Jesteś lepszy w smażeniu na patelni czy może w zwijaniu patelni?

Przez chwilę myślałem, że oszalałaś, ale rzeczywiście próbowałem powtórzyć wyczyn jednego z bohaterów mojego programu „Światowe Rekordy Guinnessa” – czyli zwijać patelnie. I muszę powiedzieć, że lepiej mi to wychodziło niż gotowanie. Mam chyba antytalent kulinarny.

Wstyd!

Wiem, że dużo tracę. To robi dobre wrażenie, gdy pan domu, w pięknej kuchni, otoczony różnymi gadżetami, przygotowuje jakąś niesamowicie oryginalną potrawę. Widziałem w oczach Aśki zachwyt, gdy obserwowała takiego „samca alfa” w działaniu. Ale cóż, przy mnie może liczyć jedynie na jajecznicę... Na szczęście mój brat, który ma restaurację w naszym rodzinnym Toruniu, nadrabia za mnie te braki.

To może powinieneś się u niego przeszkolić?

Nie ciągnie mnie do kuchni. Tak jak nie ciągnie mnie do warsztaciku w garażu. Ja w każdym razie, gdy muszę coś przykręcić, jadę kupić śrubokręt. A potem, pewnego dnia odkrywam w jakimś dalekim kącie sześć identycznych śrubokrętów.

Mnie w gotowaniu przygnębia to, że człowiek wkłada tyle energii i czasu w przygotowanie potrawy, a potem tylko chwila i wszystko znika. Gotowanie to przemijanie!

O, właśnie! Mnie to też przygnębia. Gotowanie jest dla mnie jak budowanie zamku z piasku. Lubię działania, po których coś trwałego zostaje.

A dziennikarstwo nie wydaje Ci się czymś ulotnym?

Artykuł żyje tyle, ile wydanie danej gazety. Audycja radiowa trwa kilkadziesiąt sekund, najwyżej kilka godzin. Teraz dużo się mówi o śmierci tradycyjnych mediów, prasy. Jesteśmy świadkami wielkich zmian: dawne media bardzo się zmieniają. W tym sensie można powiedzieć, że tradycyjne dziennikarstwo umiera.

Jesteś więc ginącym gatunkiem?

Na pewno nie chcę być dinozaurem! Dlatego staram się zrozumieć nowe media. Bardzo interesuje mnie przenikanie się telewizji z internetem i sama telewizja internetowa.

Jak właściwie można nazwać to, czym się zajmujesz?

Nie jestem też prezenterem. Po angielsku to, co robię, można nazwać TV host – gospodarz programów TV.

Nie jesteś prezenterem?

Prezenter to dla mnie ktoś, kto ładnie wygląda, ładnie pachnie i czyta z telepromptera, co państwo za chwilę zobaczą. Ja już tego nie robię.

A co Ty konkretnie potrafisz robić, Maćku?

W koszykówkę dobrze gram na zbiórce, w domu świetnie skaczę po łóżku z córką. A w pracy... Hm, tu gorzej. A tak na poważnie, to chyba nieźle wypadam w prowadzeniu wywiadów, potrafię zbudować relację z rozmówcą, otworzyć go. Najbardziej lubię pracować na żywo. Adrenalina, emocje, niepowtarzalne, spontaniczne sytuacje – to są wrażenia, dla których kocham tę pracę. 

Studia czegoś Cię nauczyły?

Pierwsza rzecz, którą usłyszałem na studiach, to: „Macie wiedzieć cokolwiek o wszystkim i wszystko o czymkolwiek”. W moich czasach brakowało na studiach faktycznej praktyki zawodowej.

Nie martwisz się tym, że za chwilę pojawią się nowi przystojni chłopcy? Ilu jeszcze takich Dowborów telewizja wchłonie?

Na pewno nie jestem „przyspawany do ekranu”. Parcia na szkło nie mam. Jak już uznają, że mój czas na ekranie się skończył, to zostanę np. producentem. Będę tworzył nowe formaty. Przyszłość jest w kanałach tematycznych, sprofilowanych pod widza, no i oczywiście w internecie. Upadnie idea telewizji takiej, jaką znamy do tej pory. Niebawem każdy sam będzie sobie komponował pogram telewizyjny. W przyszłości usługi typu VOD, czyli telewizja na życzenie, zdominują rynek.

Na razie lubisz tę swoją „pracę na żywo”.

Uwielbiam, jak mi się pali pod tyłkiem.

Jak się właściwie zaczynała Twoja kariera?

To był przypadek. Byłem stażystą w Trójce. Pewnego dnia ktoś nie przyszedł do pracy. Na gwałt szukali kogoś, kto zmontowałby materiał. Pracowało się z nożykiem i za pomocą sklejek łączyło się taśmę nagraniową. Jak się źle skleiło, to trzeba było to rozklejać. Najgorzej było ściąć coś w złym miejscu. I zgłosiłem się „na partyzanta”, bo nic nie potrafiłem. Montowałem 13 godzin coś, co na antenie trwało minutę. Ale starsi koledzy redaktorzy przekonali się do mnie i mogłem pójść do redakcji sportowej. Czasami myślę, że gdybym wtedy tego nie zrobił, to może siedziałbym teraz w tej redakcji publicystycznej.

Czyli ważne jest, żeby się trochę przepychać?

Raczej korzystać z okazji, pojawiających się szans i podejmować ryzyko. Pamiętam, jak w Trójce zdjęli mnie z anteny, bo naraziłem się Baśce Marcinik – autorce programu pt. „Magazyn bardzo kulturalny”. Wszyscy wiedzą, że audycja Marcinik to była świątynia sztuki. A ja, taki „szczaw”, zostawiłem słuchawki na stoliku, a nie na haczyku. Informacja dotarła do dyrektora Kaczkowskiego i przenieśli mnie na 23. Na pół roku zerwałem z dziennikarstwem. Ale Misiek Olszański dzwonił do mnie i namawiał do powrotu. Chyba jednak coś widział we mnie...

A wszyscy myślą, że pierwszą pracę mama Ci załatwiała.

Przez wiele lat cokolwiek bym nie zrobił, uważano, że pomogła mi mama. Moi najzagorzalsi „fani” uważają chyba, że mama pomagała mi nawet przy płodzeniu córki. Zapewniam, że poradziłem sobie sam i nawet było przyjemnie. Buty też sam już sobie wiążę. Nasze relacje nigdy nie były wystarczająco silne. Na drodze do ich stworzenia stanęła skomplikowana historia mojego dzieciństwa. Kropka.

Tworzycie z Asią związek, w którym oboje macie sporo adrenaliny.

 

To dlatego rozumiemy swoje pasje. Moim byłym partnerkom, które pracowały od 9 do 17, trudno było zrozumieć i zaakceptować mój styl pracy. A w tym wypadku my się wspaniale rozumiemy. Ja wiem, co to znaczy być na planie 24 godziny, jechać w daleką część świata, wracać i pędzić na plan. Asia rozumie nieprzewidywalność naszego życia. Wie też, że czasami jest płacz w poduszkę, frustracja. To wszystko, niestety, jest wliczone w koszty tego zawodu.

Dobrze, że siebie macie.

Oj tak.

Płaczesz czasami w poduszkę?

Aż tak to nie, ale bywam bezsilny. Bezsilność przyprawia mnie o wściekłość.

Jak wygląda wściekły Dowbor?

Wolałabyś nie wiedzieć. Jestem miły i kochany przez długi okres, ale może wyjść ze mnie demon. Najbardziej się wściekam, gdy ktoś podważa moją wartość, kompetencje, zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym, a szczególnie w... sporcie.

Kiedy poczułeś się spełnionym facetem?

Kiedy sobie uświadomiłem, że całe życie jest w moich rękach, kiedy poczułem, że wszystko zależy ode mnie. Miałem 20 lat i chciałem się odciąć od przeszłości, działać na własny rachunek. Stworzyć własne, lepsze życie. Swoją rodzinę.

Maciek, niezły babiniec masz w domu.

Uwielbiam to, ale czasem potrzebuję odreagowania. Wtedy idę pograć w tenisa albo w ulubioną koszykówkę. Staram się grać przynajmniej trzy razy w tygodniu.

Chciałbyś mieć syna?

Tak, chociaż myślę, że przy chłopaku byłbym mniej czuły. Z jednej strony chciałbym mieć więcej dzieci. Widzę, jakie to fajne, kiedy u mojego ojca cała duża rodzina się spotyka. Ale z drugiej strony wiem, że to jest olbrzymie poświęcenie i odpowiedzialność. Już teraz każde nasze wyjście do pracy to gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne, zsynchronizowanie niani, naszych terminów i godzin drzemek córki. Mam wrażenie, że najbliższy spontaniczny, romantyczny wypad z Aśką zaliczę za jakieś 16 lat.

Z kim rozmawiasz o wychowaniu dzieci?

Z moim tatą, który w sumie ma czworo dzieci i to on doradza mi czasami. Tata wspiera mnie w taki subtelny sposób, sugeruje różne rzeczy. Fajnie, że mam z nim taki kontakt. Długo do tego dochodziliśmy. Niestety, mieszka w Toruniu i widujemy się rzadko. Za rzadko.

Żal ci życia, które prowadziłeś, zanim zostałeś ojcem?

Czasami łapię się na tym, że patrzę, z jaką lekkością żyją młodzi. Jadą na wakacje, kiedy chcą, siedzą w pubach do późnej nocy. A my, jak mamy gdzieś wyjechać, to jeden dzień zajmuje nam pakowanie tych wszystkich wanienek, śpiochów, buteleczek i pieluszek. Czasami zazdroszczę młodszym tej wolności. Ale wiem jedno: nie chcę schrzanić mojej relacji z córką. I świadomie z niektórych rzeczy rezygnuję. Dotarło do mnie, że jestem za moją córkę odpowiedzialny.