GALA: Zawsze o Pani głośno, ale teraz szczególnie, z powodu okładki jednego z magazynów, na której pokazała się Pani nago. A właściwie prawie nago, gdyż jest Pani przykryta, niczym puzzlami, fragmentami ciała innych kobiet. Nigdy nie zgadzała się Pani na rozbierane sesje...

MAGDALENA CIELECKA: Nie pokazuję się w „rozbieranych” pismach. Dlatego spodobał mi się pomysł sesji w „Malemenie” – taki „Playboy” à rebours, pokazywanie, nie pokazując. Lubię medialne zabawy w stylu, który sama wybieram. Lubię prowokować, droczyć się z mediami. Zabawa formą to kwintesencja tego, jak postrzegam media: te wszystkie sesje, wywiady, cały medialny świat. Obecność w nim na serio mnie nie interesuje. Wydaje mi się, że czytelnika już też nie. W tej sesji puszczam oko do sytuacji rozbierania się. Nie jestem zabawką dla wyobraźni mężczyzny, towarem czy przedmiotem. Myślę, że kobiety wiedzą, o co chodzi. Mężczyźni mogą tego nie rozumieć...

GALA; Jednocześnie wpisuje się Pani w dyskusje o manipulowaniu odbiorcą, który zdjęcia retuszowane odbiera jako prawdziwy obraz gwiazdy. Na innej z okładek pokazała się Pani bez retuszu.

MAGDALENA CIELECKA: Tak, w makijażu, ale bez retuszu. Może tak, jak się pisze przy wywiadzie, że jest autoryzowany lub nie, tak powinno się zaznaczać przy zdjęciach: retuszowane i nieretuszowane? Ale i bez tego kłamstwo widać. Wielokrotnie zdarzyło mi się nie rozpoznać na okładce koleżanki, którą dobrze znam. To śmieszne i niefajne. Jestem po stronie naturalnego wizerunku. Oczywiście okładka powinna być ładna, by sprzedać pismo, więc retusz jest dopuszczalny, ale w ramach jakichś granic. Zresztą myślę, że kobiety, które kupowały pismo, jeszcze do niedawna wierzyły, że dana osoba tak wygląda, a dzisiaj już nie.

GALA: Dzisiaj także wiele osób w to wierzy.

MAGDALENA CIELECKA: I to jest problem. To pułapka, jeśli kobiety ślepo dążą do tego, żeby tak wyglądać. Bo nie da się wyglądać tak jak na okładce. Zabrnęliśmy w ślepy róg, w gonitwę za wyglądem, który nie jest nasz. Młodsze dziewczyny chcą wyglądać na starsze, starsze – na młodsze. To chore. Nie potępiam operacji plastycznych, jeżeli komuś polepszy to życie. Sama usunęłam sobie dwa znamiona z czoła. Natomiast retuszowanie zdjęcia kobiety 50-letniej tak, by wyglądała na 30, jest niesmaczne. Nie wiem, czy mężczyznom to się podoba. Chciałabym wierzyć, że nie.

GALA: Mężczyźni są w tym znacznie bardziej radykalni, wymieniają wieloletnie towarzyszki życia, swoje rówieśnice, na dziewczyny czasem młodsze od ich córek.

MAGDALENA CIELECKA: Takie jest życie. Można to tylko zaakceptować. Ale nie chciałabym w wieku 45 lat wyglądać na 25. Mam świadomość, że nie wyglądam na swój wiek, a mam 37 lat. Wydaje mi się, że moje pokolenie w ogóle wygląda młodziej, niż wskazuje na to metryka. Później też wchodzimy w życie, zawiązujemy poważne związki i rodzimy dzieci.

GALA: Myśli Pani o sobie jako o dziewczynie czy o kobiecie?

MAGDALENA CIELECKA: No właśnie: jako o dziewczynie. Na takie myślenie ma wpływ moje otoczenie, media, propozycje, jakie dostaję. Z jednej strony to fajne, bo powszechnie wiadomo, że dla aktorek w średnim wieku nie ma ról, ale z drugiej, przecież żadna aktorka, która jest w średnim wieku, nie zechce grać siksy, bo jej to już nie interesuje. Nie będzie też potrafiła takiej postaci wiarygodnie stworzyć, bo to będzie kłamstwo, gwałt na emocjonalności. Więc fajnie, że młodziej wyglądamy, ale możemy też coś stracić. Teraz, mając prawie 40 lat, mogłabym grać role kobiet w swoim wieku, a gram 30-latki. A jeśli za 10 lat uroda i forma się posypie i stracę moment zagrania siebie takiej, jaka jestem teraz?

GALA: Przez 14 lat od czasu debiutu w „Pokuszeniu” stworzyła Pani całą galerię kobiecych postaci. Czy one towarzyszyły Pani wewnętrznemu rozwojowi?

MAGDALENA CIELECKA: Role na pewno na nas wpływają. Nie wiem, czy można mówić tylko o rozwoju, bo czasem można się pogubić albo w tym rozwoju cofnąć. Dużo się o sobie dowiedziałam, grając różne postaci, a niewiele z tych rzeczy przeżyłam sama w prywatnym życiu, na szczęście. Musiałam więc tych rzeczy poszukać w sobie. Do wielu ról nie byłam gotowa ani jako aktorka, ani jako kobieta. W „Egoistach” czułam, że nie znam dziewczyny, o której opowiadam. To był 1999 rok, moje początki w Warszawie. Świat klubów, narkotyków, balang, wciągania kokainy w toalecie przedstawiony w filmie, poznałam dużo, dużo później. Wtedy to dla mnie była abstrakcja. Często role przychodziły do mnie wcześniej niż życiowe doświadczenia.

GALA: Czy oglądała Pani po latach swoją rolę zakonnicy zakochanej w księdzu w „Pokuszeniu”?

MAGDALENA CIELECKA: Trzy–cztery lata temu miałam potrzebę zobaczyć siebie z tamtych lat. I jako aktorkę, i jako kobietę. Zobaczyłam siebie świeżą, jeszcze nieskażoną dystansem do świata, goryczą i zmarnowanymi szansami. Otwartą na wszystko, co przynosi dzień. Młodzieńczą. Zewnętrznie niewiele się zmieniłam, ale jednak rysy są inne, trochę jak u szczeniaka, miękkie, a oczy szalone, chcące wszystko zobaczyć.

GALA: Dystans do świata, rozumiem. Ale gorycz i zmarnowane szanse?

 

MAGDALENA CIELECKA: Trudno wyliczać konkretne zdarzenia, ale żałuję, że nie mam dziecka. Powiedzmy 10-letniego. Gram teraz matki i odkrywam, jak fajny jest kontakt z dziećmi w tym wieku. Kilka razy ścisnęło mnie w dołku i pomyślałam: „Dlaczego tuż po szkole nie zdecydowałam się na dziecko?!”

GALA: Pamiętam, że myślała wtedy Pani o dziecku, ale w dalszej perspektywie.

MAGDALENA CIELECKA: Coś, czego wtedy panicznie się bałam, bo pokrzyżowałoby mi plany, teraz odbieram jako szansę, która już nie wróci, i dziś tego żałuję. Na pewno inaczej potoczyłoby się wówczas moje życie zawodowe, trudno więc to jednoznacznie rozstrzygnąć. Zresztą na miejsce, w którym jestem teraz, miało wpływ wszystko: to, że tak a nie inaczej zadebiutowałam, oraz to, że przez lata przypisana byłam do grupy Teatru Rozmaitości. Nie mówię o straconych szansach z żalem, próbuję raczej to zanalizować. Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Teraz jestem związana z teatrem Krzysztofa Warlikowskiego i przeczuwam, że inni reżyserzy nie biorą pod uwagę tego, że mogłabym zagrać gdzie indziej. A bardzo bym chciała.

GALA: Nigdy dotąd, poza „Katyniem”, nie zagrała też Pani w filmie kostiumowym.

MAGDALENA CIELECKA: Bardzo o tym marzę. Chciałabym zagrać Szekspira czy Racine’a, operować słowem, a nie wyłącznie ekstremalnymi emocjami. Mam trochę dość grania kolejnej femme fatale, zimnej, niezależnej kobiety. Nie tylko z powodu szuflady. Nie chcę zamęczyć sobą widza i siebie. Mam też ochotę na coś komediowego. W teatrze zdarzyło mi się to parę razy i zawsze dawało radość i satysfakcję. Wiele nauczyło. Niestety reżyserzy często ulegają schematom, więc nie wiem, czy znajdą się tacy, którzy zechcą zaryzykować.

GALA: Na razie to Pani zaryzykowała, biorąc udział w serialu, polskiej wersji „Hotelu Babylon”.

MAGDALENA CIELECKA: Kiedyś uważałam, że romans z telewizją mi zaszkodzi, ale chyba na tyle zapracowałam na swoją pozycję, że nie ma takiej obawy. Chcę spróbować lżejszej formy. „Hotel 52” to rzecz o pewnym luksusowym hotelu i ludziach, którzy w nim pracują. Serial jest zamknięty, więc znam historię swojej postaci. To kobieta w moim wieku, borykająca się z emocjami i związkami. Ma świetną pozycję i opinię trochę jak ja – osoby sztywnej, zimnej i zdystansowanej. A wcale taka nie jest. Udział w serialu zaproponował mi Michał Kwieciński, który jest dla mnie gwarantem wysokiego poziomu.

GALA: Czy zdarzyło się, że miała Pani problem z wejściem w postać, gdyż odrzucała ona Panią wewnętrznie?

MAGDALENA CIELECKA: Nie myślałam o tym. Odrzuciłam wiele ról, ale nigdy nie rozdzielałam siebie jako kobiety od postaci, czy raczej siebie jako aktorki od scenariusza. Czytając scenariusz, czuję, czy to dla mnie, czy nie. To, czy przyjmę daną propozycję, w dużej mierze zależy od momentu w życiu, w jakim się znajduję. Nieustannie się zmieniamy, moje potrzeby jako aktorki i kobiety są różne. To też wynik zapotrzebowań i wyobrażeń na nasz temat ze strony innych. Dotąd grałam role na wysokich emocjach, skrajne, najczęściej histeryczne. Teraz marzą mi się role spokojniejsze, pełne emocji... powiedziałabym romantycznych. Mam potrzebę grania kobiet dojrzałych. Taką właśnie postać gram teraz u Jana Jakuba Kolskiego w „Wenecji”. Moja bohaterka przechodzi trudną drogę dojrzewania do własnego macierzyństwa. Zaczyna od swoistej atrofii uczuć w stosunku do syna, ale potem coś się w niej przemienia, otwiera. Mam niewielkie doświadczenie w graniu z dziećmi. Ale widzę, jak w obcowaniu z moim filmowym synkiem inaczej konstruuję myślenie o roli, używam innych odcieni, tonów, gestów. To piękne doświadczenie, nowy rozdział w moim życiu.

GALA: Jaki wpływ na Pani kobiecość miały Pani mama i babcia? Czy zastanawia się Pani czasem, co od nich przejęła? Clarissa Pinkola Estes w mojej ulubionej książce „Biegnąca z wilkami” pokazuje, jak blisko nich jesteśmy nawet, jeśli próbujemy zaprzeczyć niesionym przez nie wzorcom.

MAGDALENA CIELECKA: To rzeczywiście dzieje się trochę poza nami, wchłania się przez osmozę. Im jestem starsza, tym bardziej robię się podobna do mojej mamy, również zewnętrznie. Przez lata byłam córeczką tatusia, a teraz zaczęłam w lustrze widzieć rysy mamy. Niesamowite! Mama jest po sześćdziesiątce. Naturalne, że jest inna, niż kiedy była w moim wieku. Ale ja z tamtego okresu bardziej pamiętam ją jako matkę niż kobietę. Widzę teraz, jakim jestem podobnym typem kobiety. Mama była samodzielna, całe życie pracowała, wszystko miała pod kontrolą. Starała się być najlepsza we wszystkich dziedzinach: jako matka, żona, pani domu i kucharka. Niosła ze sobą radość życia. Kiedy jej nie było w domu, miałam wrażenie, że jest szaro i pusto. Jak wchodziła, wszystko stawało się jaśniejsze. W trudnych czasach starała się stworzyć dom, w którym niczego nie brakowało. To mama ukształtowała mój styl i gust. Od najmłodszych lat pamiętam, że kiedy mnie ubierała, nigdy nie włożyła przysłowiowej kratki do kropek. Do dzisiaj mam wdrukowany opór przed estetycznym chaosem. Mama zawsze uchodziła za kobietę z gustem, zresztą piękną i zgrabną. Mężczyźni się za nią oglądali.

GALA: Jaka była babcia?

MAGDALENA CIELECKA: Babcia zajmowała się nami, kiedy mama pracowała. W tygodniu chodziła w zwyczajnych rzeczach i kapciach, ale za to do kościoła wyruszała jak na premierę, wkładała płaszczyk z futrzanym kołnierzem i kapelusik na głowę.

GALA: Czy babcia i mama były kobietami, które podporządkowywały się mężczyźnie?

 

MAGDALENA CIELECKA: Myślę, że były tradycyjne w postrzeganiu świata, ale nie podporządkowane czy zdominowane przez mężczyzn. Rodzice przez rok mieszkali bez ślubu w przybudówce do domu. W tamtych czasach to było nie do pomyślenia. A jednak babcia to akceptowała. Dziadek był głową rodziny, miał trzy córki, zarabiał na dom. Babcia nie pracowała, trochę tylko dorabiała szyciem, miała w sobie dużą dozę tolerancji. Skoro widziała, że dwoje ludzi się kocha, nie stawała okoniem. To fajne. Mama przejęła ten model, bo mogę powiedzieć o niej dokładnie to samo. Wychowywała nas w wolności wewnętrznej. Nigdy nie mówiła nam: „Nie idź tam”, tylko: „Idź, ale wróć taki, jaki wychodzisz. I żeby się nic nie stało”. Jakoś sami, podświadomie wiedzieliśmy, co nam wolno, a czego nie. Dała nam wielki margines zaufania i wolności, a my go nigdy nie naruszyliśmy. A jednocześnie mama była kobietą tradycyjną, dla której ważny jest dom, mającą jednego męża.

GALA: Pani tato wcześnie zmarł.

MAGDALENA CIELECKA: Tak, miał 45 lat. A mama nigdy się już z nikim nie związała. W swoich radach zawsze kierowała się naszymi oczekiwaniami, akceptowała też nasze wybory.

GALA: I dzisiaj nie mówi: „Córeczko, masz 37 lat, pora się ustatkować”?

MAGDALENA CIELECKA: Nigdy tak nie było, to raczej ja częściej o tym wspominam. Mama słucha, doradza. Zawsze tak było. Ona wszystko akceptowała, przywiązywała się do moich chłopaków, potem rozpaczała po rozstaniach, na tym samym poziomie co ja. Nigdy nie próbowała wywierać najmniejszego nacisku. Mój dom daleki był od wzorca kształtowania dzieci na własny wzór i podobieństwo.

GALA: Teraz rozumiem, skąd w Pani te przestrzenie wolności. A wolność daje siłę.

MAGDALENA CIELECKA: Ale ten medal ma też drugą stronę: taki margines wolności rozbestwia. I można coś przegapić. Dotyczy to zarówno życia, jak i pracy. Daje poczucie mocy. Skoro wszystko się dobrze układa, a ja mam nieograniczoną wolność, to mam też nieograniczony czas. A tak nie jest. I pewne rzeczy, które się zdarzyły dziś, jutro się już nie powtórzą.

GALA: Pani bohaterka w filmie „Mniejsze zło” długo nie mogła zaufać mężczyźnie, a gdy zaszła z nim w ciążę, on ją porzucił. Klasyka. Czy trudno jest Pani grać skrzywdzone kobiety?

MAGDALENA CIELECKA: Paradoksalnie bardzo łatwo. Znacznie łatwiej gra mi się role kobiet przegranych, złamanych, nieszczęśliwych, o skłonnościach samobójczych niż role pełne oczywistego dobra, ciepła czy harmonii. Nie wiem, na czym to polega. Myślę, że mam takie wrodzone predyspozycje, na scenie łatwiej wchodzę w sytuacje krańcowe, dramatyczne. One też mnie bardziej interesują, dają większą amplitudę emocji do przekazania. Nie miałam w życiu strasznie traumatycznych przeżyć, nie przeżyłam nawet buntu młodzieńczego, romansu z podejrzanym środowiskiem ani ucieczek z domu. Ale złamany rys jest mi bliski. Nie wiem, z czego to wynika, może ze znaku zodiaku? Jestem Rybą.

GALA: Najbardziej przejmującą Pani rolą była dla mnie Sarah w „4.48 Psychosis”. Wyszłam ze spektaklu zdruzgotana. Pani też przeszła wtedy traume. Czy teraz ma juz Pani dystans do takich ról?

MAGDALENA CIELECKA: Jest już inaczej. Choć od tego czasu nie zagrałam tak ekstremalnej postaci. Duże znaczenie ma to, w jakim momencie życia znajduję się, pracując nad rolą. Nie uważam, że będąc nieszczęśliwym, cierpiąc, konstruujemy bogatszych bohaterów. Ale w sensie osobistych kosztów ma to duże znaczenie. Nad „4.48 Psychosis” pracowałam w ogromnie trudnym dla siebie okresie w życiu prywatnym. Czułam, że coś się wyczerpało. W każdym sensie. I ta rola rzeczywiście mnie zjadła, wypaliła. Ale oczyściła. Teraz, gdy gram ten spektakl, już mnie ona tyle nie kosztuje. Z kolei nad „(A)pollonią” pracowałam w euforii. Miałam rok kompletnego szaleństwa. Byłam szczęśliwa, czułam, że coś się zmienia, że jestem zupełnie inna. W efekcie świetnie mi się pracowało, mimo że rola też jest traumatyczna i jej granie dużo mnie kosztuje. Ale nie narusza mojej konstrukcji psychicznej, bo zdarzyła się w innym momencie. Mam teorię, że nic się nie dzieje przypadkiem. Tak samo jest z ludźmi, poznajemy osoby, wchodzimy w związki, kiedy jest nam to do czegoś potrzebne. Wysyłając pewną energię, przyciągamy określone propozycje.

GALA: Na zdjęciach w prasie i na portalach internetowych zawsze jest Pani w otoczeniu mężczyzn. Trudno sobie wyobrazić, że ma Pani przyjaciółki…

MAGDALENA CIELECKA: Do pewnego momentu rzeczywiście deklarowałam, że preferuję mężczyzn, jako że są mniej skomplikowani i nie ma między nimi takiego tarcia jak wśród kobiet. Oni z kolei darzyli mnie wielką atencją, co łechtało moją kobiecą próżność. Ale przyjaźń z mężczyznami nie do końca jest możliwa, zawsze w tle jest schemat ofi ary i zdobywcy. O czym innym się też z nimi rozmawia, innego rodzaju grę prowadzi. Od paru lat zaczęłam się otwierać na kobiety i teraz jest ich w moim otoczeniu znacznie więcej niż mężczyzn. Widzę w tym wielką wartość. Kobiety są bardziej otwarte i empatyczne. A rozmawiamy nie tylko o facetach, kremach i spódnicach. Przyjaźni kobiecej nic nie zniszczy. Chyba że facet...

GALA: W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że w relacjach męsko-damskich „faceci dają dzisiaj ciała”. Co sie z nimi stało?

MAGDALENA CIELECKA: Wydaje mi się, a przyjaciółki to potwierdzają, że proporcjonalnie jest o wiele mniej interesujących mężczyzn niż interesujących kobiet. Nawet zewnętrznie. Nie mówię o urodzie, bo to pojęcie względne, tylko o klasie. Interesujący mężczyzna to ginący gatunek. Część z tych ciekawych na pierwszy rzut oka okazuje się gejami. Wiele złego bierze się z naszych domów, niewychowania synów na mężczyzn, tylko stosowania wobec nich przez matki pseudoochrony, która utrudnia wchodzenie w dorosłe życie. Efektem jest niedojrzałość emocjonalna, lęk przed odpowiedzialnością, wreszcie egoizm.

GALA: Ale od odpowiedzialności uciekają nie tylko mężczyźni…

 

MAGDALENA CIELECKA: To prawda. My, jako pokolenie, nie lubimy podejmować decyzji ani brać odpowiedzialności. Chętnie przesuwamy granice. Wydaje nam się, że życie nas niesie, i dajemy mu się bezwolnie prowadzić, bo jest łatwiejsze niż w czasach naszych rodziców. Mamy pieniądze, pracę, mieszkania, samochody, możemy wziąć paszport i jechać wszędzie. To rozleniwia i daje poczucie beztroski, bezkarności. Wyplenia z priorytetów. Niewiele osób ma dziś odwagę przyznać, że chciałoby wziąć ślub albo coś usankcjonować. Ci, którzy deklarują, że chcą być ze sobą całe życie, wydają nam się nawiedzeni, prawicowi i naiwni. Mam nadzieję, że to się zaczyna odkręcać, i że zmierzamy w kierunku głębszych wartości. Są już znamiona odwrotu. Bo przesyceni możliwościami i nieograniczoną wolnością coraz dotkliwiej odczuwamy pustkę. Wśród znajomych widzę tendencję do spędzania czasu z przyjaciółmi przy niedzielnym obiedzie i to przy stole, a nie na garden party czy przyjęciu na stojąco. Zaczynają być modne niedzielne spacery dużą grupą, z dziećmi. Wracamy do tradycyjnych wartości.

GALA: Czy zdecydowałaby sie Pani na dziecko samotnie?

MAGDALENA CIELECKA: Nie mam tak silnej potrzeby, by mieć dziecko bez względu na wszystko. Ale to może się zmienić. Dziś wciąż to mężczyzna jest dla mnie pierwszy. Dziecko widzę jako owoc bezpiecznego, wspaniałego z nim związku. Taki model chciałabym zrealizować.

GALA: Życzę, żeby spotkała Pani takiego mężczyznę.

MAGDALENA CIELECKA: Dziękuję.