Sprawdź co wiesz o Maćku Zakościelnym. Rozwiąż quiz!

GALA: Pan jest przekorny?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Nie sądzę . Może czasami... Jak każdy. Są dni, kiedy chce mi się być przekornym, są też takie, kiedy jestem całkiem łagodny.

GALA: Aż takie skoki?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: To nie o to chodzi. Codziennie z różnych stron atakują nas inne bodźce, na które reagujemy. Można oczywiście próbować opanować własne emocje, przyglądać się im i nie pozwalać, aby nami powodowały, ale czasami zwyczajnie im ulegamy . Jestem różny jak każdy z nas. Dzisiaj mogę być więc przekorny, bo coś mnie do tego sprowokowało, ale to nie oznacza, że jestem taki zawsze. Nie zastanawiam się, jaki mam dzisiaj być. Chcę być tu i teraz. Korzystać z tego, gdzie jestem, z kim rozmawiam i co właśnie robię.

GALA: Ale już mówiąc to wszystko teraz, pokazał Pan swoją przekorę.

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Dlaczego?

GALA: Bo na ogół ludzie lubią się jednak określać. Idzie Pan więc pod prąd i jest to przekora, czy Pan tego chce, czy nie.

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Przekora to nie plan, żadne celowe działanie. Pojawia się i znika, tak jak złość czy smutek. Wszystko z czegoś wynika. No i nie chcę zbyt dużo o tym mówić.

GALA: Bo jest Pan taki okropny?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Mówienie o sobie jest określaniem siebie, a ja nie chcę się określać, bo jestem aktorem.

GALA: Teraz też jest Pan aktorem?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Nie, aktorstwo to nie sposób życia, ale zawód. Wyraźnie rozgraniczam moment, kiedy jestem na scenie czy przed kamerą, a kiedy w domu z przyjaciółmi. Wtedy nie gram żadnej roli. Dla moich bliskich jestem sobą. Inaczej nie wiedziałbym, dlaczego oni mnie lubią i czy tak na pewno jest. Od aktora wymaga się tworzenia postaci, a przy tym pewnej powtarzalności. Jako muzyk mogę pozwolić sobie na więcej swobody. Mogę być naprawdę sobą. Często udziela mi się atmosfera koncertu. Gdy stoję na scenie, śpiewam czy gram na instrumencie, nikt nie jest mnie w stanie powstrzymać. I to, że za każdym razem jest inaczej, za każdym razem słyszę inne dźwięki, inną interpretację, sprawia, że mam ogromną radość z grania koncertów. „Śpiewając jazz” to projekt, dzięki któremu mogłem to poczuć i poznać wspaniałych ludzi, takich jak Carmen Moreno, Anna Serafińska, Marianna Wróblewska, Beata Przybytek, Jan Walasek, Wojciech Kamiński i wiele innych, z którymi dobrze się rozumiem, które pokazały mi trochę inny świat.

GALA: Lubi Pan mieć autorytety.

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Tak. Jest parę osób, które są dla mnie autorytetami. Ludźmi, których cenię i których słowa głęboko zapadają w moją świadomość. Jednych się słyszy, a innych tylko słucha. Gdy byłem na drugim roku studiów, poznałem Zbyszka Dzięgiela, reżysera „Śpiewając jazz”, i ta znajomość trwa do dziś. Od kilu lat Zbyszek namawiał mnie, żebym wrócił do muzyki. Miałem co prawda cały czas kontakt ze skrzypcami, na których gram od siódmego roku życia, ale teraz wróciłem do tego na poważnie. Po kilku latach znajomości i budowania zaufania zaczęliśmy ze Zbyszkiem razem pracować. On również namówił mnie do ujawnienia moich muzycznych umiejętności nie tylko jako instrumentalisty, ale przede wszystkim wokalisty.

GALA: Co to jest wobec tego zaufanie?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: To na pewno nie jest wynik jednego spotkania. To wartość stała. Dlatego wierzę w nasze muzyczne projekty, bo są wynikiem przyjaźni, zaufania, szacunku, rzetelności i szczerego oddania ludzi, z którymi współpracujemy, bo poza Zbyszkiem jest jeszcze parę innych wspaniałych osób. I to nie jest nasz sposób na życie, tylko wynik wewnętrznych potrzeb. Każdy w tym się spełnia i realizuje swoją pasję. Nikt nikomu niczego nie narzuca. Po prostu. Jeśli człowiek odpowie sobie na pewne pytania w życiu, to wiele się wyjaśnia i można iść dalej bez tworzenia problemów.

GALA: Ale jeszcze zostały jakieś pytania, na które wciąż szuka Pan odpowiedzi?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Na pewno. Gdy spotykam na swojej drodze wielkich, mądrych ludzi, myślę sobie: „Czy ja będę kiedykolwiek mógł dotknąć tego, co oni wiedzą?”. Wierzę, że tak, bo obcując z nimi, mam szansę się uczyć, doskonalić i rozwijać. Ale wiem też, że nigdy nie mógłbym tego wszystkiego teraz robić, gdyby nie to, co robiłem do tej pory. Możliwość realizowania mojej muzycznej pasji stworzyło mi granie w filmach i w serialach. Moja popularność i widzowie spowodowali, że mogę się realizować zawodowo i za to serdecznie dziękuję.

GALA: Nie namawiam do tej przekory, ale... w Pańskich oczach widzę teraz psotę, figiel, mały szelmowski uśmieszek. Czy to złudzenie może?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Może to wynik tego, że ode mnie wymaga się więcej niż od innych. Bo mimo że całkiem niedawno debiutowałem w roli wokalisty, nie będąc anonimowym artystą, nie postrzegało się mnie jako debiutanta. Miałem poczucie, że wymaga się ode mnie dużo więcej niż od tych, którzy dopiero zaczynają. Mam więc nadzieję, że wkrótce będę mógł wychodzić na scenę i nie myśleć o tym, że jestem oceniany jako popularny aktor, ale człowiek, który ma coś do powiedzenia w muzyce.

 

GALA: To się może, proszę Pana, po prostu nazywa dojrzewaniem?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Nie wiem, może. Mam dopiero 30 lat. Lubię się śmiać, bawić się, podróżować. Wziąłem wszystko w swoje ręce i jestem szczęśliwy. Mam w końcu czas dla siebie. Myślę, że nic dobrego nie rodzi się w człowieku podczas dwóch prób czy dwóch dni. Wszystko potrzebuje czasu, musi dojrzeć. Dlatego tak ważny jest proces twórczy i poznawanie ciekawych ludzi. Bo np. Marianna Wróblewska, którą poznałem dwa lata temu i z którą od pewnego czasu spotykam się w pracy, jest nie tylko świetną wokalistką i legendą polskiego jazzu, ale też dobrą koleżanką, z którą przy całym szumie, jaki wokół siebie tworzy, można spokojnie sobie pogadać jak facet z kobietą, np. poprosić o radę: co lubią kobiety?

GALA: Co?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Proponuję przyjść na nasz koncert, żeby posłuchać, zobaczyć i zrozumieć, co Marianna Wróblewska ma do powiedzenia o kobietach i nie tylko. To bardzo oryginalna osobowość.

GALA: Czy ma Pan poczucie, że wśród tych ludzi znalazł Pan sobie nową rodzinę?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Myślę, że tylko rodzinne sytuacje, zachowania, zjawiska mają szansę na sukces, bo wtedy jest chęć i bezinteresowność. Mam świetnych przyjaciół i myślę, że tak właśnie człowiek powinien organizować swój świat. Wśród swoich. Jestem szczęściarzem, bo mam na kogo liczyć.

GALA: Dużo jest takich ludzi?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Ostatnio miałem problem, zapraszając ich na moje urodziny. Było za ciasno (śmiech). Takich prawdziwych przyjaciół mam kilku i nieczęsto mówię: „to mój przyjaciel”. Bardzo rozgraniczam przyjaźń, koleżeństwo i znajomość.

GALA: A nie było tak od zawsze? Pamiętam, gdy powiedział Pan kiedyś o swoim dzieciństwie: „Świat, w którym się wtedy poruszałem, był tylko mój, to ja decydowałem, kogo do niego zaprosić i jakich smaków kosztować”.

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Znów do tego wracam. I jestem szczęśliwy. Mam większy luz. Nie jestem już aż taki serio, mam większy spokój w sobie. Może dlatego, że przekroczyłem trzydziestkę? (śmiech). Myślę, że to również dzięki muzyce. Robię swoje projekty i czytam scenariusze, czekając na najciekawszy. Dlatego nie mam poczucia bezczynności.

GALA: Mimo to, a może dlatego, sprawia Pan wrażenie osoby dużo bardziej pogodzonej ze sobą, spokojniejszej. Chyba się nie mylę?

MACIEJ ZAKOŚCIELNY: Mam ten komfort, że nie muszę grać tam, gdzie nie chcę. Śpiewam, gram w teatrze, robię, co lubię. Niedawno „Czas honoru” na prestiżowym międzynarodowym festiwalu New York Festivals dostał srebrny medal. I była to naprawdę duża satysfakcja. Utwierdziło mnie to w przekonaniu – róbmy filmy o tematyce, która nas dotyczy, bo zawsze wtedy będziemy prawdziwi. Nikt na świecie nie zagra Polaków tak jak my sami, bo jesteśmy z tej samej krwi, wyrośliśmy w tym, mieliśmy dziadków, którzy walczyli podczas drugiej wojny światowej. Jest to więc coś więcej niż tylko stworzenie postaci, niż zagranie i wypowiedzenie pewnych słów. I o to właśnie chodzi.