Forbes uznał cię jako jednego z najzdolniejszych Europejczyków przed trzydziestką. Jesteś dumny z tego sukcesu?

Bardzo! Nie spodziewałem się, że znajdę się w tym zestawieniu. Szczególnie że na pytania, które zadał mi ich zespół, odpowiedziałem z przymrużeniem oka. Spodobała im się historia chłopaka z Polski, który w wieku 19 lat leci do Los Angeles ze swoim pomysłem na serial. A potem „1983” ogląda na Netflixie cały świat. Fajnie jest być docenionym za odwagę i przełamywanie schematów.

Taki sukces daje potężnego kopa?

Pewnie. Poczułem, że trzeba działać dalej.

Wymyśliłeś serial, który można obejrzeć na całym świecie. A dzieje się w Polsce, w oparciu o polską historię.

Wiesz, kocham nasz kraj, kocham polską kulturę. Uważam, że jest świetna. Chciałbym, żeby była silnikiem moich działań. Z czego czerpały docenione  na świecie filmy Pawlikowskiego?  Z polskiej kultury. Co było silnikiem twórczym Wajdy, Holland, Żuławskiego? Polska. Jej historia i kultura. To coś, co znamy, a o tym, co znamy, możemy opowiedzieć prawdę. A w sztuce chodzi o prawdę. Szanujmy to, skąd pochodzimy. Czerpmy z tego i zaprzyjaźniajmy się z tym. Dlatego następnym razem, gdy Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze” będzie występował w Sali Kongresowej zamiast słuchać amerykańskich rapsów, pójdę na ich występ (śmiech). Naprawdę.

Polacy często mają kompleksy, czują, że nie są dość dobrzy.

Sami często ciągniemy się w dół.  Moglibyśmy być bardziej życzliwi,  zauważać dobre rzeczy i kibicować  sobie nawzajem. Sam się tego uczę.

Serial jest swoistym hołdem dla Warszawy.

Joshua Long, który był scenarzystą, studiował architekturę w Stanach, więc lokalizacje, przestrzenie, scenografia były dla niego bardzo ważne. Szukaliśmy Warszawy nieoczywistej.

Lubisz to miasto?

Uwielbiam. Warszawa ma w sobie energię. Oferuje, stwarza możliwości, kusi, uwodzi. Ma wiele twarzy. Albo raczej pejzaży. Możesz iść na genialną mszę do dominikanów na Służewiu lub na świetną imprezę techno na Smolną. Możesz też iść i tu, i tu.

A Ty masz na to wszystko czas?

Czasu mi brakuje. Ale to przez organizację. Marnuję czas na telefonie. Kiedy pracowałem nad „1983”, zrezygnowałem z iPhone’a na rzecz oldskulowego telefonu bez internetu. To była ogromna ulga.

Jesteś na innym etapie niż Twoi rówieśnicy?

Zawodowo na pewno. Miałem dużo szczęścia, że zacząłem tak wcześnie. A mentalnie? Nie sądzę. W głowie chyba nadal mam 13 lat. Ale lubię to. Kiedy  mój dziadek opowiada mi o tym, jak przed wojną w Wilnie jeździł na łyżwach i podrywał dziewczyny, mam poczucie, że rozmawiam z chłopakiem z ’38 roku. Też chcę zachować w sobie takiego dzieciaka.

Teraz przejąłeś pałeczkę. Nie musisz już czekać na role, sam je sobie piszesz.

Codziennie mam nowe pomysły. Po „1983” ludziom się wydaje, że jestem mądrzejszy niż w rzeczywistości. I nawet moje głupie pomysły traktują jako coś wartego uwagi (śmiech). A tak poważnie, to historia z naszym serialem dała mi dużo wiary w siebie. Zrozumiałem, że to, jak patrzę na świat i czuję, jest okej.

Co jeszcze dało Ci siłę?

Wiara. Dzięki Bogu mam inny punkt odniesienia. Inny pryzmat, przez który spoglądam na świat i samego siebie. 

Większe poczucie sensu?

Myślę, że duchowość daje człowiekowi inną perspektywę.

Zwłaszcza jeśli masz w życiu dowody na to, że opatrzność Cię prowadzi we właściwą stronę.

Biorąc pod uwagę, ile szczęśliwych zbiegów okoliczności mnie spotkało, naprawdę czuję, że prowadzi.

Nie ma przypadków?

Na pewno jest wolna wola.

Do wiary doszedłeś sam czy jest mocno ugruntowana w Twojej rodzinie?

Sam. Wyniosłem ją z domu, ale był moment, kiedy zwątpiłem. A potem wróciłem, bo poczułem żywą wiarę  w sobie. Ale jestem daleki od świętości. Myślę, że często osoby niewierzące są jej bliższe niż ja…

Nie trzeba być świętym, wystarczy być dobrym człowiekiem.

Ja w ogóle wierzę, że ludzie są dobrzy…

Może dlatego, że sam taki jesteś. Uchodzisz za osobę, która nigdy nie podstawiła nikomu nogi.

Staram się grać fair.

To chyba niełatwe w zawodzie, w którym jest ostra konkurencja.

Zdarzają się ukłucia zazdrości, np. gdy zaglądasz rano do internetu i się dowiadujesz, że Rafał Zawierucha gra  u Quentina Tarantino (śmiech).

Tobie zazdrościli po serialu.

Być może.

Ludziom z branży dałeś motywację do działania.

Jeśli tak jest, to bardzo się cieszę. Namawiam kolegów ze szkoły, żeby pisali własne scenariusze.

Szkoła aktorska to poczucie sprawczości wzmacnia czy przytępia? Tam każdy dzień to kolejny sprawdzian…

Najwięcej dają profesorowie, którzy  pomagają odkryć studentom piękno  w nich samych. Jednym z nich jest wspaniały aktor i pedagog Grzegorz Mielczarek. Zajęcia z nim są niesamowite. Spokojnie moglibyśmy mówić do niego: „O, kapitanie, mój kapitanie”.

Takie zajęcia miewają terapeutyczny efekt?

To nie jest typowa uczelnia. Oddajesz komuś swoją wrażliwość. Oczekując  w zamian, że nauczyciel obejdzie się z nią delikatnie. Gdy nadużywają swojej władzy, możesz paść ich ofiarą. Na innych studiach oddajesz swój umysł,  tu – całe serce.

Łatwo się po takim doświadczeniu zamknąć?

Łatwo.

A Ty, dojrzałeś?

Po trzech latach w szkole? Na pewno. Myślę o czym innym, czegoś innego chcę. Gdybym nie poszedł do szkoły aktorskiej, pewnie stałbym w miejscu. Wiele tym studiom zawdzięczam.

Chciałbyś mieć rezydencję w Los Angeles?

Nie, ale miałem jedno marzenie związane z L.A. Gdy przyjechałem tam po raz pierwszy, mieszkałem u Magdy Mielcarz. Jej mąż jest właścicielem wspaniałego hotelu Petit Ermitage  w Hollywood. Pozwalała mi tam spędzać czas na basenie. Marzyłem, żeby kiedyś się tam zatrzymać. Udało się, ostatnie sceny do „1983” kręciliśmy  w Los Angeles i właśnie wtedy tam zamieszkałem. Taka koda.

Nigdy nie miałeś pokusy, żeby  bardziej zaszaleć? Żeby kupić zielone lambo?

Nie. Wolę golfa z ’81. Myślę, że mam wokół siebie właściwych ludzi. Fantastycznych przyjaciół z różnych światów.