkam w większym mieszkaniu, 80-metrowym. Na ubrania mam wydzielony osobny pokój. Pamiętaj, że jestem mistrzynią organizacji. Mam około 200 par kolczyków, ale utrzymuję taki porządek, że każdą potrafię natychmiast znaleźć. Nakręciłam ostatnio film na mój kanał na YouTube pod tytułem „10 trików na organizację garderoby”, w którym pokazuję, jak moje rzeczy są posegregowane kolorami,  a półki wykorzystane do ostatniego centymetra. Bardzo mi to pomaga  w pracy, kiedy mam dużo nagrań  i z wyprzedzeniem muszę mieć przygotowanych wiele stylizacji.

Kiedy założyłaś bloga, byłaś na drugim roku studiów. Mówiłaś wtedy, że nie robisz tego dla pieniędzy, że to tylko Twoja pasja. Po jakim czasie blog zaczął przynosić Ci dochód?

Po mniej więcej półtora roku, a i wtedy ledwo starczało na pokrycie kosztów biletów ze Szczecina do Warszawy,  do której jeździłam czasem kilka razy w miesiącu.

Mówi się, że blogerki zajmujące się modą świetnie zarabiają. Czy rzeczywiście są to astronomiczne kwoty?

Wszystko zależy od tego, co się robi.

My pracujemy w usługach, tak samo jak architekt czy grafik. Trzeba pamiętać, że nie dostajemy pensji co miesiąc, nasze wynagrodzenie zależy od liczby  i rozmachu konkretnych projektów. Jeżeli w danym miesiącu robię jakąś kampanię, zarabiam więcej. Ale są miesiące, gdy zajmuję się tylko blogiem, wtedy tych przychodów nie ma aż tak dużo.

Wszystko, co zarobię, staram się inwestować w samorozwój  i mój biznes. Dużym przedsięwzięciem finansowym są na przykład wyjazdy na fashion week. Organizuję je sama: kupuję ubrania, z których tworzę stylizacje, zabieram współpracowników, wykupuję wszystkim przeloty, noclegi, ale tygodnie mody i światowe pokazy są wydarzeniami, na których trzeba się pojawić.

Jesteś surową szefową?

Konkretną. Wiem, czego chcę, i z postawionych jasno oczekiwań rozliczam osoby, z którymi pracuję. Jednocześnie mam do nich duże zaufanie. Słucham tego, co mają do powiedzenia,  i korzystam z ich doświadczeń. W końcu na tym polega praca w zespole.

Mówisz, że dużą część tego, co  zarabiasz, inwestujesz w firmę. Na siebie nie wydajesz?

Jestem raczej oszczędna. Jeśli już  wydaję na siebie, to na doświadczenia, czyli podróże, treningi, bo uprawiam pole dance, jogę, a ostatnio zaczęłam trenować jiu-jitsu. Prędzej kupię coś komuś niż sobie, a na pewno nie wydam lekką ręką pieniędzy na kolejną parę butów.

Nie musisz. Masz już kilkaset par. (śmiech)

Liczba robi wrażenie, ale zbierałam je latami. Plus moda to moja praca, więc część z nich to efekt współpracy z różnymi markami. Książek mam prawie tyle samo, ale one nie prezentują się tak spektakularnie, więc nimi się nikt nie interesuje. (śmiech) Sama ze sobą mam taki układ, że w tygodniu wieczorami czytam książki, a w weekendy chodzę do kina.

Co czytasz?

Skończyłam teraz „Początek” Dana Browna. Bardzo fajna książka sensacyjna, szczególnie jeśli ktoś ma żyłkę detektywistyczną. Teraz czytam „Wodnikowe Wzgórze” Richarda Adamsa, książkę, która należy do klasyki literatury brytyjskiej, i chociaż  z pozoru jest o przygodach królików,  to tak naprawdę mówi o odwadze i niezłomnej woli przetrwania. A z czytanych wcześniej „Mieć czy być?” Ericha Fromma zrobiła na mnie ogromne wrażenie. To książka o tym, jak we współczesnym społeczeństwie zamieniamy to, kim jesteśmy i co czujemy, na to, by gromadzić różne rzeczy.

Sama wybrałaś sobie branżę,  w której posiadanie i gromadzenie rzeczy jest istotne...

To częściowo prawda, ale dla mnie  moda jest sztuką ekspresji, wyrażania siebie, a nie synonimem nieustannego kupowania. Mimo że zajmuję się stylizacją, zawsze powtarzam moim czytelniczkom, że najnowsza torebka czy kolejna para butów nie sprawią, że będą szczęśliwsze. Że muszą najpierw wiedzieć, kim są, a dopiero potem świadomie korzystać z tych wszystkich trendów i propozycji, które im pokazuję.

Uczę kobiety, by świadomie wybierały to, co pasuje do esencji ich osobowości.

Wygląd zewnętrzny stanowi dla świata pierwszy komunikat na temat tego, kim i jacy jesteśmy...

Tak, i mówię to z pełną świadomością. Choć oczywiście nie zachęcam do tego, by oceniać ludzi po wyglądzie, to jednak jakieś pierwsze wnioski można  z takiej wizualnej wizytówki wysnuć. Jeżeli ktoś wysyła nam określony komunikat, to siłą rzeczy warto go odbierać. Na przykład po to, żeby wiedzieć, czy jest sens nawiązać relację, czy jednak lepiej sobie darować.

Jaki ja Ci dzisiaj wysłałam?

Że jesteś profesjonalna, zorganizowana i dbasz o siebie. Masz dobrą energię, promienną cerę i przesympatyczny uśmiech. Jesteś elegancko ubrana. Jesteś kobietą z klasą.

Ale nie mam na sobie nic kolorowego, a Ty mówisz, że kolor jest niezbędny. To mnie nie dyskwalifikuje? (śmiech)

Kolor jest niezbędny w duszy. Jeżeli chodzi o ubranie, to oczywiście zachęcam do koloru, ale mam na przykład  w zespole dwie zdeklarowane minimalistki, które noszą wyłącznie czerń.  I jest w tym szczerość, bo traktują  to jako manifest swojej osobowości. Ważne, by koloru używać świadomie. Fajnie, że kobieta może jednego dnia założyć czerwoną sukienkę i wysłać komunikat, że jest pewna siebie, gotowa na zabawę lub flirt, a innego – podarte dżinsy, drapieżne kolczyki  i powiedzieć: „Ja tu rządzę!”.

Osiągnęłaś dotąd wszystko, co sobie zaplanowałaś. Czy kiedykolwiek zachłysnęłaś się tym sukcesem?

Wierzę, że jeszcze wiele przede mną. W dobie social mediów ludzie szybko stają się rozpoznawalni, więc pojawia się pokusa, by trochę odlecieć. Ja trzymam się blisko rodziny i przyjaciół.  To małe grono najważniejszych dla mnie ludzi. Nie są związani z show-biznesem i bardzo mocno trzymają mnie przy ziemi. Inna sprawa, że ten mój sukces był – i jest – okupiony wieloletnią sumienną pracą. Nic się nie wydarzyło z dnia na dzień. Planując swoją drogę, miałam czas na to, by się przyzwyczaić do popularności, przestawić i zrozumieć, że to cudowna  i wspaniała praca, ale jednak tylko praca – coś, co się robi, do czego ma się talent, ale na koniec dnia też jest inne  życie, czyli relacje z realnymi ludźmi,  a o te tak samo trzeba dbać, bez względu na to, czy ma się status gwiazdy,  czy nie. Ważne, by o tym pamiętać.

Mówisz o relacjach z ludźmi, o bliskich osobach, ale niewiele wiadomo o Twoim życiu prywatnym.

Nie bez powodu.

Dlaczego nie chcesz o tym mówić?

Dużo z siebie daję jako blogerka i dużo publikuję rzeczy z pogranicza prywatności, dlatego chociaż 20 procent chcę zostawić dla siebie. Po prostu tego potrzebuję. Ludzie wiedzą, jak wygląda mój dom, czym się zajmuję, jakie sporty uprawiam, co lubię jeść. Myślę, że  to wystarczy, by się dowiedzieć, jaką osobą jestem, nie muszę się dzielić każdą sekundą swojego życia. Staram się tę granicę utrzymać.

Jesteś zakochana?

Teraz nie.

A ile razy w życiu byłaś?

Mało! Bardzo, bardzo mało... W ogóle nie jestem kochliwa. I nigdy nie byłam, nawet jako nastolatka.

Naprawdę? Myślałam, że masz południowy temperament. Bliżej Ci do Skandynawii niż do Panamy... (śmiech)

Skandynawowie mi się podobają,  to na pewno. Ci niebieskoocy blondyni... (śmiech)

Jakich mężczyzn podziwiasz?

Takich, którzy są świadomi swojej wartości, a przy tym mają wiele po- kory i duży szacunek do tego, co się wokół nich dzieje. Lubię mężczyzn pewnych siebie, ale nie zadufanych  w sobie. Z poczuciem humoru i z dawną kindersztubą. Maniery są dla mnie ważne, bo nie znoszę grubiaństwa.  Lubię mężczyzn, którzy mają pasję, chcą się rozwijać i których po prostu interesuje świat. Nie wyobrażam sobie bycia z kimś, z kim nie miałabym  o czym rozmawiać.

Jak mężczyzna mógłby Cię  poderwać?

Musiałby się wysilić, ale nie będę sprzedawać gotowych sposobów.  To byłoby zbyt proste. (śmiech)

Kto robi na Tobie największe wrażenie?

Panowie, którzy słuchają, o czym się  z nimi rozmawia, zapamiętują drobne informacje i potrafią wykorzystać je  w stosownym czasie. Na przykład zabrać w miejsce, o którym się wspomniało przy jakiejś okazji. Uważność to piękna i rzadka cecha, zwłaszcza  w dzisiejszych, zaganianych czasach.

Mówiłaś niedawno, że marzysz  o rodzinie, dzieciach. Jesteś już  gotowa na takie zobowiązania?

Jestem pewna, że w stosownym czasie wszystko się wydarzy. Nigdy nie miałam poczucia, że bycie w związku coś mi zabiera. Zresztą w żadnym związku, w którym byłam, nie miałam poczucia, że jestem uwiązana i że to mi przeszkadza w rozwijaniu moich pasji, budowaniu kariery. Absolutnie tak  nie było. Oczywiście dzieci zmieniają priorytety, ale sama jesteś doskonałym przykładem na to, że wszystko  da się pogodzić.

Byli partnerzy nie podcinali Ci skrzydeł?

Nie, absolutnie. Uważam, że los się układa, jeśli jest się z właściwą osobą.  I kiedy sami jesteśmy poukładani. Za dwa lata będę miała trzydziestkę, nie jestem już nastolatką. Wiem, co mi się podoba, a co nie, co lubię, co jeszcze bym zmieniła i czego bym nie zmieniała za nic w świecie. I takie świadome siebie osoby też mnie interesują. Dotyczy to nie tylko związku, ale i przyjaźni. Te relacje, które teraz nawiązuję  i pielęgnuję, są zupełnie inne niż te, które miałam jako nasto- czy dwudziestoletnia dziewczyna.

Co dzisiaj jest dla Ciebie najważniejsze?

Prawda. Spędzam czas tylko z tymi ludźmi, przy których mogę być sobą,  a oni czują to samo. Nie muszą przepraszać, że coś im się wymsknęło czy że akurat nie mają humoru. Szczerość absolutna. I luz. Bo jak już się spotykam  z kimś po godzinach bycia przed kamerami, to ważne, bym mogła się rozluźnić, pogadać o wszystkim i o niczym. No i ważna jest dla mnie lojalność. Nie jestem jakimś szalonym zwierzęciem imprezowym. Tak że tych kilka bliskich osób wiele dla mnie znaczy.

Czy na co dzień widują Cię w dresie i bez makijażu?

Oczywiście! W ostatni poniedziałek miałam z koleżankami takie spotkanie wieczorem. Siedziałyśmy w knajpie, wszystkie byłyśmy w dresach, bez makijażu, jadłyśmy dobre rzeczy i do pierwszej w nocy gadałyśmy. To są momenty, które pozwalają mi odetchnąć  i cieszyć się codziennym życiem.

Kto jest dla Ciebie największym wsparciem?

Absolutnie mama. Jest mi niezwykle bliska. Nasza relacja oparta jest na szczerości, zrozumieniu i partnerstwie. Cieszę się, że potrafi na wiele rzeczy spojrzeć z boku, obiektywnie,  a kiedy trzeba – krytycznym okiem.

Mama wychowywała Cię sama,  a jednak przyznałaś, że nie byłaś rozpieszczanym dzieckiem. To mnie zaskoczyło.

To prawda. Mama miała 21 lat, gdy mnie urodziła. Sama była na życiowym zakręcie. Tutaj małe dziecko,  tutaj praca pielęgniarki, a do tego jeszcze studia prawnicze, które podjęła  zaocznie. Marzyła, żeby pracować  w sądzie, i zrealizowała to marzenie.

Pamiętam noce, kiedy ze mną na ręku siedziała w dyżurce na okulistyce  i uczyła się do egzaminu, który miała następnego dnia rano. Do tej pory niesamowicie podziwiam jej hart ducha. Mama zawsze mi mówiła, że muszę być odpowiedzialna za siebie i swoje decyzje. Nigdy też nie traktowała mnie jak niczego nieświadomego dziecka, które aż do przesady przed wszystkim trzeba chronić. Nie trzymała pod kloszem. Nauczyła mnie,  że muszę sama zdecydować, co chcę  w życiu robić, na jakie studia pójść.

Wybrałam architekturę wnętrz, mama nie zgadzała się ze mną w tym wyborze, ale ja już byłam przyzwyczajona do samodzielności i postawiłam  na swoim. Zanim dostałam się na Akademię Sztuk Pięknych w Poznaniu, przez rok uczyłam się architektury wnętrz na prywatnej uczelni w Szczecinie. Usłyszałam wtedy od mamy:  „Ja ci jedzenie i dach nad głową dam, ale sponsorować twojego wyboru nie będę”. To było słuszne podejście. Chociaż musiałam sama zarobić na studia, wiedziałam, że nie zostanę na lodzie. A kiedy założyłam bloga i potrzebowałam ubrań do stylizacji, mama była nieugięta, mówiła: „Super, że masz taką pasję. OK, ale ja ci ubrań do stylizacji kupować nie będę. Musisz znaleźć pracę, która pozwoli ci kontynuować  i studia, i pasję”.

Dobrze jest być rodzicem, który w razie upadku podtrzyma dziecko, ale jednocześnie pozwala drobne potyczki toczyć samemu. Za to mamę bardzo podziwiam. Widzę też, ile mi to dało. Dzięki niej mam zaufanie do siebie. Do tego, że zawsze sobie poradzę, w każdej sytuacji. To ważne, żeby w życiu, nawet w bardzo trudnych chwilach, móc na sobie polegać.