Wszyscy piszą, że myślicie z Joasią o powiększeniu rodziny. Że kryzys w Waszym związku zażegnany i drugie dziecko jeszcze go scementuje.

(śmiech) Lubię dowiadywać się o swoich planach osobistych z gazet i internetu. Właściwie dzięki takim akcjom w ogóle zdjęta jest ze mnie odpowiedzialność za informowanie, co się u mnie dzieje. I gdybym miał specjalistę od PR-u, to chyba powinienem go w tej sytuacji zwolnić. (śmiech)

A może właśnie powinieneś go zatrudnić, żeby takie rzeczy nie działy się poza Twoją kontrolą?

Nie muszę tego kontrolować, bo to,  co się o mnie i Joasi wypisuje, komplet-nie nie ma związku z naszym życiem   i w zasadzie nas to nie obchodzi. Takie newsy są tylko dowodem na jedno – że  zbliża się sezon ogórkowy. Czy to prawda, że Małgosia Kożuchowska   pomogła w rozwiązaniu kryzysu w Waszym związku? Ludzie w branży sobie pomagają? Nic mi na ten temat nie wiadomo...

Może Joanna wie więcej? 

To już pytanie do niej. Myślę, że przede wszystkim trzeba umieć radzić sobie samemu. Ludzie, którzy borykają się   ze swoimi problemami, koniec końców, sami sobie muszą pomóc, jakiekolwiek presje z zewnątrz nie są wskazane. Mam wrażenie, że żyjemy w trudnych czasach, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie. Każdy człowiek ma swoją  historię, każda rodzina ma swoje problemy. I trzeba starać się z godnością radzić sobie z różnymi trudnymi sytuacjami, a już na pewno nie należy o nich publicznie opowiadać.

Ale wam, mężczyznom, jako że jesteście indywidualistami, może być trudno budować dziś

związki.

Coś w tym jest, że współczesna kultura bardziej obciąża mężczyzn niż kobiety. Bo kobiety są historycznie bardziej przystosowane do tego, by się poświęcać. A teraz rola mężczyzny jako ojca jest poszerzona o aspekt opiekuńczy. My sobie z tym często nie radzimy.

Ale z czym konkretnie?

Musimy powściągać swoje ego, ambicje, zrezygnować z naturalnych męskich przyjemności.

Twój związek z Joasią jest dowodem na to, że – na przekór losowi – można budować szczęście. Oboje pochodzicie przecież z niepełnych rodzin.

Ja moją rodziną nie będę nic światu udowadniał. Rodzina to sprawa tak skomplikowana, że nawet trudno o niej rozmawiać w kategoriach samorealizacji. Oczywiście, jest ona synonimem sukcesu, ale nie powinniśmy jej traktować w kategoriach ambicjonalnych. Cały czas się tego uczę, życie mnie uczy. Coraz częściej widzę, że najlepszym nauczycielem jest po prostu życie.  

Brałeś udział w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, który nieoczekiwanie bardzo się wszystkim spodobał. Wiesz, co wyraża Twoja twarz?

Chyba, generalnie, zadowolenie. Bo wiele rzeczy w moim życiu nieźle się układa.

A te kurze łapki w okolicy oczu, czego są oznaką?

Dojrzałości! I dobrze, że są!

A zdarza Ci się spojrzeć w lustro i zobaczyć zmęczonego faceta, takiego  po przejściach?

Każdy człowiek, który prowadzi w miarę aktywne życie, ma pracę i rodzinę, ma też perturbacje życiowe. Kiedy człowiek zbliża się do czterdziestki, tych doświadczeń odciśniętych na twarzy jest coraz więcej. Ale nie jestem mężczyzną po przejściach, raczej. (śmiech)

Czego nowego nauczył Cię ten program?

Nigdy wcześniej nie prowadziłem programu, w którym mógłbym tak długo funkcjonować w jednej małej grupie. W programach typu talent show uczestników spotyka się dwa, trzy razy. A tutaj przez dziesięć tygodni, niemal co tydzień pracowaliśmy z tymi samymi osobami, bo nikt nie odpadał. Bardzo się zżyliśmy. Najzabawniejsze jest to, że nikt nie sądził, że to będzie taki hit. Ja potraktowałem go trochę na zasadzie: „No tak, skończył się »Got to Dance. Tylko taniec«, więc dobrze, że jest jakiś inny projekt”. Fajne było też to, że nagrody przekazywano na cele charytatywne.

 

Jak Ci się pracowało w duecie z Piotrem Gąsowskim?

Znam Piotra kilkanaście lat, ale z relacji towarzyskich. Wiedziałem, że jest bardzo dobrym prowadzącym i trochę się tego bałem.

Nie żartuj!

Nie żartuję. Spotkało się przecież dwóch samców alfa, dwóch facetów. Zastanawiałem się, czy nie będę trochę zepchnięty na drugi plan. Ale okazało się, że znaleźliśmy z Piotrem wspólny język. Ta nasza zażyłość jeszcze bardziej się zacieśniła. Stworzyliśmy w programie duet trochę na zasadzie przeciwieństw. On był takim szalonym, rockandrollowym ojcem, a ja stonowanym synem, patrzącym z przymrużeniem oka na to, co ten stary wyprawia. A tak na poważnie: Piotr dał mi coś bardzo wartościowego – wiarę w siebie. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Drugi raz w życiu pracowałem z kimś, kto może być dla mnie swego rodzaju mentorem. Cieszę się, że mam starszego kolegę, kogoś, kto może utwierdzić mnie w przekonaniu, że pewne wybory, których dokonuję, są dobre, a inne złe. 

A nie jest tak, że z Twoją pozycją, Twoim doświadczeniem powinieneś już mieć dużo wiary w siebie?

Nie jestem aż tak pewny siebie, tak przekonany o swojej wszechwiedzy, żeby nie przyjmować krytyki czy nie potrzebować słów potwierdzających moją wartość. Piotr zrobił dla mnie bardzo dużo dobrego – myślę, że przy nim udało mi się rozwinąć skrzydła. I naprawdę jestem mu za to bardzo wdzięczny. Poza tym on wytwarza wokół siebie jakąś taką pozytywną aurę.

Od kiedy masz poczucie, że jednak z tą wiarą w siebie jest coś nie tak?

Zdziwisz się, ale właściwie od dzieciństwa zmagałem się z różnego rodzaju kompleksami. Funkcjonowanie w mediach od początku nie było dla mnie łatwe, wbrew temu, co się wszystkim zdaje. Niewątpliwie osoby, które przychodzą z jakimś, nazwijmy to, „nazwiskiem”, muszą coś udowodnić. Start zazwyczaj mają trochę łatwiejszy, ale utrzymanie się w tej branży to już zupełnie inna sprawa…

Powiedziałeś, że ta niepewność zrodziła się w dzieciństwie. Jakoś nie mogę w to uwierzyć. Musiałeś być ślicznym chłopczykiem.

Ależ ja nigdy nie byłem ładnym chłopczykiem! Do połowy liceum byłem małym grubasem. To na pewno również miało wpływ na kompleksy. Byłem też jednym z najmniejszych chłopaków w szkole, w ogóle wolniej się rozwijałem. Koledzy już mieli, za przeproszeniem, włosy tu i ówdzie, a ja wciąż miałem fizis trzynastolatka. Bardzo dobrze pamiętam moment, kiedy w siódmej czy ósmej klasie wróciliśmy po wakacjach do szkoły i koledzy szydzili ze mnie, że jestem mniejszy nawet od czwartoklasistów. I to się przekładało na wszystko. Już nie mówię o takich sprawach, jak powodzenie u dziewczyn...

Nie miałeś go?

No nie, nie za bardzo. Byłem wychowany w kulcie herosów sportowych, zawsze marzyłem, by coś w tym sporcie robić, ale fizycznie nie byłem w stanie. Zwłaszcza że moi rówieśnicy byli ode mnie silniejsi, wyżsi, szybsi. To, co teraz robię w sporcie, to też jest załatwianie zaległych porachunków. (śmiech)

Załatwianie zaległych porachunków… – fajne określenie. Wiele rzeczy w życiu robimy z tego powodu, prawda?

Tak, oczywiście. To, co dzisiaj robię zawodowo, to również jest załatwianie zaległych porachunków. „Udowodnię, że to naprawdę nie mamusia załatwiła mi pracę” – tak postanowiłeś? Szczerze mówiąc, tak, to jest też troszkę na tej zasadzie.

Rozmawiamy o programie i o tym, jak się pracuje na swoją twarz. A popsułeś sobie kiedyś „twarz”?

Twarz jest moją marką, jest brandem. Chyba nie ma dzisiaj marki, która by się w jakimś momencie nie zepsuła.   Czasem uczestniczy się w projekcie, który nie jest zbyt udany. I choć samemu zrobiło się wszystko dobrze, to przedsięwzięcie jest po prostu kiepskie. W rezultacie może ono zepsuć „twarz” albo ją obciążyć. Można   też mieć jakąś prywatną historię,   która bardzo źle wpłynie na markę, którą się jest.

A jak to jest starzeć się w telewizji? Co się dzieje, kiedy twarz się opatrzy?

Na pewno w telewizji upływ czasu jest jakby toporem, który wisi nad głową. Ja może już jestem na granicy między młodymi a doświadczonymi, i też się na tym łapię, że mam obawy. Ale boję się nie tyle starości, co opatrzenia. Jest takie zjawisko, szczególnie chyba   w Polsce, że nowe zawsze uważa się   za lepsze. Dlatego robi się relaunch produktu, wprowadza nowych ludzi. I ja wcześniej czy później będę ofiarą tego relaunchu. Patrzę, jak to wygląda w przypadku moich starszych kolegów. W Polsce ukończenie 50 lat   to moment bardzo dramatyczny dla prowadzących. Myślę sobie: „Kurczę, zostało mi 15 lat”. A dopiero od kilku robię coś naprawdę poważnego.   Wcześniej to były takie „macanki”, uczenie się tej branży i czekanie   na swój czas. Więc mając 53 lata, nadal będziesz prowadził programy rozrywkowe? Ja nie jestem aż tak zabawny, żeby  na siłę udawać zabawnego. (śmiech) Nie muszę za wszelką cenę być „yo, yo, yo!”.

A co będzie, jak telewizja zniknie?

Nie zniknie. Co najwyżej będzie inaczej odbierana, często przez internet. Inną szansą na przetrwanie telewizji są programy rozrywkowe, bo to jedyna rzecz, której się nie da wziąć z netu. Bo nie da się zrobić programu rozrywkowego za małe pieniądze. A duże pieniądze jest w stanie wygenerować tylko telewizja. Nie zrobisz show bez pieniędzy. Więc tego się tak bardzo nie boję. Krzysiek Ibisz ma 50 lat i prowadzi „Dancing with The Stars. Taniec z gwiazdami”. W wielkiej Brytanii ten sam program prowadzi 80-letni pan. Wszystko jest kwestą tego, jaki masz pomysł na siebie, czy umiesz  pogodzić się z dojrzewaniem.