GALA: Jak Ci smakował mijający rok?

MAGDA GESSLER: Słodko i cierpko. Jak czeremcha lub pigwa – dorodna, pełna bogatego aromatu, ale i pestek, na które trzeba było uważać. W tym roku wiele się działo i musiałam się nieźle napracować, żeby wszystko pogodzić, zlepić i odpowiednio ułożyć. Było trudno, ale uważam, że dałam sobie radę. Ten rok smakował też… miłością.

GALA: A jak smakuje miłość?

MAGDA GESSLER: Miłość przede wszystkim ma zapach i chyba od niego wszystko się zaczyna. Ja zakochuję się w ludziach poprzez zapachy, które są moim pierwszym kontaktem z człowiekiem, czasem zupełnie nieświadomym. Dlatego taniec w parach z nie swoim partnerem jest taki niebezpieczny. Zawsze istnieje ryzyko zakochania się w zapachu kogoś innego niż nasz partner. Przynajmniej dla mnie. Kiedy studiowałam na Akademii Sztuk Pięknych w Madrycie, miałam narzeczonego z Andaluzji, z Huelva, który był Cyganem – notabene dużo przystojniejszym niż Banderas i wszyscy razem wzięci. Pewnego razu na prywatce ktoś poprosił mnie do tańca, ale mój Rodolfo oznajmił mi, że nie mogę tańczyć z obcymi mężczyznami. Zbuntowałam się, bo wydawało mi się, że to ja decyduję, z kim pójdę tańczyć. Ale usłyszałam: „Jesteś moją kobietą, więc tańczysz tylko ze mną”. Wtedy myślałam, że zwariował, dziś doskonale go rozumiem. Czasem wystarczy bliskość innego zapachu, niewinne przytulenie, spojrzenie, żeby stało się coś nieoczekiwanego.

GALA: Czym pachną Polacy?

MAGDA GESSLER: Nie pachną albo pachną jak komputery, bo wybierają tylko najmodniejsze perfumy, zapominając o tym co klasyczne i eleganckie. Nie szukają swojego prawdziwego zapachu. Niektórzy pachną i okazuje się, że jesteśmy pokrewnymi duszami. Dla mnie facet, który nie ma zapachu, po prostu nie istnieje.

GALA: Jak pachną ci, których kochasz?

MAGDA GESSLER: Najpiękniej na świecie pachnie moja córka Lara – mydłem, czystością i niewinnością. Mój mąż pachnie wspaniale. I mój ojciec również. Kiedy odkryłam, że mój pierwszy narzeczony używał tej samej wody co ojciec, zrozumiałam swoją słabość do niego. Pewnie Freud miałby w tej kwestii dużo do powiedzenia. Mama pachniała kobiecym czarem, odrobiną dobrego koniaku, a we włosach nutą dymu z dobrego cygara. Wyglądała jak Marilyn Monroe, zawsze miała na sobie coś kaszmirowego i podzwaniała złotymi bransoletkami. Jej perfumy Madame Rochas i miękkość kaszmiru zawsze dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Kiedy miałam na sobie coś pożyczonego od niej, czułam się chroniona jej zapachem.

GALA: Wróćmy do zapachu Twojego mężczyzny. A więc jak on pachnie?

MAGDA GESSLER: Nieprawdopodobnie! Waldek pachnie jak kowboj.

GALA: Czyli?

MAGDA GESSLER: Nie mogę powiedzieć (śmiech). Pachnie piżmem, skórą i wodą kolońską.

GALA: Czujesz ten zapach, nawet jeśli nie ma go w pobliżu?

MAGDA GESSLER: Tak, czuję go zawsze. Mam pamięć zapachową. Nie muszę mieć jego apaszek czy szalików, ale chodzę w jego piżamach. Przez cały czas, kiedy go nie ma, śpię w jego piżamie.

GALA: Waldek mieszka w Kanadzie, więc chyba często nosisz jego piżamy.

MAGDA GESSLER: Jesteśmy razem przez 10 dni każdego miesiąca. I to są takie dni, jakbyśmy byli na pierwszej randce.

GALA: Wystarcza Ci to?

MAGDA GESSLER: Na razie musi. Nie chcę też, żeby nasze spotkania zabiła codzienność, nie chcę, żeby było nudno, bez emocji i bez żaru. Chcę czegoś romantycznego, wyjątkowego, możliwości odkrywania się wciąż na nowo, myślenia i marzenia o sobie. Codzienność często wykańcza uczucia, żeby nie wiem co robić i jak się starać.

GALA: A czy codzienność nie może być piękna i romantyczna?

MAGDA GESSLER: Oczywiście. Kiedy jestem w Kanadzie, uwielbiam naszą codzienność. W Toronto jesteśmy tylko ja i on, bo w moim domu zwyczajna codzienność w ogóle się nie zdarza. Jestem otoczona całą masą różnych cudownych ludzi, którzy są dla mnie niezwykle ważni.

GALA: A jak wygląda Wasz dzień?

MAGDA GESSLER: Codziennie jemy cudowne śniadania. Waldek robi mi jajka na miękko, obiera ananasa, robi grzanki, bajgle, podaje czerwony kawior i najlepszego łososia z Alaski. I po prostu nie mogę oprzeć się ani jemu, ani takiemu śniadaniu. Moja mama nauczyła mnie, że śniadanie należy do mężczyzny. To mężczyzna pierwszy wstaje – kobieta powinna się wyspać. Rano karmią mnie mężczyźni, a ja ich wieczorem.

GALA: Więc jecie śniadanie w łóżku?

MAGDA GESSLER: Nie, w kuchni (śmiech). Waldek ma piękną kuchnię z gigantycznym oknem, z którego widzimy nasz las. Takie poranki doprowadzają mnie do całkowitego obłędu. Siadamy przy stole, ja mam na sobie jego szafirową piżamę, a on szlafrok. Jest nieogolony, ale uśmiecha się najpiękniej na świecie, podaje mi kawę i bajgle z żydowskiej piekarni albo grzanki z chałki z moim ulubionym dżemem z guajawy.

GALA: Nie przesadzasz? Zawsze jak ktoś jest zakochany, to trochę koloryzuje…

MAGDA GESSLER: O nie! Mówię prawdę! To są najpiękniejsze momenty wspólnego bycia dwojga zakochanych ludzi. Celebrujemy każdą minutę, każdą sekundę i staramy się, żeby była wyjątkowa, bo wiemy, że po chwili mija. Trzeba łapać szczęśliwe chwile, zapamiętywać je, kolekcjonować.

GALA: Co robisz, kiedy jesteś w Kanadzie, a Waldek pracuje?

 

MAGDA GESSLER: Maluję, piszę, czytam, chodzę na spacery, myślę, robię pranie i… prasuję jego koszule. Naprawdę robię to świetnie! Jestem pewna, że wygrałabym światowy konkurs prasowania koszul (śmiech). Nauczył mnie tego mój ojciec, kiedy mieszkaliśmy w Madrycie i codziennie zmieniał koszule po kilka razy. I to były popelinowe koszule, a nie jakieś tam niegniotące się bawełny „z domieszką”. Byłam wtedy na ASP i gdy wracałam do domu, musiałam wyprowadzić psa, pozmywać naczynia, które zalegały w kuchni po sufit (bo mama uwielbiała gotować, ale niestety nie cierpiała zmywać) i brałam się za prasowanie koszul. Moje ręce do dziś są zmęczone, bo ja wciąż prasowałam albo zmywałam.

GALA: A kiedy jesteś z Waldkiem w Warszawie?

MAGDA GESSLER: Uciekamy! Ukrywamy się w sypialni na moim poddaszu. Kiedy Waldek przyjeżdża do Polski, chce, żeby sypialnia była tylko jego – nie lubi kiedy wchodzi tam ktoś obcy, nawet jeśli jest to moja bliska przyjaciółka. Uważa, że to teren zarezerwowany dla niego na zawsze. I w tej kwestii całkowicie mu ulegam: z miłości. To ostatni prawdziwy mężczyzna na świecie.

GALA: Jakiemu jeszcze mężczyźnie bez wahania ulegniesz z miłości?

MAGDA GESSLER: Mojemu synowi Tadeuszowi.

GALA: Kiedy spotkaliśmy się ostatnio w Twojej restauracji U Fukiera, Tadeusz przyniósł Ci w plastikowym pojemniku obiad. Bardzo się wzruszyłaś. Karmienie to najprostszy sposób okazywania miłości.

MAGDA GESSLER: Tak, to prawda – to było dla mnie bardzo wzruszające. Dzisiaj Tadeusz przygotował dla mnie rosół z perliczek z domowym makaronem. W życiu nie jadłam czegoś lepszego. To było jedno z piękniejszych wyznań miłosnych. Tadeusz robi to bardzo skromnie i może nawet troszkę wstydzi się tego, że taki jest, ale w ten sposób „mówi” mi o bardzo prawdziwych uczuciach. To dowód silnej miłości między dwojgiem ludzi, którzy rozumieją świat mniej więcej w taki sam sposób. Jesteśmy podobnie wrażliwi na kolor, światło, smak, zapach, przestrzeń, filozofię. Podobnie dostrzegamy kruchość wszystkiego i jednocześnie wielką radość istnienia. Tadeusz daje mnóstwo miłości ukrytej w drobnych czynach i gestach. Cieszę się, że nauczyłam moje dzieci, jak dawać. Mam tylko nadzieję, że nie będą miały problemu z tym, że nie zawsze będą otrzymywały coś w zamian.

GALA: Dlaczego?

MAGDA GESSLER: Dlatego że ci, co dają, nie powinni oczekiwać, że coś dostaną. Dajemy z własnej woli i nikt nie ma obowiązku rewanżować się.

GALA: A Ty niczego nie oczekujesz?

MAGDA GESSLER: Codziennie! Ale kiedy zrozumiałam, że moją największą radością jest dawanie, nie muszę niczego dostawać. Bardzo długo miałam z tym problem, bo dając, chciałam być akceptowana i widzieć, że świat mnie docenia i lubi. Kiedy niewiele było w zamian, stwierdziłam, że będę dawać dalej. Być może coś skapnie. Jak kapie, to… łapię.

GALA: Prosisz, kiedy czegoś potrzebujesz?

MAGDA GESSLER: Nigdy, a to widać? Nie potrafię prosić.

GALA: Mijają święta i…

MAGDA GESSLER: ...i rodzinne kłótnie! To bardzo stresujące święta (śmiech).

GALA: Tak? Jak wyglądały w Twoim domu?

MAGDA GESSLER: W mojej rodzinie nie ma ciągłości, zupełnie tak jak w historii Polski. Najfantastyczniej jest, kiedy rodzina jest ta sama od lat – kiedy jest jeden tata, jedna mama, dziadek, babcia. Czasem mama i tata zmieniają się na inną mamę lub innego tatę i wtedy strasznie trudno jest wszystkim – i dzieciom, i rodzicom. I zaczyna się bardzo trudna praca, żeby pozszywać to wszystko. W takiej sytuacji potrzeba ambasadora i dyplomaty. A taką właśnie osobą w naszej rodzinie jest moja córka Lara, która to wszystko układa. Stara się nie pobudzać negatywnych emocji, tylko je wyciszać i wygładzać. Lara jest cudownym, genialnym mediatorem, nigdy nie zdradza rodzinnych sekretów, nie opowiada o tym, kto za kim nie przepada, i nie plotkuje. Nie usłyszałam od niej żadnego złego słowa na temat kogokolwiek, mimo że jej najbliższa rodzina, tzn. ja i jej ojciec, nie jest już razem. Lara jest przy tym bardzo pozytywna i sprawiedliwa. Jest tak dojrzała, że momentami czuję się przy niej jak dziecko, jak zbuntowana nastolatka.

GALA: A nie nauczyła się tego od Ciebie?

MAGDA GESSLER: Na pewno nauczyła się ode mnie miłości. Lara kolekcjonuje miłość każdego z nas: taty, wujka, brata. Ona po prostu chce, żeby wszyscy się cieszyli, nie robili sobie przykrości i problemów. Niestety widzę, że czasem sporo ją to kosztuje, choć się nie skarży. To ciężka rola i bardzo ją za to cenię.

GALA: Jest szczęśliwa, kiedy uda się wszystkich pogodzić i zebrać przy jednym stole?

MAGDA GESSLER: Jeśli się uda, bo powiem szczerze, że u nas jest kilka „państw” do pogodzenia i ambasador ma pełne ręce roboty. Każdy ma jakieś własne emocje, ambicje, potrzeby, interesy. Wczuwam się w jej rolę, bo też chciałabym, żeby...

GALA: …żeby wszyscy byli szczęśliwi?

MAGDA GESSLER: Tak. Chciałabym, żeby ludzie nie wygrywali swoich małych interesów kosztem prawdziwych uczuć, żeby Wigilia albo obiad noworoczny były fantastycznym przeżyciem. Jest to trudne, ale się udaje. To jak robienie na szydełku ogromnego obrusa na wigilijny stół. Jak gra w chińczyka – wydaje ci się, że jesteś daleko i nagle wracasz do początku.

GALA: Czy Wigilia ma dla Ciebie znaczenie duchowe?

MAGDA GESSLER: Ogromne. Wydaje mi się, że ona wszystkich onieśmiela w momencie, kiedy trzeba podzielić się opłatkiem. To istny koszmar, bo żeby złożyć komuś szczere życzenia, muszę w nie wierzyć, muszę spojrzeć tej osobie prosto w oczy i nie mieć do niej żadnego żalu. W związku z tym „czyszczę” nasze negatywne emocje. Oczywiście nie na dzień przed składaniem życzeń – staram się „czyścić” relacje na bieżąco, przez cały rok.

 

GALA: I później można wznieść kielichy i wypić toast. Kiedyś wychwalałaś w jednym z wywiadów polską czystą wódkę. Niektórzy chcą być oryginalni i pytani o ulubiony trunek, na ogół coś zmyślają. A Ty… lubisz wódkę!

MAGDA GESSLER: Uwielbiam też szampana! Ale masz rację, uważam, że Polacy za mało cenią to, co u nas najlepsze. Mamy świetną wódkę, oczywiście jeśli pijemy ją z umiarem i w towarzystwie doskonałych zakąsek. Zawsze będę bronić wódki, bo nie wyobrażam sobie śledzia bez dobrej gatunkowo, dobrze zmrożonej oleistej wódki. Lubię też nasze polskie nalewki, choć one są bardziej wielkanocne.

GALA: W programie „Kuchenne rewolucje” bronisz polskich potraw i namawiasz do wykorzystywania produktów regionalnych.

MAGDA GESSLER: Bo chcę nas rozkochać w Polsce. Większość z nas nie ma pojęcia o tym, co rośnie za płotem, a czasem są to prawdziwe skarby. Prawdopodobnie jesteśmy najczystszym ekologicznie (i niestety etnicznie) krajem Europy. Nie lubimy obcokrajowców, niewielu jest u nas ciemnoskórych emigrantów, więc czemu nie możemy być tak ortodoksyjni, jeśli chodzi o nasze jedzenie. Przez wiele lat nie mieliśmy pieniędzy na chemiczne nawozy, więc zróbmy z tego teraz nasz atut – wykorzystajmy te czyste pola pod uprawę czystej żywności. Przecież z naszym potencjałem moglibyśmy się stać ekologicznym butikiem dla całej Europy. Teraz moim celem jest znalezienie najlepszego białego sera, dobrych ziemniaków, masła, pieczywa bez spulchniaczy i chemii. Jestem na dobrej drodze. Jestem gastronomicznym Sherlokiem Holmesem. Zanim ugotujemy coś dobrego, musimy zacząć od samego początku, a więc od znalezienia dobrych i zdrowych produktów. Bo jesteśmy tym, co jemy.

GALA: Ale to wymaga znajomości tematu – trzeba wiedzieć, co jest dobre, a co niejadalne.

MAGDA GESSLER: Ależ my to wiemy! To nie jest żadna wiedza tajemna. Pamiętamy przecież, jak smakuje i pachnie prawdziwe masło! Wiesz, co robię w sklepie, gdy nikt nie widzi? To, co kiedyś babki na targu – zanim kupię masło, odwijam papierek, biorę trochę na paznokieć i sprawdzam, czy jest jadalne, czy nie. Chciałabym, żeby w supermarketach panie zaczęły promować dobre masło, dobre ziemniaki, owoce, a nie sztuczne i chemiczne jogurty albo sery, które z serem mają niewiele wspólnego. Wiem, co jest jadalne, a co nie i chętnie będę dzielić się tą wiedzą.

GALA: Chyba wolisz mówić o jedzeniu, niż jeść?

MAGDA GESSLER: Bo nieczęsto coś tak bardzo mnie zachwyca, żebym musiała to zjeść. Konfucjusz powiedział, że kto lubi dobrze zjeść, może umrzeć z głodu. Ja nigdy nie zjem czegoś, do czego nie jestem przekonana i co mi nie smakuje.

GALA: Prowadzisz swój program, masz własne restauracje, piszesz książki, felietony, malujesz, masz rodzinę i narzeczonego na drugim końcu świata, projektujesz wnętrza swoich restauracji, robisz konfitury… Jak to wszystko godzisz?

MAGDA GESSLER: Po prostu żal mi czasu. Nie wyobrażam sobie, żebym usiadła i niczego nie robiła. Wydaje mi się to takie nudne. Dziś powiedziałam sobie: „Muszę odpocząć”. Spałam sześć godzin, ale czułam się zmęczona, więc postanowiłam jeszcze się zdrzemnąć. Położyłam się, ale po 15 minutach zadzwonił telefon, znów coś musiałam zrobić, pozałatwiać, poczułam z kuchni zapach rosołu, przypomniałam sobie, że jeszcze nie zrobiłam tego i tamtego, znów wpadłam w swój wir zajęć i… poszło.

GALA: Słyszałem, że niedawno wróciłaś do domu z planu zdjęciowego o 2 w nocy, wzięłaś kąpiel, załatwiłaś bieżące sprawy i kiedy spałaś, fryzjerka robiła Ci włosy, bo o 6 musiałaś jechać do telewizji na wywiad. Ci, którzy widzą Cię w telewizji, nie wiedzą o tym wszystkim. Widzą zadbaną, pewną siebie kobietę, która wsadza nos do cudzych garów i krytykuje.

MAGDA GESSLER: Nikt nie wierzy, jak ciężko pracuję. Kiedy mówię, że czegoś nie zrobię, niektórzy myślą, że po programie odwaliło mi. A ja po prostu nie mam czasu, a czasem siły. Zdarza się, że umawiam się z masażystą na 1 w nocy, bo wcześniej nie mam wolnej chwili. I nie jest to żadna fanaberia. Powinnam zainstalować ukrytą kamerę, wtedy powstałby niezły horror. Nikt nie ma pojęcia, że codziennie czytam prawie wszystkie dzienniki, znajduję czas na książki, rozmowy o polityce z moim ojcem. A przecież jeszcze prowadzę biznes, mam rodzinę, przyjaciół, którzy też domagają się uwagi. Nie rozstaję się z telefonem i komputerem. Dzisiaj rano na przykład podyktowałam przez telefon cały felieton do jednej z gazet, bo nie miałam czasu usiąść przed komputerem i go napisać. Mówiłam tekst, a ktoś z redakcji to spisywał. Nie narzekam na to, że mam mnóstwo pracy i zajęć, bo we mnie jest wielki apetyt na życie. Ale żeby pracować na najwyższych obrotach, muszę być zakochana.

GALA: W kimś czy w czymś?

MAGDA GESSLER: I w kimś, i w czymś. W pomyśle, idei, nowym przedsięwzięciu i w ludziach. Jestem zakochana do szaleństwa w moich dzieciach i ta miłość daje mi potężne doładowanie. Bezgranicznie kocham mojego męża Waldka.

GALA: Masz patent na szczęśliwy związek?

 

MAGDA GESSLER: Tak – nie wolno zaglądać do szuflady męża. Nigdy! Nie ma sensu szukać, bo kiedy się szuka, zawsze coś się znajdzie. A kiedy zadaje się za dużo pytań, zawsze można usłyszeć odpowiedź, której nie chcemy usłyszeć. Trzeba zostawić facetowi jego własną przestrzeń i zachowywać się jak Hiszpanki, czyli codziennie udowadniać, że jesteśmy lepsze od kochanki. Żadnych wymówek, awantur, krzyków. Polki są niestety wybitne w dręczeniu swoich mężów i siebie.

GALA: Jesteś zazdrosna?

MAGDA GESSLER: Zupełnie nie, ale jeśli widzę na orbicie mojego mężczyzny jakąś kobietę, potrafię pokazać, gdzie zaczyna się i kończy moje terytorium. Oczywiście z miłym uśmiechem.

GALA: Jak odpoczywasz?

MAGDA GESSLER: Myślisz, że odpoczywam?

GALA: A jeśli umierasz ze zmęczenia?

MAGDA GESSLER: Poczuć zmęczenie to luksus! (śmiech). Nie potrafię odpoczywać, choć zdarza mi się to przy Waldku, bo mogę przy nim spać. Ja po prostu nie umiem spać sama. Ale jak się do niego przytulę, to nagle czuję się bezpiecznie i zapadam w zdrowy, głęboki sen. Czasem zaszywamy się w Kanadzie w małych hotelikach, gdzie śpimy, do której chcemy, i robimy, co chcemy. Teraz uciekamy na maleńką wyspę Roatan.

GALA: Co robisz, kiedy masz zły dzień?

MAGDA GESSLER: Robię tak, żeby stał się dobry! Natychmiast generuję dobre myśli.

GALA: A nie masz chęci czasem dla poprawienia humoru nawtykać komuś?

MAGDA GESSLER: Nigdy w życiu nie miałam takiego pomysłu. To wbrew mojej naturze.

GALA: Uważasz, że ludzie Cię lubią?

MAGDA GESSLER: Myślę, że jestem tak przerażającym ideałem, że mnie nie cierpią (śmiech). Nie lubią mnie za to, że ja nikomu niczego nie zawdzięczam, że zawsze mam coś do powiedzenia i zawsze chcę się dzielić wszystkim, co widzę i czuję. Ludzie mają problem z konstruktywną krytyką, z prawdą. Jestem antymieszczańska i obalam wszystkie schematy, ale chciałabym, żeby ludzie mnie lubili, bo wydaje mi się, że potrafię dać bardzo wiele i kocham rozpieszczać innych.

GALA: Zawsze Twoje musi być na wierzchu?

MAGDA GESSLER: Nie. Bardzo lubię, jak mnie ktoś przekonuje do swoich racji i swojego zdania. I to jest fascynujące, bo wtedy czuję się słabsza i tym samym czuję się chroniona. Taka jest moja przyjaciółka Joanna – to wyjątkowa i mądra kobieta. Po raz pierwszy udało mi się zaprzyjaźnić z osobą, która mnie krytykuje, ale nie ukrywa swojej fascynacji. Nie lubię w Polakach tego, że jak coś im się podoba, to nie okazują tego. Nie potrafią się tym cieszyć. Lubię ludzi emocjonalnych i takich, którzy pokazują emocje, nie bojąc się, że ktoś inny powie, że są głupi lub infantylni, albo że ktoś wykorzysta to przeciwko nim.

GALA: Chyba trudno pokazywać emocje bez lęku, że nie zostanie się wyśmianym?

MAGDA GESSLER: Ja już nie mam tego lęku, bo ze mnie śmiano się zawsze. Rodzice wytykali mi, że nie wiem, kto jest prezydentem jakiegoś kraju, albo że nie znam wszystkich stolic. Podśmiewywano się z tego, że jestem strasznie chuda, że gestykuluję, gdy mówię. Kiedy już pogodziłam się z tym, że jestem dziwna, poznałam mojego pierwszego męża, który był Niemcem, korespondentem „Der Spigel”. On powiedział mi, że jestem jedyna, niepowtarzalna i cudowna. Tak mówili mi moja babcia i dziadek, a później już nikt więcej.

GALA: Masz przyjaciół?

MAGDA GESSLER: Mam. Kilka osób ma po prostu do mnie cierpliwość. Po raz pierwszy mam przyjaciółki kobiety. Do tej pory miałam ogromny dystans i bałam się ich okropnie. To trauma z dzieciństwa – kiedyś moje „przyjaciółki” zamknęły mnie w szkolnej toalecie, bo wygrałam plebiscyt wśród chłopaków na najfajniejszą dziewczynę w klasie. Siedziałam całą noc w toalecie i umierałam ze strachu, bo były tam szczury. Kiedy wróciłam z Kuby, miałam 14 lat i moje zainteresowania były podobne do tego, czym interesowali się chłopcy – gadaliśmy o polityce, o różnych poważnych sprawach. Byłam po prostu dla chłopaków kumplem, a dziewczyny nie dogadywały się ze mną. Powiedziałam sobie wtedy: „Nigdy więcej”, i szukałam przyjaciół wśród facetów. Teraz to się zmieniło i przyjaźnię się też z kobietami. I jest to wielki zaszczyt.

GALA: Co robicie razem?

MAGDA GESSLER: Wszystko. Podróżujemy, planujemy, myślimy, czasem razem pracujemy. Marzena projektuje moje ubrania. Jej jako jedynej udało się ubrać najtrudniejszą do ubrania Polkę, bo mam dosyć nietypową sylwetkę i na dodatek nie pozwalam mierzyć się centymetrem w żadnym miejscu. Marzena najpierw obserwowała, rozmawiała ze mną, a później przyniosła mi kolekcję idealnie trafionych ciuchów. Dzięki niej poznałam swoją drugą przyjaciółkę – Joannę. Od lat moje nocne, prawie psychoterapeutyczne rozmowy, prowadzę z Magdą.

GALA: Dziś masz 14 restauracji, własny program w telewizji, wyglądasz jak milion dolarów. Odniosłaś sukces, ale czy potrafisz się nim cieszyć?

 

MAGDA GESSLER: Potrafię, bo potrafię się nim dzielić. I dzięki temu, jaka jestem, umiem uczyć ludzi, co jest najważniejsze i czego powinniśmy szukać w życiu. Nie trzeba wcale dążyć do sławy. Najważniejsze to odnaleźć miłość i szczęście. To jest jedyny sposób na życie. Jeśli się zakochasz, to nic nie jest ważniejsze. Jestem zakochana i jest mi bardzo dobrze, i ten stan chciałabym dać innym. W Hiszpanii ludzie cieszą się sobą i swoją miłością. Para staruszków posiedzi sobie na ławeczce, popatrzy w oczy, pójdzie na kawę, on ją klepnie w pupę, a u nas jest… puste mieszkanie, dwoje ludzi i telewizor. Problem w tym, że Polacy nie trzymają się za ręce, nie przytulają się, nie patrzą sobie w oczy. Wszyscy mają stres zarabiania pieniędzy i wstyd przed nieosiągnięciem sukcesu. Zapominamy o sobie i oddalamy się od siebie. Myślimy o samochodach, pozach, gadżetach, bo z tym kojarzy nam się sukces, a nie z tym, że jesteśmy ze sobą. Trzeba budować rzeczy bardziej solidne niż te materialne. Podoba mi się luteranizm, bo tam ważna jest skromność i to, że nie trzeba mieć, żeby żyć. Czasem zapominamy o umiarze i tego umiaru w każdej dziedzinie życia uczę się od mojego syna Tadeusza i od mojego męża. Oni żyją w świecie, gdzie wszystko jest, ale nie ma niczego w nadmiarze. Jest na dziś, na jutro, ale na zaś nie ma, bo… nie potrzeba.

GALA: Powiedz szczerze, po co to wszystko robisz?

MAGDA GESSLER: Bo czuję, że mam na ziemi jakąś rolę do spełnienia. Może jestem tu po to, żeby nauczyć ludzi, jak się cieszyć życiem? Przecież mamy tyle powodów do radości, a w ogóle nie potrafimy korzystać i z tej radości, i z życia. Chcę być tą przynętą i udowodnić, że życie smakuje cudownie.

GALA: Czy masz wszystko, o czym marzyłaś?

MAGDA GESSLER: Kiedy byłam małą dziewczynką i marzyłam o czymś, co zobaczyłam w gazecie, natychmiast to wycinałam. Jeśli chciałam ładny zegarek, wycinałam go z gazety i zakładałam na rękę. Do dziś tak robię (śmiech), więc chyba nie mam wszystkiego. Ale tak naprawdę nie potrzebuję przedmiotów. Zawsze chciałam mieć jedną spójną rodzinę, dzieci z jednym mężem. Ale życie potoczyło się inaczej. W mojej rodzinie cały czas coś lepimy z kawałeczków, a ja chciałabym mieć całość. Na szczęście mam Waldka, który jest moją opoką. Mam ojca Mirosława, nadzwyczajnego brata Piotra, cudowne dzieci i przyjaciela rodziny Irka. To mój świat!

GALA: Lubisz, kiedy bliscy Ci ludzie zasiadają razem za stołem? Dlaczego jak ludzie się kochają, to chcą ze sobą… jeść?

MAGDA GESSLER: Bo chcą dzielić ze sobą to co najlepsze. Bo stół jednoczy. Bo wspólne jedzenie zbliża. Bo wtedy czujesz się bezpiecznie. Jedzenie i dobry alkohol przekazują feromony. Uwielbiam organizować przyjęcia i być z bliskimi przy stole, ale lubię też nastrojowe kolacje we dwoje. Lubię patrzeć, jak ludzie jedzą, bo to wiele o nich mówi. Nie potrafiłabym chyba pójść na randkę z kimś, kto nie lubi jeść i nie pije szampana. Nie idzie mi to w parze z sensualnością. Jedzeniem można rozkochiwać.

GALA: A gdybyś chciała podać gościom coś radosnego?

MAGDA GESSLER: Podałabym indyka – żeby każdy dostał kawałek. Bo to jednoczy. Pieczonego indyka z nadzieniem z pasternaku, na maśle z szalotką, białym pieprzem i gałką muszkatołową. Poza tym podawanie jednego dania dałoby mi możliwość być razem z moimi gośćmi. Nie musiałabym co 15 minut biegać do kuchni po kolejną potrawę. Nie wierzę w kolację, podczas której pani domu cały czas siedzi w kuchni i „wydaje” – ja sama wtedy męczę się przy stole, bo chcę ją mieć obok siebie i chcę z nią cieszyć się tym, co przygotowała.

GALA: Masz jakieś marzenie o wyjątkowym przyjęciu?

MAGDA GESSLER: Tak, oczywiście. Będzie to moje wesele, ale nie będę go przygotowywała (śmiech). Mam ukochane miejsce pod wschodnią granicą, z ukochanym kucharzem. I on będzie tworzył moje wymarzone smaki na moje wesele.

GALA: Co podacie gościom?

MAGDA GESSLER: Nie chcę wiedzieć, ale mam nadzieję, że dziczyznę, którą ubóstwiam. Chciałabym carpaccio ze słoniny z dzikiej świni, rosyjską wódkę z płatkami złota, waniliowe lody robione w domu z dodatkiem prawdziwej wanilii i ptasie mleczko.

GALA: Takie z pudełka?

MAGDA GESSLER: O nie! Musi być zrobione własnoręcznie.

GALA: Marzysz o przygotowaniu kolacji dla jakiejś słynnej gwiazdy? Kogo chciałabyś gościć u siebie w restauracji?

MAGDA GESSLER: Jeszcze raz Halle Berry, bo jest cudowna i nieprawdopodobnie skromna. I oczywiście Penélope Cruz, Javiera Bardema i Salmę Hayek. I wiem, że kiedyś spędzę z nimi wspaniały wieczór, bo jeśli coś sobie wymyślę, to spada mi z nieba prosto na mój talerz U Fukiera (śmiech).

GALA: Dlaczego akurat oni?

MAGDA GESSLER: Bo Penélope jest wybitną aktorką, Salma jest jej przyjaciółką – i chciałabym dowiedzieć się, na czym polega ich przyjaźń – a Javier jest po prostu… cudownym facetem, który potrafi kochać. Zjadłabym z nimi wszystko!

GALA: Miałabyś tremę przed taką kolacją?

MAGDA GESSLER: Ależ skąd! Dzięki rodzicom, znajomości sześciu języków obcych i obyciu umiem odnaleźć się w każdej sytuacji. Nawet kiedy mam do czynienia z kimś bardzo sławnym, wielkim, wybitnym. Tacy ludzie mnie inspirują, jestem ich ciekawa.

GALA: A czy Ty się w ogóle czegoś boisz?

MAGDA GESSLER: Tak. Ludzi, którzy udają kogoś, kim nie są. Potwornie boję się układów, bo świat powinien otwierać się przed talentami, a nie układać z miernotami. Boję się wrednego knucia za plecami. Boję się widzieć w oczach zazdrość, nietolerancję i arogancję. Boję się masy, ukamienowania, fanatyzmu.

GALA: O czym marzysz?

MAGDA GESSLER: Chciałabym mieć Waldka obok siebie, ale umawiać się z nim na randki na Maderze. Chciałabym mieć dar przenoszenia przedmiotów i ludzi w czasie. Chciałabym, żeby moje dzieci miały dzieci.

GALA: Czego życzysz sobie w nowym roku?

MAGDA GESSLER: Stabilizacji w każdym względzie. Żeby ludzie starali się czerpać ze mnie energię i przetwarzać ją na radość, a nie zazdrość – tak jak robią to moi fani na Facebooku. Żeby było weselej i żeby wszyscy uwierzyli, że jeśli mocno czegoś pragniesz, to możesz to mieć.

GALA: Podobno chciałabyś założyć szkołę gotowania?

MAGDA GESSLER: Bardzo. Ale bym mieszała w garach! (śmiech)

GALA: I w głowach.

MAGDA GESSLER: Oj tak! Nauczyłabym ludzi żyć i cieszyć się życiem.