Kto bardziej Pana prześladuje: chłop Józek z filmu Władysława Pasikowskiego „Pokłosie” nawiązującego do pogromu Żydów w Jedwabnem czy Henryk Kondolewicz, konfident i zdrajca, na którego wydano wyrok śmierci z „Obławy” Marcina Krzyształowicza?

Niezależnie od efektów, niezależnie od tego, jak widzowie ocenią i porównają oba te filmy, dla mnie historia z Józkiem to była przygoda, która trwała całe lata i jest przygodą serca. Bo po pierwsze...

...inteligent Maciej Stuhr ma słabość do chłopów.

Nie, nie, nie... Po pierwsze, uważam się za przyjaciela Władysława P. Z nim nakręciłem 25 odcinków serialu „Glina”, spędzając przeuroczo rok na planie. Wtedy właśnie poznałem scenariusz „Pokłosia”, który czekał w kolejce na decyzję, czy będzie z tego nakręcony film, czy nie będzie. I zachwyciłem się tą historią. Uważam, że był to jeden z najlepszych scenariuszy, jakie w życiu czytałem. Oczywiście w ogóle nie było nawet takiego tematu, że ja miałbym w tym grać. Pod uwagę brani byli zupełnie inni aktorzy.

Ponieważ było to siedem lat temu...

...i ja wtedy nadawałem się najwyżej do roli ministranta na plebanii. Więc jestem chyba jedynym beneficjentem sytuacji, że film nie mógł powstać, bo zdążyłem się aż tak potwornie zestarzeć przez te lata, że Władysław postanowił zaangażować mnie do roli jednego z braci.

Co było największym problemem?

Oczywiście „uchłopowacenie” Macieja Stuhra. W każdym razie zrobiłem, co w mojej mocy, czyli naprawdę nauczyłem się wiązać te snopki. Na iPhonie miałem filmik instruktażowy nakręcony z pomocą sympatycznego gospodarza. Puszczałem go sobie w domu w kółko i ćwiczyłem na ręcznikach. Poza tym z kolegą Czopem, który grał mojego brata Franka, przyłożyliśmy się bardzo i byliśmy nawet na kilku... dożynkach?

Żniwach.

Żniwach. No, w każdym razie poszliśmy w pole, do roboty, bo nie dało rady inaczej. Potem razem z charakteryzatorką Lilką Gałązką musieliśmy jednak cokolwiek wymyślić, żeby choć trochę zszargać...

...to Pana inteligenckie lico?

Jest w tym filmie scena bójki. Jak pani doskonale wie, bo niejednokrotnie już o tym rozmawialiśmy, zawsze byłem specjalistą od dostawania ciosów. W tej dziedzinie mam bardzo małą konkurencję w kraju. Panowie kaskaderzy zawsze mówią: „Nie, nie, Maciek, tego to nie musimy ćwiczyć”. Natomiast tym razem walka wymyślona przez przyjaciół kaskaderów zakładała również wymierzenie ciosu. No i okazało się, że tę scenę musiałem poćwiczyć bardzo. „Ołłł – jęczeli.  – Nie, nie, nie! Maciek, to z biodra trzeba!”. Bo musi pani wiedzieć, że najpierw rusza biodro, a za nim bark. „Nie, nie, tylko nie tak! Popatrz...”. No i, proszę pani, na tyle intensywny był ten trening, że raczyłem sobie rozwalić łokieć. A służył mi on do różnych rzeczy, między innymi do gry w tenisa. Od tamtej pory, czyli od roku mniej więcej, moja gra bardzo na tym ucierpiała, bo do dzisiaj mam ponadrywane jakieś tam coś. Ale za to umiem wyprowadzić cios.

No i wspaniale. Przyda się Panu taka praktyczna wiedza wieczorową porą.

Obawiam się, że jakbym wyprowadził ten cios w czasie prawdziwej bójki, to zgodnie z tym, czego się nauczyłem, wyprowadziłbym, owszem, wspaniały cios, ale dwa milimetry od nosa przeciwnika. Bo tak to w filmie należy zrobić!

Rozumiem, że Józek jest Panu bliższy duchowo i emocjonalnie.

Zna mnie pani na tyle, że wie, jak daleki jestem od mistycyzmu, który się przypisuje do tego zawodu, często niesłusznie. Natomiast uważam, nie odejmując niczego „Obławie”, która jest jednym z lepszych filmów, jakie w życiu zrobiłem...

Jednym z najlepszych, pozwolę sobie wtrącić moje zdanie.

Uważam, że ważniejszym powodem do nakręcenia filmu była historia „Pokłosia”. W tym sensie jestem orę-downikiem tego filmu. Nie tylko jako wykonawca jednej z ról, ale też jako przyjaciel Władysława P. I może trochę jako współtwórca filmu, ktoś, kto bardzo głęboko w tym wszystkim siedział i uważał, że ten film po prostu trzeba zrobić. Tak jak musiała powstać książka „Sąsiedzi” Tomasza Grossa, tak trzeba było zrobić film „Pokłosie”. Z różnych powodów nikt się do tego tematu nie brał przez te wszystkie lata i to nie były dobre powody mimo wszystko. Na szczęście nadszedł na to czas. I dobrze, że za naszych czasów.

„Ja myślę – mówi w pewnym momencie Józek – że są rzeczy bardziej nie w porządku niż inne. I nie można ich tak zostawić”.

Jak przechodzisz obok pijaka leżącego na ulicy, myślisz: „O, pijak”. Jak mijasz dziecko, już tak nie myślisz. Dlatego mój bohater poczuł, że musi zrobić coś z tym fantem, który wyszedł na światło dzienne po tylu latach. Czy to był głos sumienia? Nie wiem. Myślę, że on sam sobie tego do końca nie uświadamiał. Po prostu poczuł, że tak należy zrobić, że nagrobki pochodzące z żydowskiego cmentarza nie mogą leżeć w błocie, na drodze, żeby mieszkańcom okolicznych wiosek lepiej się jechało. Więc wykopał je i ustawił na odziedziczonym po ojcu polu, bo innego miejsca nie znalazł. Niestety był w zdecydowanej mniejszości mieszkańców tej akurat konkretnej miejscowości.

A co z konfidentem Kondolewiczem z „Obławy”? Rozumiem, że on nie jest Panu tak bliski jak Józek z „Pokłosia”?

 

To było profesjonalne zadanie do wykonania. Też trudny temat, ale jak się kręci, to się o tym nie myśli. Jest wręcz przeciwnie – im cięższy temat, tym częściej żartuje się na planie, żeby odreagować. Rozmawialiśmy o tym przy okazji filmu „33 sceny z życia” Gośki Szumowskiej, filmu o chorobie, umieraniu. Ale to, że film jest ciężki, nie znaczy, że powstaje w jękach i bólach.

Nie miałam takiego poczucia. Uważam, że „Obława” jest fantastycznie zrobiona i rewelacyjnie zagrana.

Zagrać tego Kondolewicza było mi bardzo łatwo, a to dlatego, proszę pani, że przez kilkanaście lat zagrałem 45 miłych chłopców, mniej lub bardziej, ale mimo wszystko. I to się gdzieś tam kotłowało, przygotowywało – bym po-wiedział. Nawet jak jechałem samochodem i ktoś mi zajechał drogę, tak sobie myślałem: „A gdyby coś takiego przyszło mi zagrać?!...”, i dalej nurzać się w ćwiczeniach (śmiech) Wiedziałem, jak zagrać Kondolewicza, zanim w ogóle przeczytałem ten scenariusz i dowiedziałem się, że ktoś taki istnieje. Po prostu czekałem na taką rolę. Wiedziałem, że mam trochę środków wyrazu, których nigdzie nigdy nie użyłem, przynajmniej w kinie. To było jak... ambrozja?

Może rarytas? Już ktoś Panu powiedział, że w „Obławie” jest Pan bardzo podobny do ojca?

Ja jestem w ogóle podobny do ojca. A jak trochę przytyję i uczeszę włosy z przedziałkiem, to podobieństwo wzrasta geometrycznie. Zresztą ta rola, którą zagrałem w „Obławie”, wykorzystuje pewien typ bohatera, którego mój tato dość często grywał, więc stąd te skojarzenia. No ale co mam zrobić? Cieszyć się czy martwić?

Nie wiem. Może najprościej nie myśleć o tym?

Nie myślę. Aczkolwiek na planie parę osób mi mówiło, że czasami, w ułamkach sekundy, zastanawiali się, kto tak naprawdę tam stoi: Jerzy czy Maciej?

Do tej roli sporo Pan przytył. Zniknęła Pana wypielęgnowana muskulatura z „Pokłosia”.

Ja w ogóle jestem trochę typem sportowym...

Tak? Od kiedy?

Od zawsze. Bez sportu nie daję rady. Robię, ile się da, oczywiście w ramach moich możliwości. Ale na przyszły rok mam już plan. Na literkę T.

Taniec!

Triathlon.

To jakaś epidemia! Ostatnio Pana kolega po fachu Piotr Adamczyk na swoje 40. urodziny zrobił sobie taki prezent na T. Jak triathlon. Potem przyjaciel Tomek Karolak znosił go z trasy, a karetka wiozła do szpitala.

Polska Pieta – Karolak znoszący Adamczyka. (śmiech) Ale bez sportu nie da rady. Lubię wyczyny sportowe. Już jakiś czas szukałem, zastanawiałem się: co by tu wyczynić, może do maratonu się przygotować? Na szczęście telefon sam zadzwonił i głos powiedział, że nie maraton, tylko triathlon. Pomyślałem, że może na to czekałem? Ale zanim pojawił się ten triathlon, była rola w „Obławie” i reżyser Krzyształowicz zażyczył sobie, żeby moja postać była taka trochę utuczona. Efekt? Osiem kilo do przodu w cztery miesiące.

Zuch. Jak Pan to zrobił?

Piłem sobie winko, jadłem świeżą bułeczkę z masełkiem, z serkiem i jeszcze z szynką. Przez pierwszy tydzień było cudownie, potem czułem się...

...jak gęś tuczona na foie gras?

Miałem wrażenie, że ta rurka wchodzi mi do gardła. Po dwóch miesiącach czułem się jak napompowany. No i zrzucić już nie jest tak łatwo jak przytyć. A tak à propos – wie pani, jaką miałem najtrudniejszą w życiu scenę do wykonania?

Tę w łazience, jak Heniek Kondolewicz sam sobie... no wie Pan, ta scena z seksem?

No, nieee... To sama przyjemność. Lata ćwiczeń przecież. (śmiech) Otóż ja, może jeszcze nie stary, ale starzejący się wyga aktorski, ani nie doczytałem się tego niebezpieczeństwa w linijkach scenariusza, ani go nie wyczułem, jadąc na plan. Scena pozornie jest bardzo prosta na papierze: Kondolewicz przywiązany do klatki zrywa się i zaczyna biec, walcząc o swoje życie, a goni go kapral Wydra (Marcin Dorociński – przyp. red.). Proszę pani, dnia poprzedzającego to wydarzenie razem z kolegą Dorocińskim wypiliśmy niezliczone ilości... herbaty.

Chyba po góralsku, zaprawianej spirytusem?

Hm, sądząc po efektach... (śmiech) W każdym razie nazajutrz trzeba było udać się na plan. No i powiem tak: w tym Rytrze, gdzie kręciliśmy „Obławę”, było jak w Himalajach: dowiozą cię, dokąd się da, potem przesiadka na osiołka, muła czy jaka, a jak już i osioł nie daje rady, to suniesz na własnych nogach. No więc zatrzymują się te samochody, panowie mówią: „Obóz jest tam, niedaleko, jakieś 300 metrów w górę”. I te 300 metrów ekipa filmowców pokonywała w tempie różnym: rekordziści w 45 minut, a ostatni przyszli pod koniec zdjęć, robiąc co trzy kroki przerwy z powodu stromizny wspaniałych gór otaczających miasteczko Rytro. Ale to był dopiero obóz drugi. Z tego obozu trzeba było przejść dalej w górę, gdzie w ogóle nie da się chodzić, nie mówiąc już o bieganiu z zawiązanymi rękami, walcząc o życie. A dodam jeszcze, że gonił mnie przyszły triathlonista, który był właśnie w trakcie intensywnych treningów. I dla niego ta przebieżka była czymś zupełnie innym niż dla mnie.

Widocznie niektórym przyszłym triathlonistom herbatka po góralsku służy, innym nie.

 

No można chyba wysnuć takie wnioski. W każdym razie panowie kaskaderzy ustawili nas tam wysoko i jeden mówi: „To ja wam pokażę, jak biec”. Przeraziłem się, kiedy zobaczyłem, gdzie ten kaskader znika. W końcu związano mi ręce, włożono półbuty ze skóry, ciężki szynel i akcja. Po pierwszych 10 krokach pomyślałem, że to się nie dzieje naprawdę. Po następnych 10 wiedziałem, że to już dzieje się naprawdę. Po 30 poczułem krew w przełyku, a po 40 żałowałem, że zostałem aktorem. Powiem tylko, że ten dubel był powtarzany siedmiokrotnie i było to pierwsze z 10 ujęć tej gonitwy.

Schudł Pan pewnie tego dnia znacząco.

Dwa miesiące przygotowań poszły z dymem w jednej scenie. Masakra.

Czuje Pan na karku oddech młodszych kolegów aktorów?

Nie. Patrzę na chłopaków z „Jesteś Bogiem” naprawdę z wielką satysfakcją i trzymam kciuki. Tak samo jak na ekipę „Sali samobójców”. Fajnie, że mają świetne filmy, swój sukces, że ludzie na to chodzą do kina i chcą oglądać. Wiem, że ja już nie będę ścigał się z nimi na role. Natomiast rodzi się pytanie: w którym miejscu jestem i co dalej? Spotykamy się w bardzo dla mnie ważnym momencie, bo oba filmy, o których rozmawiamy, to jest takie pokazanie mojej widowni, do czego ja przez te wszystkie lata dążyłem. Do jakiego repertuaru, do jakich ról. Chciałem robić takie filmy jak „Pokłosie” i „Obława”. Czuję się tej jesieni filmowej bardzo spełniony.

Upływający czas, zbliżająca się czterdziestka – nie wypominam Panu, broń Boże – sprawiają, że z niepokojem spogląda Pan w lustro? Czy może są to lęki zarezerwowane wyłącznie dla koleżanek aktorek?

Raczej jestem zadowolony z tych zmian. Poza epizodem z rolą Heńka w „Obławie” staram się trzymać fason i nie zmieniać się jakoś drastycznie i dramatycznie. Więc okresy bycia sybarytą przeplatają się z chwilami ascezy, bo w tym zawodzie też trzeba czasem „dowyglądać”, jak mówi stare powiedzenie.

Wklepuje Pan czasem jakieś kremy?

W zasadzie woda i mydło są moimi największymi przyjaciółmi, czasem w podstawowej dawce coś dorzucam. Natomiast raz, przez przypadek, znalazłem się w centrum spa, nie wiedząc, co ja tam w ogóle mogę robić. Pakiet dla panów – podpowiedziała jakaś pani, no i wpako-wałem się w ten pakiet. Na początek poszedłem na ukamienowanie. Myślałem, że to będzie niezbyt fajne, a okazało się bardzo przyjemne. Później masaż, a po nim przez półtorej godziny lanie na czoło jakiegoś oleju. I tu już nie bardzo rozumiałem, dlaczego to się dzieje.

A efekt?

Efekt był chyba taki, że mam teraz dużo więcej oleju w głowie. Na koniec zaserwowano mi jeszcze zabieg na twarz, regeneracyjno-odmładzający. „Będzie pan zachwycony” – pani nie miała wątpliwości. Nazajutrz tak mnie obsypały pryszcze, że nie mogłem ich zliczyć. Tydzień to trwało! Moja twarz była w szoku.

Kapral Wydra pyta w pewnym momencie Heńka: „Taki twardy jesteś?”. Pański Heniek na to: „Wręcz przeciwnie. Taki jestem miękki jak sflaczały wał”.

Straszną miałem ochotę powiedzieć: „mientki”, ale jakoś nie zawalczyłem o to u reżysera. No więc nie chcę siedzieć i czuć się jak mój bohater – sflaczały wał. Ale to, że pojawiają się zmarszczki, że mam głębsze zakola, że wyglądam poważniej, nie martwi mnie. Choćby z jednego błahego powodu – jakież to nowe role dzięki temu mogę zagrać!