Chłopaki, co Wy wiecie o sobie nawzajem?

Maciej Musiał: Pamiętam z dzieciństwa, że zawsze po „Wiadomościach” leciała w telewizji relacja z wędrówki Jaśka i Marka Kamińskiego na biegun. Co wieczór kłóciłem się z rodzicami, którzy kazali mi iść spać. Jasiek był dla mnie takim... kurczę, jak to powiedzieć... ideałem...

Jasiek Mela: Ile ty wtedy miałeś lat?

Maciej: Osiem. Musiałem kłaść się o 20, czyli akurat w momencie, kiedy puszczali relacje z wyprawy. Kiedy się dowiedziałem, że się udało, bardzo się cieszyłem.  

A Ty, Jaśku, kiedy pierwszy raz usłyszałeś o Maćku?

Jasiek: Od pięciu czy sześciu lat, od kiedy wyprowadziłem się z domu, nie mam telewizora i Maciek nie był dla mnie kimś bardzo znanym.

Maciej: W momencie, kiedy kręciliśmy film, nie grałem aż tak dużo.

Jasiek: Ale zaraz... Przecież grałeś w „Ojcu Mateuszu”! U mnie w domu ten serial oglądały kobiety mojego życia, czyli mama i dwie siostry. I chyba wtedy cię widziałem. A potem spotkaliśmy się na planie filmu „Mój biegun”...

Maciej: Śmieszne. Czyli obaj poznaliśmy się nawzajem przez telewizor... (śmiech)

A nie spotkaliście się przed kręceniem filmu?  

Maciej: Producenci zastanawiali się, czy nas poznać ze sobą, ale wyszli z założenia, że to nie będzie dobre dla filmu, bo wtedy będę się starał naśladować

Jaśka. Więc reżyser Marcin Głowacki powiedział, żebym nawet nie oglądał filmów z Jaśkiem, tylko znalazł te emocje w sobie. Świetnie mnie poprowadził. Gdybym poznał Jaśka wcześniej, to pewnie bym go po prostu udawał.

Jasiek, jak to jest zobaczyć film o sobie?

Jasiek: Jest to bardzo dziwne uczucie. Kiedy Marek Kłosowicz, scenarzysta filmu, zadzwonił do mnie z pomysłem, że chcą zrobić film z cyklu „Prawdziwe historie” o nas, o naszej rodzinie, byliśmy wszyscy absolutnie na nie. Całą rodziną myśleliśmy: „Film o nas?! Na pewno to będzie jakaś durna laurka. Wszyscy będą wspaniali, niezniszczalni, wiecznie uśmiechnięci”. Wyobrażaliśmy sobie, że aktor stanie na tle zachodzącego słońca i będzie pięknie wyglądał, a czasem płakał, żeby się wszyscy wzruszyli. Więc na początku byłem bardzo przeciwny. Scenarzysta poprosił, żebyśmy się chociaż spotkali. Najwyżej wypijemy kawkę na ich koszt i już się więcej nie spotkamy. Ale przekonali mnie. Byłem bardzo zaskoczony koncepcją filmu. Bo przede wszystkim to nie jest film stricte o mnie, lecz o mojej rodzinie. Nie jest o tych momentach, o których jest większość wywiadów ze mną, czyli o biegunach. Mam dziś 25 lat, na biegunach byłem dokładnie 10 lat temu! Ja, cholera, nie pamiętam, jak jest na biegunach! Przecież życie idzie do przodu, robi się różne nowe rzeczy, nie ma co się ciągle oglądać za siebie i coś tam wspominać. I zaskoczyło mnie właśnie to, że ten film nie jest na temat wypraw. Wyprawa jest potraktowana zdawkowo. To są ostatnie trzy minuty filmu. Cyk, cyk, cyk, poszli na biegun i tyle. I to jest super.

Ten film tak naprawdę jest o relacjach, o rodzinie, o buncie przeciwko rodzicom, światu. Dotyka tego, co jest największą tajemnicą wokół Ciebie – skąd czerpałeś siłę, żeby pokonać kalectwo i ogromne cierpienie.

Jasiek: Tak, dokładnie. Nie spodziewajcie się więc filmu o nartach i przewodnikach górskich...

Maciej: ...bo akcja filmu nawet nie dzieje się zimą. (śmiech)

Ale to musiało być trudne, po raz kolejny przeżywać to piekło. Demony nie odżyły?

Jasiek: Po części odżyły. Ale ja sobie z tym radzę. One odżywają nie tylko przy filmie. Przecież bardzo często opowiadam ludziom o moich doświadczeniach. Moje życie jest mocno przewrotne. Z natury jestem dosyć nieśmiałą osobą, czego zupełnie nie widać, kiedy na przykład wychodzę przed kilkutysięczną publikę. Widzisz, Maciek, ja też trochę jestem aktorem. (śmiech) Mam poczucie, że to moje zadanie publicznie mówić o rzeczach trudnych, rzeczach bardzo intymnych.  Wyobraź sobie: przychodzisz na spotkanie z niepełnosprawnymi dziećmi, do obcych ludzi i opowiadasz, jak to się męczyłeś w szpitalu albo kiedy widziałeś, jak twój brat tonie. To takie wypruwanie flaków, ekshibicjonizm emocjonalny. Ale moim zadaniem jest pokazanie, że z każdego dołka można wyjść, że ze wszystkim można sobie poradzić. Dlatego ludzie odnoszą mylne wrażenie, że jestem taki megahiperotwarty. Myślą: „Przyszedł Jasiek Mela, ale on ma luz, po pięciu minutach rozmowy opowiada o swoich najcięższych przeżyciach”.

O tym, jak miał depresję, jak nie mógł zrobić  sobie herbaty...

Jasiek: Tak. Ale ja już mogę o tym mówić bez bólu, bo to są zamknięte etapy w moim życiu. Dużo łatwiej mówi mi się o śmierci mojego brata niż o tym, jak to się właśnie pokłóciłem z dziewczyną czy o jakichś niespełnionych ambicjach. Opowiadam o tym, ale czasem bywa, że myślę o czymś innym. Ale film pokazuje to wszystko. Kiedy widzę na ekranie Maćka wkurzonego na Bartka Topę, który gra mojego ojca, to mnie to po prostu boli, bo pamiętam te konkretne sceny, ten ból, tę straszną bezradność. Przypominam sobie siebie wtedy, czyli nie mądrego filozofa czy kogoś równie poważnego, tylko chłopaka, który często się obraża, zachowuje się głupkowato, przeżywa swój okres buntu. Te wydarzenia zmieniły we mnie taki naturalny bieg historii, bo człowiek zwykle przechodzi przez pewne stałe etapy. Ja jednocześnie przechodziłem fazę buntu i strasznych zgrzytów z ojcem, bardzo często go nie znosiłem, a jednocześnie bardzo spajała nas rehabilitacja. Jest to mocno pokazane w filmie. I bardzo autentyczne.

Ten bunt też bardzo Cię wzmacniał. To był taki Twój pierwszy biegun. Tata, walka z nim – bo on nie pozwalał Ci na słabość, za co go nienawidziłeś.

Jasiek: Tak, dokładnie. W filmie jest nawet taka jedna scena na cmentarzu, jak właśnie Maciek... Nie wiem, jak mam mówić: Maciek? Jasiek? Ja? (śmiech) Więc jest scena, jak idę na protezie, a tata się czepia: „Idź prosto! Źle trzymasz nogi!”. I ja wtedy pomyślałem coś takiego: „A dam radę i pokażę ojcu!”. W żadnym wywiadzie nie przeczytacie, że w dużej mierze postanowiłem pójść na ten cholerny biegun po to, żeby właśnie udowodnić ojcu, że dam radę, że nie jestem kaleką, nie jestem frajerem. Inne projekty, inne wyprawy były już po to, by pomóc innym... Ale na pierwszy biegun poszedłem po to, żeby, cholera, pokazać staremu, że dam radę.

Maciej: Wow! Mocne.

 

Czyli można powiedzieć, że nakręcała Cię złość?

Jasiek: Tak. Nasz problem, mój i mojego taty, polega na tym, że jestem do niego cholernie podobny i mamy te swoje zębatki, które przez to nie zachodzą na siebie – tam, gdzie on ma ząbek, tam i ja mam ząbek – i to okropnie zgrzyta. Większość naszych kłótni to były kłótnie o nic, gdzie i jeden, i drugi mógłby się zachować jak człowiek i wyluzować. Ale nie, bo ja zawsze musiałem odburknąć, zawsze musiałem mieć ostatnie słowo. I ostatnie słowo musiał mieć on. To było po prostu straszne.

Czyli wniosek z tego taki, że warto się kłócić z rodzicami, bo to bardzo napędza. (śmiech)

Maciej: Można dojść aż na biegun. (śmiech)

Maćku, powiedz, czy Twoja pasja, czyli aktorstwo, też czasami nie bierze się z buntu przeciwko rodzicom?

Maciej: Właśnie się zorientowałem, że mam coś podobnego. Chyba jak każdy. Pamiętam takie sytuacje, kiedy naprawdę dużo grałem i rodzice mówili: „Stop, nie dasz sobie rady ze szkołą. Skończmy tę zabawę w aktorstwo”. Pamiętam, że się zacinałem, siadałem w pokoju i przez dwa tygodnie kułem, żeby tylko wszystko zaliczyć na piątki, żeby im pokazać, że potrafię i że mogę dalej grać.

Jasiek: Maciek, a zdarza się czasem tak, że cię rodzice oceniają krytycznie? Na przykład twoją grę aktorską: „Stary, mogłeś zagrać lepiej”?

Maciej: No pewnie! „Stary, mogłeś lepiej zagrać”, „Stary, mogłeś mądrzej odpowiedzieć”, „Mogłeś lepiej strzelić karnego”... To chyba dotyczy wszystkiego... Ale taka jest ich rola. Najczęściej robią to z dobrej woli i warto o tym pamiętać... Chociaż ja zawsze zapominam.

Jasiek: (śmiech) Taki cios za cios.

Czy to nie jest tak, że trzeba się bardzo kochać, żeby móc się sensownie kłócić?

Jasiek: Jest też taka smutna prawda, że najłatwiej być okrutnym dla najbliższych, bo oni są i wiemy, że będą. Jak nawrzucasz swojej koleżance i powiesz jej, że jest taka, siaka i owaka, to ona ci powie: „Spadaj”, i już się z tobą nie spotka. A jak nawrzucasz ojcu, synowi, żonie, to i tak się spotkasz z nimi przy obiedzie. Innymi słowy – będzie sto możliwości, żeby przeprosić, więc możesz sobie pozwalać na różne okropne rzeczy.

Maciej: I to prawda, że od miłości najbliżej do nienawiści. Przez to te najlepsze relacje często łączą się z tymi najmocniejszymi kłótniami.

Jasiek: Dla mnie najgorsze uczucie, jakie może być, to jest obojętność, nijakość. Krytyka bardzo bliskich osób boli bardzo mocno też dlatego, że kiedy ktoś nas zna, to...

Maciej: ...trafia w punkt.

Jaśku, płakałeś, kiedy oglądałeś ten film?

Jasiek: Tak. Ryczałem parę razy. Mama stała w przedpokoju, paląc papierosa za papierosem i rycząc, bo nie dawała rady. Starałem się trzymać fason, ale łzy leciały w pewnych momentach.

Co było najtrudniejsze?

Jasiek: Paradoksalnie nawet niekoniecznie sceny z Piotrusiem (bratem, który utonął w obecności Jaśka – przyp. red.), bo to mam przerobione, chociaż to też było mocne. Ale głównie sceny z tatą. Albo jak najbardziej autentyczna scena w szpitalu, gdzie trzeba było przypiąć mnie pasami do łóżka. To boli, bo przypominam sobie ten przeszywający ból i tę bezradność lekarza, który stoi nad łóżkiem i mówi, że nie może podać kolejnej dawki morfiny. Gdybym mógł, tobym go wziął za chabety, wyrwał mu strzykawkę i sobie wbił.

Bo Ty jechałeś na morfinie?

Jasiek: Tak. Różnie to bywało, przez pewien czas na morfinie, potem mi ją odstawili, żebym się nie uzależnił... Na morfinie to w ogóle był hard core, bo miałem jakieś halucynacje. To była masakra.

To też jest pokazane w filmie.

Jasiek: To było upiorne. Mrugasz, zamkniesz na chwilę oczy i masz te wizje. I to jest straszne, po prostu okropne, nie można się od tego oderwać, uciec. Ja długo cierpiałem na bezsenność w szpitalu i te halucynacje sprawiały, że czułem, że zwariuję.  

Maćku, nie byłeś sparaliżowany, gdy przyszła propozycja zagrania Jaśka?Nie, pomyślałeś sobie: „Nie, nie dam rady, nie biorę tej roli”?

Maciej: Sama słyszysz, że to, o czym mówi Jasiek, to turbociężkie przeżycia. Wiedziałem, że film będzie mocny i oparty na emocjach. Nie byłem pewien, czy jestem na to gotowy. Miałem 15 lat! Ale któregoś razu pomyślałem: „Ej, skoro on miał 13 lat, gdy przez to przechodził, i dał wtedy radę, to jego historia ma zmotywować takich gówniarzy jak ja, żeby się nie poddawali i stawiali czoła wyzwaniom”. Film kręciliśmy w Krakowie, a ja jestem z Warszawy, więc musiałem sam tam pojechać na dwa miesiące, bo moi rodzice pracowali. Ten wyjazd był dla mnie niemałym wydarzeniem. Mieszkałem sam i – pamiętam – budziłem się w środku nocy. Nie mogłem spać, bo po prostu się stresowałem, że nie udźwignę tego zadania. Stawałem przed lustrem i ćwiczyłem, uczyłem się roli. To były ciężkie dwa miesiące... To trochę mierzenie się z legendą. Nie możesz zwyczajnie stworzyć postaci i pozwolić sobie, na co tylko chcesz. Musisz po prostu dać radę.

Jest coś, co Was łączy? Czujecie wspólnotę w jakichś sprawach?

Maciej: Dzisiaj idziemy na piwko, więc dopiero jutro będziemy się lepiej znać.

Jasiek: (śmiech) Tak, jutro będziemy wiedzieć o sobie więcej.

Maciej: Ale coś nas chyba łączy. Jasiek mówił o nieśmiałości... Ja też taki jestem. I często ukrywam to pod jakąś rolą.

Jasiek: Myślę, że też życiowo mamy obaj podobne doświadczenia. Bo ty, Maciek, zacząłeś grać bardzo wcześnie i też pewnie wskoczyłeś w zupełnie inny świat, taki świat „glamour”. Przede mną też otworzył się zupełnie nowy świat. Dla mnie to, że zaprosił mnie burmistrz Malborka, a potem prezydent RP, że był bankiet, już było przeżyciem...

Maciej: Który prezydent?

Jasiek: Jako pierwszy Aleksander Kwaśniewski. Ja przerobiłem trzech prezydentów. (śmiech) Dla mnie droga kolacja, dziennikarze, którzy wysuwają mikrofony do gówniarza – to było niesamowite.

I pytają: „Panie Jaśku, jak żyć?”?

Jasiek: Miałem kiedyś spotkanie autorskie w empiku, po napisaniu książki. W pierwszym rzę-dzie siedziała starsza pani z wnuczkiem. Poprosiła: „Panie Jaśku, wnuczek ma osiem lat, jeszcze za dużo nie rozumie z tego spotkania. Ale czy pan mógłby mu dać taką życiową radę, żeby wiedział, czym się kierować?”. Miałem ochotę mu powiedzieć: „Stary, nie słuchaj się babci”. (śmiech) To na pewno jest dziwne, że do mnie, gówniarza, ludzie przychodzą i zadają takie pytania.

Maciej: Jest jeszcze coś takiego, co taksówkarz powiedział mi wczoraj – że ludziom wydaje się, że cię znają. I myślą, że jesteś jakiś, bo przeczytali coś o tobie w gazetach. Spotykają się z tobą i uśmiechają się do ciebie, i chcą, żebyś ty się do nich uśmiechał. Czegoś od ciebie oczekują, a ty możesz być zupełnie innym człowiekiem.

 

Jasiek: To ty też masz z tym problem?! Staram się jak najbardziej szanować ludzi, ale nie sposób ich wszystkich spamiętać. Kiedy kogoś mijam bez słowa, bo go nie poznałem albo jestem zamyślony, mówi: „On jest taki napuszony, w ogóle ludzi nie pamięta”. Ktoś, kto gdzieś tam się na ciebie napatrzył, ma poczucie, że cię zna, co jest absolutną fikcją. Myślę, że ty, Maciek, masz to w jakiejś hiperskali, bo jesteś aktorem. Myślę, że wielu ludzi uważa, że Maciek prywatnie ma takie cechy jak...

Maciej: ...Tomek Boski. To ty masz chyba ostro przechlapane, bo ciebie kojarzy się z pozytywnym, dobrym chłopakiem. A potem ktoś cię spotka w monopolowym i już masz sto pytań i wyrzutów.  

Jasiek: Dokładnie. Może to nie są tematy, o których powinno się mówić w wywiadach, ale ja mam bardzo dużą potrzebę odbicia sobie w drugą stronę.

Bo ile można być świętym, prawda?

Jasiek: Dokładnie. Ja naprawdę nie wiem, jak żyć.

Maciej: Mam dokładnie to samo.

Jasiek: A ty chcesz po prostu pożyć jak człowiek. Wyrzucić to z siebie. Być normalnym.

A co to jest normalność w Waszym przypadku?

Jasiek: To, że przestajesz grać rolę wzoru, czyli robić i mówić rzeczy, których się od ciebie oczekuje. Ja na przykład czuję w sobie taką misję, żeby we wszystkich wywiadach i w działalności publicznej promować pewne wartości, ale też mówić o słabościach. Dlatego „Mój biegun” jest świetny, bo jest o takich zwykłych, ludzkich rzeczach, o tym, co każdy z nas ma w sobie, czyli często o syfie, o bólu, o cierpieniu. Te rzeczy są, a o tym się nie mówi.

Na czym polega Wasza ucieczka w normalność?

Jasiek: Mam swoje odreagowanie. To są pustostany. Zdarza mi się czasami przy użyciu różnych narzędzi do tych pomieszczeń dostawać, fotografować, wypić sobie tam piwo. Nie mówię, żeby urżnąć się w trupa, ale możemy sobie pójść na browara i nie ma w tym nic strasznego.

Maciej: Wiem coś o tym... Przecież nie powiem na spotkaniu z młodymi ludźmi, że zdarza mi się czegoś nie zaliczyć, zapalić papierosa czy pójść na imprezę. Dlatego ode-rwanie się od tej misji i odcięcie się od tego jest wspaniałe. W szkole pytają: „Stary, dasz odpisać pracę domową z matematyki?”. To jest właśnie ta normalność.

Jako Tomek Boski ci nie dam, jako Musiał dam ci spisać?

Maciej: Nie dam, bo sam nie mam. (śmiech) Pewnie ty, Jasiek, też tak masz, że cenisz sobie znajomych, których masz od bardzo dawna, którym zupełnie nie przeszkadza, co robisz, i nie patrzą na ciebie przez ten pryzmat.

Jasiek: Jasne. Ludzie uważają, że jesteśmy jakimiś ideałami. Myślą, że nie depczemy trawnika i tak dalej. (śmiech) Boże, Jasiek Mela przeszedł na żółtym świetle! Jak to!? Nie potrzebuję kontestować i robić skrajnie odwrotnych rzeczy, ale bardzo dobrze się czuję w otoczeniu prostych sytuacji. Na przykład co roku jeżdżę na wakacje do Norwegii do pracy. Maluję domy i robię inne prace remontowe. I mam wielką satysfakcję, kiedy idę do roboty ubrany w jakieś łachy, urypany farbą, w tanich butach. Zdobywca biegunów, chłopak znany w Polsce stoi i maluje ściany! Zapytany, kim jestem i co robię, nie mówię: „A, wiesz co, jestem polskim celebrytą, zaraz mam szkolenie dla dyrektorów dużej korporacji, a potem wywiad dla »Gali«. A w ogóle to wpisz sobie w necie: »Jasiek Mela«”. (śmiech)

Szkolisz dyrektorów? Masz tylko 25 lat!

Jasiek: Po prostu tak się złożyło, że dane mi było wiele rzeczy przeżyć. I dzielę się tym.

Nie za mądry jesteś, Jaśku?

Jasiek: Jakbym był mądry, tobym miał studia skończone. (śmiech) Zaczynałem studia ze trzy razy. Raz szkołę filmową, raz psychologię...

Maciej: To może jakaś rada dla młodszego kolegi stojącego przed wyborem?

Jasiek: (śmiech) Zacznij cokolwiek i się nie przejmuj. Jest czas na studiowanie.

A o czym myślisz, Maćku? O szkole teatralnej?

Maciej: Też. Jeszcze się zastanawiam. Może wyjadę gdzieś za granicę, może zostanę tutaj i będę studiował coś humanistycznego... Wiem, powinienem mieć już wszystko rozpisane i zaplanowane, ale tak nie jest... Jeszcze chwila.

Jasiek: Idź za tym, co cię tam pociąga. Elementem mojej pracy w fundacji jest spotykanie się z ludźmi, często załamanymi. Czasami zdarzają mi się bardzo trudne sytuacje. Próbowałem studiować psychologię, ale ostatecznie liczy się to, co przeżyłem. A przez to, że mam takie doświadczenia życiowe, jakie mam, mam szansę zdobyć zaufanie. Ja, bez ręki i nogi, mogę powiedzieć komuś: „Stary, nie ma głaskania się po plecach. Wstawaj! Na jednej nodze! Da się!”.

Chłopaki, chciałam z Wami jeszcze porozmawiać o dziewczynach. Jaśku, wyobrażam sobie, że musiało Cię wkurzać, że nie możesz zrobić sobie herbaty, samodzielnie się ubrać.Ale pewnie też dołowało Cię, że jako kaleka nie poderwiesz tak łatwo dziewczyny.

Jasiek: Ale dziewczyny mogą podrywać mnie. (śmiech) W zasadzie ta cała sprawa z kalectwem sprowadza się do jednej rzeczy, która tak naprawdę dotyczy wszystkich: każdy człowiek musi sobie w pewnym momencie swojego życia zbudować poczucie własnej wartości. Każdy z nas musi się zmierzyć z samym sobą. Ja to miałem bardziej utrudnione, bo moim problemem nie był pryszcz na nosie, ale brak nogi i ręki.

Ale jednak bardzo szybko znalazłeś dziewczynę. Pierwsza dziewczyna przyszła na Twoje spotkanie autorskie. Jak to się stało?

Jasiek: W tych sprawach chodzi o relację. Od jakiegoś czasu idę mocno w stronę fotografii portretowej. Dobry portret to relacja – fotografa z osobą fotografowaną. Wiem, że nie da się zrobić dobrego zdjęcia kobiecie, która czuje się brzydka. Bo jak kobieta czuje się brzydka, to ma minus 20 do ładnego wyglądu. Ja po prostu czułem się pewnie w tych relacjach i moje kalectwo przestawało mieć znaczenie.

Ale to się nie stało tak szybko?

Jasiek: Pamiętam, jak kiedyś jakaś dziewczyna mi powiedziała na rehabilitacji, że mam ładne piegi. A one były moim słabym punktem. Myślałem, że się ze mnie nabija. I wtedy dopiero zrozumiałem, że piegi mogą się komuś podobać. (śmiech) Kiedyś zawsze cho-dziłem w długich koszulach. Teraz też mam długą koszulę, ale chodzę czasem w T-shircie. Jak ktoś chce się pogapić na moją rękę, to niech się gapi. Jakbym spotkał kogoś, kto ma trzy ręce, też bym się gapił, po prostu z ciekawości. (śmiech)

Czyli wygląd nie ma znaczenia.

Jasiek: Facet jest kimś, kto musi dać kobiecie oparcie psychiczne, ale czasem i fizyczne. Musi też czasem wkręcić żarówkę.

 

Ty potrafisz. Nawet na drutach robiłeś swetry dla swojej dziewczyny.

Jasiek: Tak, teraz uczę się robić na szydełku.

Maćku, czy nie czujesz się przybity tym wszystkim, co słyszysz? (śmiech)

Maciej: Jasiek ma superdar dawania kopa w tyłek i dodawania ludziom siły. Ja też jak go słucham, chcę iść do przodu.

Wasz ideał dziewczyny?

Jasiek: Po paru związkach jestem pewien, że dziewczyny z pozytywnym podejściem do życia są super. Ja potrzebuję dziewczyny uśmiechniętej.

Maciej: Ja też. Fajnie jest mieć taką szczęśliwą rodzinę. Czasami, jak ktoś pyta o marzenia, to wstyd mi się do tego przyznać, ale chciałbym mieć gdzieś na wsi dom, wielki ogród, stadninę koni, chmarę dzieciaków i wspaniałą żonę, którą bym kochał. To jest fajna opcja.

Jasiek: Kiedy słucham Maćka, to myślę, że on chce mieć takie normalne rzeczy, a nie uwielbienie. To jest bardzo ciekawe. Kiedy ja wróciłem do szkoły po tym pierwszym biegunie, po tych różnych telewizjach, wywiadach, to nagle zagadywały do mnie laski, które wcześniej w ogóle mnie nie zauważały. I niestety jest trochę tak, że przy takim życiu musimy nabywać różnych niefajnych nawyków, to znaczy uważania na ludzi.

Maciej: Też nabyłeś taką nieufność?

Jasiek: Tak, mam dystans do ludzi.

Maciej: Mnie to też czasem przeszkadza... Nawet w bliskich relacjach z ludźmi czasami utrzymuję dystans.

Cały czas myślę o cierpieniu, którego Jaśku doświadczyłeś, a jesteś taki optymistyczny. To dla mnie zagadka.

Jasiek: Powiem ci taką anegdotkę: za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Malborka, do domu rodzinnego, to mama zabiera mnie na podwórko i jest przegląd całego zielnika, każdego krzaczka. To jest trochę nudne, ale wiem, że muszę jej potowarzyszyć. Któregoś razu, kiedy przyjechałem, jakieś dwa lata temu, mama opowiada, a ja – szczerze mówiąc – nie słucham jej zbyt uważnie, bo nie odróżniam marchewki od rzodkiewki. Mama tak gada, gada, a ja na nią patrzę i myślę sobie: „Jakie to jest niesamowite, że kobieta, która straciła jednego syna, który utopił się na jej oczach, prawie straciła drugiego, straciła dom w pożarze, przeszła tak wiele ciężkich rzeczy, tyle cierpienia, że do teraz mogłaby siedzieć i się nad sobą użalać, nienawidzić Boga, wszystkiego, teraz stoi i cieszy się tym, że jej rzodkiewka rośnie”. To jest dla mnie niesamowite, to jest megacud! I właśnie to, że mam wokół siebie takie wzorce, sprawia, że nie czuję się człowiekiem cierpiącym.

Pytanie: co Cię ratowało? Wiara nie była dla Ciebie ratunkiem?

Jasiek: Wiara jest dla mnie bardzo ważna, jest rozwiązaniem na takie bezsensowne rzeczy, ale często po prostu jakoś się buntuję. Wiele razy śmialiśmy się z moją dziewczyną, że jesteśmy sami sobie bogami, bo nie znosimy żadnych systemów. Anarchiści. (śmiech) Ale są rzeczy nierozwiązywalne, niepojęte, nie do ogarnięcia przez ludzki umysł i przy takich rzeczach to pomaga. Przeczytałem kiedyś, że nawet jeżeli Bóg nie istnieje, to ten, kto go wymyślił, był geniuszem. Wiara jest rozwiązaniem wielu rzeczy. Gdyby nie było Boga, nieba, to cierpienie nie miałoby sensu. Mój braciszek umarłby bez sensu, ja bez sensu straciłbym rękę i nogę.

A jak Ty na to patrzysz, Maćku?

Maciej: Zawsze czuję „tę obecność” i nie mam żadnych wątpliwości. Ale ciężko jest zachować zdrowy rozsądek w świecie, w którym funkcjonuję. I wiara czasami mnie stopuje. Historia Jaśka na pewno jest dowodem na niesamowitą siłę człowieka i na to, że zawsze można pozytywnie wyjść z każdej sytuacji. Ale dowodem na istnienie Boga raczej nie jest... A może patrząc przez pryzmat tego, ile teraz dajesz innym, właśnie jest.

Czy po tak trudnych doświadczeniach, trzeba mieć podniesiony poziom adrenaliny i dlatego musisz ciągle wyjeżdżać w te swoje podróże?

Jasiek: Kiedyś pomyślałem sobie, że jeżeli zauważę, że jedząc mandarynki, nie cieszę się tym, to będzie naprawdę słabo. To będzie znaczyło, że coś tam spieprzyłem w życiu. Ważna jest codzienność, dostrzeganie tych fajnych, ważnych rzeczy. Byłem na Kilimandżaro, na Elbrusie, ale kocham też Tatry, Sudety. To nie jest tak, że wchodzę na Rysy i mówię: „Hmm, nisko”. (śmiech)

A Tobie, Maćku, po co granie?

Maciej: Jak mówi Jasiek, to jest coś, co pcha mnie do przodu. Ale tak jak nie można cały czas podróżować, tak nie można cały czas grać. Jeśli jesz codziennie swoje ulubione lody, to w końcu ci się znudzą. Mam też parę innych rzeczy, które mnie napędzają. Na przykład lubię robić sobie muzykę na komputerze. Nigdy nikomu tego nie puszczam, ale wydaje mi się, że każdy powinien mieć zajęcia, które pchają go do przodu.

Co Was jeszcze nakręca? Co Waszym zdaniem trzeba jeszcze załatwić, o co warto walczyć?

Jasiek: Myślę, że trzeba walczyć o prawdziwe wartości, pilnować słowa „wartość”. Bo żyjemy w tak wariackich czasach, że liczy się tylko to, żeby dobrze wyglądać, mieć kasę, zaliczać laski. Wolność potrafi być bardzo przytłaczająca z tym ogromem wyborów. Żyjemy w czasach, kiedy możesz zrobić wszystko: wyjechać, zwiedzić cały świat, być z tą dziewczyną albo z inną... A po co w ogóle wybierać? Po co brać ślub, wiązać się? Może trzeba zostawić sobie furtkę? Jak powiedział Maciek, żyjemy w czasach, w których czasem wstyd się przyznać, że marzymy o prostych rzeczach. Być może Maciek wcale nie marzy o tym, żeby grać gdzieś na Broadwayu czy przespać się z Alicią Keys. (śmiech)

Maciej: To akurat dość czuły punkt... (śmiech)

Jasiek: Uważam, że odwagą nie jest jeździć po świecie i zwiedzać różne nowe miejsca. Odwagą jest być w jednym miejscu i to miejsce doceniać. Odwagą nie jest zaliczyć 150 lasek, ale mieć przy sobie jedną kobietę, która jest piękna i cudowna, choć czasem doprowadza cię też do szału, bo cię zna i wytknie ci twoje wady.

Maciej: Ty naprawdę masz misję. (śmiech) Mówisz bardzo przekonująco.

Wasze wady?

Maciej: Jestem bałaganiarz. Na doda-tek leń straszny. I szybko się zniechęcam.

Jasiek: Ja zaczynam tysiąc rzeczy jednocześnie i nigdy niczego nie kończę. Powinienem mieć siedem rąk, żeby zrobić to wszystko. (śmiech)

Jak się zdobyło bieguny, Kilimandżaro albo jak Ty, Maćku, zagrało świetną rolę w filmie „Mój biegun”, to czego jeszcze można chcieć?

Maciej: Wszystkiego. To dążenie do celów jest najfajniejsze, a nie ich osiąganie. Moim wyzwaniem na pewno jest matura. Nie można się skompromitować. Trzeba udowodnić mamie, że nie miała racji, powtarzając mi, że nie zdam. (śmiech)

Jasiek:Ja planuję na początku listopada wyjazd na ponad pół roku do Azji. Kiedy ludzie słyszą o tym, mówią: „No, Jasiek Mela nigdy nie przestanie podróżować”. A jest dokładnie odwrotnie – mam zamiar zrobić, być może, ostatnią tak dużą podróż. Po to, by w samotności odkryć siebie.

Maciej:Ja w te wakacje też miałem taki samotny motyw. I rzeczywiście, kiedy jesteś zupełnie sam, dowiadujesz się o sobie bardzo wielu rzeczy. Myślę, że taka dłuższa podróż, jaka marzy się Jaśkowi, marzy się też mnie.

Jasiek: To brzmi napuszenie. Moim marzeniem jest iść dzisiaj z Maćkiem na browara. A może nawet trzy.

Maciej: Właśnie. Na razie to nasz wielki plan. (śmiech)