Podobno z powodu Twojej kolejnej kuchennej rewolucji i tego, że wciąż jesteś zajęta, Donald Tusk i minister Marek Sawicki musieli zabrać do Strasburga 3,5 tony truskawek. Chcieli pochwalić się tym, co w Polsce najsmaczniejsze, al Ciebie zabrakło...

Też o tym słyszałam (śmiech), ale to przecież żart.

Zamiast Ciebie w Europarlamencie pojawiła się „kaszëbskô malëna” – wpisana na listę polskich produktów objętych ochroną Unii Europejskiej. Każdy z europosłów dostał koszyczek z truskawkami, a premier Tusk powiedział, że są jak polska prezydencja – świeże i pełne energii.

I miał rację, bo to nasze „czerwone złoto” z Kaszub. To genialny sposób na promocję Polski.

A czym Ty promowałabyś Polskę?

Przede wszystkim naszą energią i przedsiębiorczością. Byliśmy jednym z narodów spośród krajów komunistycznych, w których przez tyle lat zabroniona była prywatna inicjatywa, a mimo to właśnie u nas rozwijała się najlepiej. Mamy mnóstwo odwagi i umiemy być przedsiębiorczy. Polska w Unii Europejskiej ma ogromny potencjał, bo my, Polacy, mamy ogromną energię i apetyt na dobrobyt, na powiększanie naszego dobrostanu i dążenie do Europy. Chciałabym promować Polskę również za pomocą turystyki gastronomicznej.

To Twój nowy pomysł? Co dokładnie znaczy określenie „turystyka gastronomiczna”?

To znaczy, że zaprosiłabym Europę do Polski na wakacje z ekologicznym jedzeniem. Na nasze doskonałe warzywa i owoce, na mięso, wędliny, kiełbasy, sery i pieczywo. Jesteśmy jednym z niewielu krajów, w którym produkty spożywcze nie trują.

Uważasz, że w Polsce moglibyśmy wytwarzać zdrowe, ekologiczne produkty rolne i spożywcze dla całej Europy?

Ależ oczywiście. Przez biedę, w której żyliśmy i w której rolnikom przyszło przez ostatnie 50 lat uprawiać ziemię, mamy... najczystsze warzywa i owoce. Nikogo nie było stać na drogie nawozy sztuczne, więc automatycznie to, co rosło, było zdrowe i naturalne. Może jabłka nie były tak duże i piękne jak te z sadów w Niemczech czy Holandii, ale za to zdrowe. Cały rejon Polski Wschodniej to czyste i biedne wsie, na których wciąż produkuje się wspaniałe warzywa i owoce. Stamtąd pochodzą najlepsze truskawki, maliny, poziomki, groszek, ryby.

Co powinniśmy zrobić, żeby stać się ekskluzywnym warzywniakiem dla chcących zdrowo żyć Europejczyków?

Bardzo rozsądnie i ostrożnie wspomagać biedne re-jony rolnicze, w których powstają doskonałe, lokalne produkty. Moglibyśmy stworzyć w tamtym rejonie czyste ekologicznie plantacje i tak rozwinąć przemysł i rolnictwo, żeby zaopatrywać całą niemal Europę w dobre, zdrowe produkty. Paradoksalnie z najbiedniejszego obecnie miejsca w Polsce można zrobić krainę mlekiem i miodem płynącą. Mam nadzieję, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i nie zdecyduje się wkroczyć z trującą chemią na nieskażone do tej pory tereny rolnicze, ale raczej będzie wspomagał finansowo i promował bezpieczny i zdrowy sposób uprawiania ziemi. To byłby ogromny wkład Polski w ekologię, zdrowie i przyszłość całej Europy.

Czy w swoich restauracjach wykorzystujesz regionalne, zdrowe produkty?

Oczywiście. Oprócz owoców i warzyw sprowadzam doskonałe mięso i ryby: karpie, sandacze, szczupaki, jesiotry. Ale nie dostaniesz ich u mnie w restauracji codziennie przez cały rok, bo na różne gatunki ryb jest różny okres połowu. W moich restauracjach bardzo przestrzegam sezonowości potraw.

No właśnie, teraz mamy sezon na kurki…

… i jest ich u mnie mnóstwo, pod każdą postacią. Zaraz zacznie się sezon na prawdziwki, jest bób z koprem, kalafior z masełkiem – co rzadko się zdarza w restauracjach. Jest świeży groszek gotowany w śmietance z odrobiną lubczyku. No i są zioła: mięta, rumianek, melisa, świeże ziołowe herbaty. Mamy letnie zupy – krem z kalarepy, mus z młodych marchewek. Wszystkie te rzeczy, które w tej chwili dojrzewają na drzewach i na polach, mam w moich restauracjach. Chciałabym, abyśmy zrozumieli, że życie człowieka i sposób odżywiania się podyktowany jest porami roku i cyklami naszego życia. Tak jedli nasi przodkowie, bo to po prostu najzdrowsza dieta. Warto o tym pomyśleć i czasem wsłuchać się w siebie i w potrzeby swojego organizmu.

Jak pozyskujesz produkty do restauracji? 

Mam wyjątkowo ułatwione zadanie i jestem uprzywilejowana dzięki programowi „Kuchenne rewolucje”, który prowadzę. Nagrywamy program w całej Polsce, więc przy okazji tych podróży poznaję produkty, które są charakterystyczne dla różnych regionów, i dowiaduję się, z czego słyną poszczególne części naszego kraju. Na przykład ogromną niespodzianką były Kozienice, w których okazało się, że słyną ze wspaniałych i tanich pomidorów. Co dziwne, wszyscy, którzy tam mieszkają, nie kupują „swoich” pomidorów, ale wolą te z sieciowych sklepów, sprowadzane nie wiadomo skąd. To po prostu zadziwiające, jak bardzo nie znamy naszych regionalnych produktów i jak je ignorujemy, wierząc, że to, co zagraniczne, jest lepsze.

Wyobrażam sobie, że Twój pobyt w Kozienicach skończył się prawdziwą rewolucją.

To prawda. Udało mi się uzmysłowić wszystkim, że w każdym regionie Polski można znaleźć wyjątkowe i wspaniałe produkty rolne i spożywcze.

Masz jakieś swoje sprawdzone miejsca?

Jasne! Na przykład w Tarnowie jest najlepszy chleb, na Śląsku lubczyk i najlepsze ziemniaki, na których punkcie po prostu zwariowałam, a w Bieszczadach jest najwspanialszy chrzan.

Dlaczego nie szukamy na własną rękę tych smakołyków i nie bojkotujemy złego jedzenia z supermarketów?

 

Bo zaczęliśmy tak mocno wierzyć w duże sklepy i to, że produkty w nich dostępne są najlepsze, że zapomnieliśmy o tym, skąd tak naprawdę jesteśmy i co rodzi nasza ziemia.

Czy myślisz, że zapomnieliśmy również o naszej polskiej kuchni?

Chcemy zapomnieć o polskiej kuchni, bo nasz kraj stoi kebabem i pizzą, a dobrze byłoby chełpić się plackami ziemniaczanymi, zsiadłym mlekiem, dobrym drożdżowym ciastem. Gdyby były takie miejsca, gdzie można byłoby dobrze i zdrowo zjeść po polsku, to ludzie przychodziliby, żeby poznać albo przypomnieć sobie nasze prawdziwe smaki.

Może polski fast food? Budki z mielonymi?

Oczywiście, ale musielibyśmy zaufać sobie, że polski mielony jest czystszy od hamburgera z beznadziejnej amerykańskiej sieci fast foodów. A nam się w głowie wszystko pomieszało. Niestety. Nie zamawiamy w polskich restauracjach kotleta mielonego, bo boimy się tego, z czego jest zrobiony, ale nie boimy się hamburgera, który nie dość, że nie wiadomo jakie mięso ma w środku, to w procesie obróbki stracił wszystko, co miał wartościowego. Marzę o stoiskach w centrach dużych miast, na których można byłoby kupić dobre kotlety mielone w bułce, ogórki małosolne, polską musztardę ucieraną ręcznie – tak jak ja robię to w moich restauracjach. Musimy pokochać to, co nasze. Nikt nam w Europie nie uwierzy, że mamy dobre mięso, jeśli sami będziemy mówić, że wolimy to z Argentyny albo ze Stanów. Chcemy być Europejczykami i mieć gust europejski, zamiast cieszyć się z tego, że jesteśmy Polakami i doceniać to, co mamy w Polsce.

Gdzie znaleźć Polaków dumnych ze swojej polskości?

Na Śląsku! Tam wszystko jest prawdziwe. Może jeszcze w Poznaniu i Krakowie. To jedyne miejsca, w których zachowały się dobre tradycje, jeśli chodzi o jedzenie. Czerninę wciąż można znaleźć w Poznaniu, krupnioki na Śląsku, a w Krakowie najlepsze wędliny i pieczywo. Ale już w Zakopanem schabowe są z kiepskiego mięsa smażonego na głębokim tłuszczu. Nie ma tam dobrego oscypka, dobrej jagnięciny – wszystko jest oszukane albo z supermarketu. Dopóki sami siebie będziemy oszukiwać, nie zdobędziemy szacunku Unii. Przecież tutaj jedzenie i chleb jeszcze smakują prawdą.

No a co z tym oscypkiem, który pojawił się na liście produktów chronionych przez Unię? Tym, którym mieliśmy chwalić się w całej Europie?

Kiedy idziesz do restauracji, nie masz pewności, że dostaniesz dobrego oscypka, zrobionego według starej receptury i wszystkich zasad. Nie ma on żadnego określonego znaku towarowego, więc na twoim talerzu może znaleźć się „podróba” – kawał topionego taniego sera uformowanego na kształt oscypka i dla niepoznaki lekko przypalonego na grillu. Na Podhalu miałam okazję zobaczyć na własne oczy, jak się robi oscypki, i jest to niesamowite. I ten ser ma wyjątkowy, prawdziwy smak. Szwajcarzy ze swoich serów zrobili legendę, a my, mając taki potencjał, nie potrafimy rozreklamować naszych produktów. Może trzeba nadać im trochę więcej świętości, dodać nieco tajemniczej otoczki? W pewnej warszawskiej restauracji – dodam, że nie mojej – sałatka kosztuje prawie 80 zł tylko dlatego, że ma dwa płatki sera grana padano. A czemu nie uczynić z oscypka tak elitarnego sera i nie szczycić się nim?

No ale mamy w końcu ogórki kiszone, kapustę, twaróg.

Niestety zaraz możemy ich nie mieć, bo Unia nie zgodziła się na ich produkcję. Twaróg z podpuszczki nie będzie taki sam jak ten z zsiadłego mleka. Ogórki kiszone? Duży znak zapytania i być może zaraz w ogóle znikną. Kapusta kiszona z Charsznicy idzie cała do Niemiec, do Polski trafia jej niewielki procent. Znaleźć prawdziwą kiszoną kapustę w tej chwili to bardzo trudne zadanie. Dobry bigos? Dobrze uwędzona kiełbasa? Coraz trudniej o te rzeczy, ale są jeszcze miejsca, w których produkuje się jedzenie, którym Europa mogłaby się zachwycić.

Czym chciałabyś oczarować Unię Europejską?

Twarogiem z czarnuszką, pierogami z bryndzą i majerankiem.

I co, zabijaliby się o nasze produkty? Czy myślisz, że tak jak my wracamy z Francji z serami, turyści odwiedzający Polskę wracaliby z polską kiełbasą?

Na pewno! Europa pokocha oscypka, bryndzę, kiełbasę lisiecką, sery korycińskie, polskie miody i na pewno chleb. No i karpia, którego nikt u nas nie docenia. Japończycy już odkryli polskiego karpia i oszaleli na jego punkcie, teraz czas na Europę. Ta królewska ryba została w czasach komuny zdetronizowana, a ja chciałabym teraz ją odczarować. Przygotowałabym faworki z karpia robione w tempurze podawane z koglem-moglem z chrzanem – po takim daniu chciałabym zobaczyć miny europosłów. Zapomniałam jeszcze o wódce! Przecież słynna wódka z żubrzą trawką czy śliwowica są w Polsce po prostu obłędne.

Kiedy tak Cię słucham, wydaje mi się, że Ty też powinnaś dostać swój numer i zostać wpisana jako chroniony przez Unię Europejską produkt polski. Walcząc o dobre imię polskiej kuchni, jesteś naszym skarbem narodowym.

Bardzo proszę. Załatwisz mi to? Jestem gotowa, żeby wpisać mnie do ewidencji (śmiech).