Czujesz już wiosnę w powietrzu?
Kiedy szłam na wywiad z tobą, akurat spadł deszcz. Lekki, wiosenny. Poczułam, że wszystko się budzi z zimowego snu. Ale dla mnie wiosna to przede wszystkim czas zmian i intensywnej pracy.

W tym roku jest podobnie, w Twoim nowym programie „Kuchenne rewolucje – powroty”, razem z Charliem Digenaut, finalistą II edycji „MasterChefa”, sprawdzicie, jak radzą sobie restauratorzy, których odwiedzałaś. Znów trudno Cię złapać, dużo podróżujesz. Kiedy ostatnio byłaś w domu?
W poniedziałek wyjeżdżam z Warszawy ,a do domu wracam w czwartek lub w piątek często po to, by przepakować walizki i ruszyć w kolejną podróż. Moim domem w ciągu ostatnich pięciu lat stały się samochody i hotele. Znajomi mówią, że nie mam dla nich czasu, bo ciągle jestem w pracy… Ale ja nie mam ani jednego wolnego dnia!

Narzekają też, że notorycznie spóźniasz się na spotkania, kiedy już znajdziesz dla nich czas…
Od dawna już się nie spóźniam. Nie mam na to szans, choćbym nawet chciała. Mój dzień jest dokładnie zaplanowany, czasowa nonszalancja nie wchodzi w grę. Poza tym bardzo rzadko mogę pozwolić sobie na chwilę dla siebie. Kiedy już jestem w domu, marzę o tym, żeby spędzić czas z najbliższymi – synem Tadeuszem i córką Larą.

Jesteś pracoholiczką?
Absolutnie nie, pracoholizm to ucieczka przed problemami w pracę. A moja praca wynika z pasji. Mam szczęście, że robię dokładnie to, co kocham. Cieszę się, że pomagam innym i zmieniam ich życie na lepsze. Odczuwam ogromną satysfakcję, gdy ta zmiana następuje.

Na czym ona polega?
Na czerpaniu radości z dzielenia się tym, co mamy najlepszego. Od początku „Kuchennych rewolucji” odwiedziłam około 150 polskich restauracji. Wielu restauratorów, z nieznanych mi bliżej przyczyn, podąża utartym wzorcem wieprzowiny i kurczaka, nie mając świadomości genialnych produktów, które są w ich regionie. Wydaje się im, że osiągną sukces, oferując „wszystko dla wszystkich”. A wygrywają jedynie ci, którzy potrafi prawidłowo zdefiniować potrzeby gości. Przydaje się wiedza o regionalnej kuchni, konieczna jest też świadomość dostępności dobrych produktów.

W „Autobiografii apetycznej” piszesz, że Twoja mama była zodiakalną Panną – pracowitą, wrażliwą i... zdyscyplinowaną. Jesteście podobne?
Moja mama nie była perfekcjonistką. Miała duszę artystki. Była kobieca. Dzięki jej podejściu do życia przez wiele lat myślałam, że nie można niczego planować. Dopiero mój pierwszy mąż, Volkhart, uświadomił mi, jak ważna jest dyscyplina w życiu i w pracy. Dyscypliny w praktyce nauczyłam się też dzięki pracy na planie „Kuchennych rewolucji”. Od pierwszych odcinków moje życie zmieniło się nie do poznania. Nie mogłam już sama wyznaczać sobie godzin pracy ani decydować o tym, że wolę poleżeć dłużej w łóżku... O świcie do moich drzwi puka makijażystka, jedziemy na plan i pracujemy do późna.

W telewizji rzucasz talerzami, krzyczysz. Musisz odreagować?
Moi przyjaciele wiedzą, że mam południowy temperament. (śmiech) Od dziecka lubiłam się buntować – rodzice śmiali się, że nie są w stanie nadążyć za moimi reakcjami. Nie mam z tym problemu. Podobne podejście do życia i pracy staram się pokazywać na planie „Kuchennych rewolucji”. Ci, którzy idą z prądem, niczego nie odkrywają. A prowadząc restaurację, trzeba wyjść daleko poza własne podwórko, poznawać smaki, testować granice. Dlatego każdy odcinek „KR” traktuję jak osobiste wyzwanie, a odwiedzaną restaurację niemal jak własną. Uczę ludzi doznawania przyjemności z prowadzenia restauracji...

I dobrego smaku?
Dobrego smaku zazwyczaj nie trzeba się uczyć, wystarczy go w sobie odkryć. Cieszę się, gdy spotykam ludzi z pasją, bo wiem, że wystarczy kilka moich rad, by uświadomili sobie, że świetnie dadzą sobie radę. Dzięki temu niektórzy z nich wypływają na szerokie wody i gotują tak, że wprawiają mnie w zdumienie.

 

Teraz żyjesz na wysokim poziomie: piękna willa w Łomiankach, kilka restauracji. Nie zawsze tak było. Twój rodzinny dom w Komorowie był bardzo skromny. Nie doskwierało Ci to?
Nie mógł mi doskwierać brak czegoś, czego nie znałam. (śmiech) Ale rzeczywiście, po wojnie dom w Komorowie był w opłakanym stanie – bez gazu i dostępu do bieżącej wody. W łazience były szmaragdowa wanna i bojler, jednak żadne z tych urządzeń nie działało. Wodę czerpaliśmy ze studni, a kąpiel brało się w balii. Dziadek sypał gorące węgle do szkandeli, więc zasypiałam w cieple, ale budziłam się w chłodzie. Pewnie dlatego do dziś śpię – nawet gdy na dworze jest ujemna temperatura - przy otwartym oknie.

To nauczyło Cię szacunku do pieniędzy?
To była dobra lekcja cieszenia się drobnymi rzeczami i znajdowania radości we wszystkim. Moi rodzice nigdy nie narzekali. Jestem niepoprawną optymistką, bo w tamtym czasie nauczyłam się, że nigdy nie ma sytuacji bez wyjścia.

Ale potem wyjechaliście z Polski, Twój ojciec został korespondentem PAP-u.
Zamieszkaliśmy w Sofii. Bułgaria to piękny kraj, ale szybko zatęskniłam za Polską i ludźmi, których tutaj zostawiłam.

Jedną z osób, za którymi tęskniłaś, był twój ówczesny chłopak, typ klasowego prymusa. Mówiłaś mi kiedyś, że zakochałaś się w jego intelekcie. Jacy mężczyźni Ci imponują?
Tacy, którzy kreują rzeczywistość. Intelektualiści. Architekci, pisarze, artyści...

Lubisz dominować w związku?
Skąd ten pomysł? W miłości potrzebna jest fascynacja i zaangażowanie obu stron.

Ale mężczyźni często Ci ulegają. Byłaś chyba jedyną dziewczynką, której Fidel Castro pozwolił usiąść na swoich kolanach! Czym go zauroczyłaś?
Miałam wtedy dziesięć lat i może wreszcie ktoś mi uwierzy, że niespecjalnie zastanawiałam się nad tym, komu siadam na kolanach... Fidel odwiedził moich rodziców w naszym domu w Hawanie. Pomagałam mamie w przygotowaniu przyjęcia i wymyśliłam tort ananasowy z kremem waniliowym i kawałkami świeżego ananasa nasączonym mleczkiem kokosowym.

Smakował mu?
Bardzo! Castro był fanem kuchni mojej mamy. Polubił tradycyjne polskie potrawy, zakochał się w jarzynowej sałatce, kołdunach i rosole. To chyba wtedy po raz pierwszy dostrzegłam, że dzięki jedzeniu można nawiązywać przyjaźnie i wpływać na uczucia. Za jego pomocą przekazuje się innym dobrą energię, ważne treści.

Często gotowałaś dla bliskich?
Od zawsze! Uwielbiałam to. Moją specjalnością przed laty była konfitura do chleba zrobiona ze smażonej cebuli z cukrem. Podczas imprez z przyjaciółmi kanapki z tą konfiturą były prawdziwym hitem!

Lubisz męskie towarzystwo. Twoi partnerzy nie mieli nigdy nic przeciwko?
Od dzieciństwa fascynował mnie świat mężczyzn. Faktycznie, wolałam rozmowy o polityce i sztuce niż ubraniach czy problemach kobiet. Nie, żadnemu z moich partnerów to nie przeszkadzało.

 

Twój pierwszy mąż był od Ciebie dużo starszy. Jaki to był związek?
Z Volkhartem poznałam się przy okazji organizowania wystawy mojego malarstwa w Madrycie. Szukałam fotografa, który zrobi zdjęcia moim obrazom. Zgodził się. W ramach podziękowania zaprosiłam go na kolację do francuskiej restauracji, w której pracowałam. Na spotkanie przyszłam ubrana w zwiewną, jasną sukienkę z polskiej kolekcji Hofflandu, byłam opalona, szczupła i czułam się doskonale. Kiedy mnie zobaczył, zarumienił się.

Miłość od pierwszego wejrzenia?
Oboje się wtedy w sobie zakochaliśmy. Na pierwszej randce opowiadałam mu o swoim życiu, a kucharze – wcześniej przeze mnie odpowiednio poinstruowani – serwowali znakomite dania. Pół roku później byliśmy już parą. Spędziliśmy razem siedem najcudowniejszych lat w moim życiu. Volkhart był fascynującym mężczyzną, akceptował mnie w pełni. Mówił: „Kocham cię, nie zmieniaj się”. To było niezwykłe.

Dlaczego?
Przy moich rodzicach nigdy nie czułam się doskonała, wiedziałam, że muszę coś zmienić, udoskonalić. Dla Volkharta byłam idealna i wyjątkowa. Uświadomił mi niezwykle ważną rzecz: świat może być mnie ciekaw! Może chcieć dowiedzieć się, kim jestem, co lubię, co maluję, co tworzę.

Rozpieszczał Cię drogimi prezentami?
W żadnym wypadku. Nie oczekiwałam tego. Volkhart był protestantem, nie lubił wydawać pieniędzy na zbytki. Kiedy mówiłam mu, że chciałabym kupić nową bluzkę, pytał: „A po co? Przecież masz już jedną”. Mieszkaliśmy w jego skromnym mieszkaniu w Madrycie, przy placu Drugiego Maja, dlatego tak ogromny szok przeżyłam, gdy pewnego dnia zawiózł mnie przed piękny dom i powiedział: „To nasz dom. Kupiłem go dla nas”.

Wow!
Wyobrażasz to sobie? Facet, który nie mówi przez dwieście dni, że może byśmy kupili dom, i nie zastanawia się głośno, jak to zrobić, tylko po prostu decyduje, kupuje i pokazuje mi efekt. Jeśli więc pytasz, czy mnie rozpieszczał, odpowiadam: tak. Po pierwszej wspólnej nocy przygotował dla mnie kąpiel, zaparzył herbatę i podał śniadanie – galicyjską szynkę, masło z Andory i prawdziwy chleb z Galicji. Pycha!

Byłaś od niego uzależniona?
Co to znaczy? Kochaliśmy się, planowaliśmy być ze sobą do końca życia. Volkhart chciał, żebym realizowała swoją pasję. Poznał mnie z przyjaciółką króla Jana Karola I, która poprosiła mnie o przygotowanie przystawek na konkurs kulinarny. Brały w nim udział najlepsze restauracje w Madrycie, ale to moje czereśnie faszerowane twarożkiem z czarnuszką zdobyły pierwszą nagrodę w przystawkach! Potem zaczęłam wykładać w prywatnej szkole kulinarnej. Uczyłam panie domu i majordomusów kuchni wschodnioeuropejskiej. Dużo podróżowaliśmy, jeździłam z nim wszędzie, nawet wtedy, gdy urodził się Tadeusz.

Pamiętasz dzień, w którym dowiedzieliście się, że Volkhart ma czerniaka?
Pierwszy sygnał jego choroby miał miejsce podczas napadu na bank w Barcelonie. Pojechał na miejsce przestępstwa jako korespondent „Der Spiegla” i niemalże w tym samym momencie zachorował. Przeszedł operację, po której przez pięć lat czuł się dobrze. Gdyby nie tragiczne wydarzenia w naszym życiu z tego okresu, choroba nigdy by nie wróciła. Starał się, żebym nie miała świadomości jego zmagań, ale oboje wiedzieliśmy, jaka jest prawda. Zmarł w wieku 44 lat, w dniu moich urodzin.

Kto Ci wtedy pomógł?
Przyjaciele, rodzice i teściowie – Volkhart miał wspaniałą mamę. Gdyby nie ona, nie wiem, co by ze mną było... Wiedziałam jednak, że muszę się wziąć w garść i żyć dalej, choćby dla Tadeusza. Nie mogłam pozwolić na to, żeby nasze dziecko odczuło moją tragedię, żeby było obciążone moim dramatem. Tadek miał wtedy pięć lat.

Myślisz czasem: „nie dam rady”?
Myślę pozytywnie. Pasja zawsze jest w centrum mojej uwagi. Chcę tworzyć bez względu na okoliczności. Uwielbiam robić ludziom niespodzianki, drobne i większe przyjemności, przekazywać dobrą energię. Z perspektywy czasu widzę, że zawsze starałam się dawać innym to, czego mnie samej w danej chwili brakowało.

 

Twoja restauracja U Fukiera obchodzi 25-lecie. Jak było na początku?
Szczegółowo opisałam to w „Autobiografii apetycznej”. Gdy okazało się, że Piotr Gessler, mój drugi mąż, będzie prowadzić Fukiera, przeraziłam się. Zaczynaliśmy od początku, więc pracowałam przez 24 godziny na dobę. Po raz pierwszy masywne drzwi Fukiera otworzyłam 6 marca 1990 roku. Miałam tremę, dziś wspominam to jako jedno z najważniejszych zawodowych zdarzeń w moim życiu. Przez dwadzieścia pięć lat istnienia tej restauracji gościłam niemal wszystkich najważniejszych ludzi świata, a historia tego miejsca pisze się każdego dnia. To moja ukochana restauracja.

Płacisz wysoką cenę za sukces?
Tak, jestem samotna. Kiedyś nie wierzyłam, że samotność dotyczy znanych ludzi. Dziś rozumiem doskonale, na czym to polega. Z dnia na dzień twoje przyjemności schodzą na dalszy plan. Kiedyś miałam czas dla siebie, teraz ledwo dwa razy w roku uda mi się wyjść na towarzyskie spotkanie niezwiązane z pracą. Jestem w ciągłym biegu. Śmieję się, kiedy słyszę, jak ludzie mówią o przywilejach wynikających z bycia celebrytką. Dla mnie „bycie gwiazdą” to samotność, podczas której twoim  najlepszym przyjacielem staje się telefon. Na szczęście przy produkcji „Kuchennych rewolucji” pracuję z fantastyczną ekipą roześmianych ludzi, którzy zarażają mnie entuzjazmem. Uwielbiam ich i bardzo im dziękuję za to, że ze mną wytrzymują. (śmiech)

Rodzina nie narzeka, że nie masz czasu?
Nie wszyscy są w stanie to znieść. Zostali ci najprawdziwsi, najwierniejsi, którzy rozumieją, na czym dziś polega moja praca. Uwielbiam rozmawiać z panią, która pomaga mi prowadzić dom, niezwykle cenię sobie rozmowy z Tadeuszem i Larą. Bardzo cieszę się i doceniam głosy sympatii, dlatego tak lubię zaglądać na mojego facebooka, który zgromadził dotychczas ponad 750 tysięcy oddanych fanów.

Widziałem, jak czule witasz się z Larą, swoją córką. Jesteście przyjaciółkami?
Lara jest moją najbliższą przyjaciółką! Spędzamy ze sobą tyle czasu, ile możemy.