Rzadko kiedy Magdalena Cielecka jest tak otwarta, ale dla "Gali" aktorka zrobiła wyjątek! Opowiedziała o nowej miłości, poprzednich związkach i relacji z ojcem. 

W najnowszym filmie Jana Kidawy-Błońskiego „Gwiazdy” grasz matkę Jana Banasia, byłego piłkarza Górnika Zabrze. Akcja toczy się na przestrzeni wielu lat, więc Twoją bohaterkę obserwujemy również, jak się starzeje. Podobasz się sobie w tym filmie?

Tak, podobam się sobie. Ta rola jest rodzajem cienia dla głównego bohatera, prawie niemym świadkiem tego, co się z nim dzieje przez lata. Starałam się narysować tę postać tak, by widz wiedział, co czuje matka, patrząc na losy syna, które nie są ani wesołe, ani łatwe. Poza tym kręci mnie, że można się postarzyć, zmienić, pokazać widzowi z innej strony. W naszym kinie ciągle brakuje kobiet w średnim wieku. Bohaterki najczęściej mają być ładne i młode. Kiedy czytam scenariusz, który opowiada o jakiejś kobiecie, zawsze w nawiasie jest napisane: 39 lat. Tak jakby czterdziestka była jakąś nieprzekraczalną barierą dla producentów czy widzów. Ostatnio czytałam scenariusz, w którym miałabym mieć 41 lat. Pytam: „Dlaczego nie 45, jaki to jest w ogóle problem?!”. Miło mi, kiedy ludzie na ulicy mi mówią: „W życiu wygląda pani lepiej niż na ekranie”. Wolę tak, niżby było odwrotnie. To jest też zabawa z wizerunkiem, prywatnością, mediami, magazynami kobiecymi. Bo nasz wygląd na okładkach magazynów nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, jakie jesteśmy naprawdę. To fajne, kiedy czytelniczka magazynu widzi, że wyglądam pięknie, glamour, a potem w kinie może zobaczyć, że nie boję się pokazać brzydka.

Role matek grywasz już od jakiegoś czasu, ale w „Gwiazdach” Twoim synem nie jest już mały chłopiec, jak w „Wenecji”, tylko całkiem dorosły Mateusz Kościukiewicz, prywatnie mąż Twojej rówieśnicy. Nie miałaś z tym problemu?

Nie, przyjęłam tę propozycję z radością. Pierwszy taki strzał ofiarował mi Marcin Wrona: jako Dulska zagrałam matkę Kuby Gierszała. Oboje z Marcinem śmialiśmy się wtedy, że przyszedł czas i na mnie. Miałam świadomość pewnej cezury, linii, którą przekraczam, na którą, uwierz mi, czekałam. Mam 45 lat, powiedz, ileż można grać młodsze od siebie?

Jeśli się wygląda dziewczęco, takie propozycje nieprędko przestaną przychodzić.

Prywatnie to oczywiście fajne, że mam takie geny i tak wyglądam. My wszyscy zresztą w tych dwutysięcznych latach wyglądamy młodziej niż pokolenie naszych matek, kiedy miały tyle lat co my teraz. Inaczej w latach 60., 70. na Śląsku wyglądała kobieta czterdziestoletnia niż ja dzisiaj w Warszawie. Żeby uwiarygodnić moją bohaterkę nosiłam na planie wypychacze z gąbki, w różnych okresach różnej wielkości, rodzaj body, które dodawało mi pupy, biustu, ramion. Inaczej się poruszałam. A teraz znów gram matkę Kuby Gierszała w „Podwójnym Ironmanie” i też jestem postarzana.

O takiej kobiecie jak Twoja bohaterka w Gwiazdach” mówiło się kiedyś „dzielna”. Krucha i silna zarazem, dumna Ślązaczka. Wzorowałaś się na swojej mamie? Z pewnością też miała niełatwe życie.

Tak, oczywiście. Zresztą mieszkamy w województwie śląskim, tyle że bliżej Częstochowy. Doskonale znam Śląsk z dzieciństwa. W Katowicach mieliśmy rodzinę, mój brat chodził w Sosnowcu do technikum, więc pamiętam panujący tam klimat, tę różnorodność, narodową sprzeczność. Rozumiem rodzaj wyobcowania, jaki mają Ślązacy i mieli zwłaszcza tuż po wojnie. Główny bohater urodził się w Berlinie z ojca Niemca i matki Ślązaczki i gdy przyszła komuna, nie było wiadomo, jak go sklasyfikować. Stąd jego dramat życiowy. Przy graniu postaci matek, a dostaję je już częściej niż niematek, mama jest dla mnie naturalnym odniesieniem i skarbcem inspiracji, oczywiście nigdy dosłownym. Jej dorosłe życie przypadło mniej więcej na lata, o których opowiada ten film. Nie były to łatwe czasy. Mama jest osobą, która nigdy nie narzekała na los, potrafiła zacisnąć zęby i mówić, że jest dobrze. Podobnie jak moja bohaterka, zawsze stała pół kroku za dzieckiem. Ani ja, ani mój brat nigdy nie słyszeliśmy ze strony mamy jakichś nakazów, zakazów, a to możesz zrobić, a tego ci nie wolno. W ogóle nie wiem, co to jest. Na pewno miała nas na oku, troszczyła się, ale ponieważ nie wyczuwaliśmy jej wystraszonego czy karzącego oddechu na plecach, nigdy nie przekroczyliśmy granicy zła. Postać Anny jest podobna. Nie wkracza w życie syna, nie mówi mu, jak ma postąpić. Daje tylko jedną wskazówkę: nie krzywdź innych. Patrzy rozumiejąco, wspierająco  drzwi do domu o każdej porze są dla niego otwarte. Ja też mam takie poczucie. Moja mama, choćbym nie wiem co zrobiła, zawsze zaakceptuje mój wybór i będzie za mną stała. Nawet jeżeli popełniam błędy, mogę liczyć na jej zrozumienie i wsparcie.

Kilka lat temu mówiłaś mi, że mama przeżywa Twoje rozstania z chłopakami nie mniej od Ciebie.

Tak (śmiech) i podsuwa mi chusteczki do otarcia łez. Pamiętam rozstanie z moją pierwszą miłością, jeszcze przed szkołą teatralną. Wychodziliśmy do lasu na spacer i mama wiedziała, że chcę mu powiedzieć, że to koniec. Wiadomo było, że będzie ryk, emocje. Jak wychodziliśmy, szepnęła mi na ucho: „Wzięłaś chusteczki?”. (śmiech) I to wszystko. Kiedy jesteśmy w jakimś związku, stajemy się rodziną. To naturalne. Ja wbrew pozorom nie miałam tych związków aż tak wiele. Raczej niewiele. Były dosyć długie, więc rodzina się w nie angażowała, mama przywiązywała się do moich mężczyzn. Zawsze przyjmowała ich z otwartymi ramionami, akceptując mój wybór. Nigdy mi też nie powiedziała po latach: „Wiesz, a TEN to był niewart ciebie”.

Media rozpisywały się o Twoich związkach, tym bardziej że Twoimi partnerami byli wybitni artyści, jak Grzegorz Jarzyna czy Andrzej Chyra.

Związki artystów nigdy nie są łatwe, zwłaszcza gdy się razem pracuje, często następuje moment przesilenia i finiszu. Człowiek też zmienia się z wiekiem. Szuka innych spełnień w sztuce, poznaje zawód i siebie w tym zawodzie spotyka nowych ludzi, twórców, partnerów w pracy, inne środowiska. Jeżeli uprawia się zawód intensywnie, zbyt wiele czasu na życie nie pozostaje. Chce się wszystkiego dotknąć, doświadczyć. Bywa, że drogi dwóch silnych osobowości się rozchodzą. To dotyczy też różnych projektów i teatrów. Nasz Nowy Teatr jest tego żywym dowodem.

Powiedziałaś kiedyś, że każdy Twój następny partner jest jakimś wariantem poprzedniego, jego lepszą wersją. Aż strach pomyśleć, do czego ta ewolucja Cię doprowadzi, bo mężczyźni, których wybierałaś byli mieszaniną cech, z jakimi niełatwo się żyje na co dzień: wyraziści, ale niedostępni i nieprzewidywalni. Tak mówiłaś.

Nie jest to dziś do końca ważne, kogo miałam na myśli, wypowiadając te słowa. Zresztą dotyczą one nie tylko mężczyzn. Każda relacja z człowiekiem jest wejściem w nowy świat. Czy to w relacji miłosnej, twórczej czy zwyczajnie ludzkiej czyjś świat na tyle cię fascynuje, że chcesz się w niego zanurzyć. Dla mnie nowa relacja jest zawsze lepszą odsłoną poprzedniego wariantu. Po pewnych doświadczeniach, także kobiecych, ze znajomością życia i ludzi, trudno mnie na tyle oszukać, bym zainwestowała emocje w coś, co okazałoby się miałkie, puste albo groźne do tego stopnia, że mogłoby być dla mnie niszczące. Dopuszczam do siebie osoby, które fascynują mnie swoją innością i przy których ja też się mogę rozwijać, dowiedzieć czegoś o sobie. Druga osoba jest naszym odbiciem, mamy szansę zweryfikować wyobrażenia o sobie. Nowy partner pokazuje ci ciebie z innej strony, ponieważ widzi cię bez kontekstu. Możesz na nowo ze sobą popracować.

Co odkryłaś w sobie przy obecnym partnerze Davidzie?

Odkryłam dziecko w sobie. Chyba nigdy tak nie miałam. Będąc z nim, zachowuję się trochę jak dziecko. Czuję się beztrosko, głupkowato, z czego on żartuje: „No proszę, to tak się zachowuje filar kultury polskiej!”. (śmiech) Mam przy nim rodzaj beztroski, całkowity brak kontroli. Na co dzień kontroluję się w zawodowych sytuacjach, w obecności mediów, przy ludziach, których nie znam, a których się trochę boję, bo mnie w jakiś sposób atakują. Przy Davidzie ujawniam się, myślę, że to moja prawdziwa natura, dziewczynka, która z radości potrafi piszczeć i podnosić sukienkę do góry, co robiłam jako dziecko, a co mi teraz przypomniała mama. To dla mnie absolutnie nowe i uwalniające.

David jest starszy od Ciebie? Czym Cię zafascynował?

Niewiele, o trzy lata. On pochodzi z tak innej kultury, tak innego świata, że już na starcie było to fascynujące. Inaczej patrzy na rzeczy, które mnie wydają się oczywiste i klepnięte.

 Co masz na myśli ?

Choćby naszą mentalność, polską kulturę czy pewne moje skojarzenia albo szybkie oceny w jakichś sytuacjach. On patrzy na to inaczej, bo nie zna kodu, pewnego genotypu. Otwiera mi oczy na wiele rzeczy, które ja już sklasyfikowałam i zamknęłam rozdział. A szkoda, bo warto zawsze zobaczyć drugą stronę, mieć inne spojrzenie. Często się zresztą spieramy na różne tematy. To ciekawsze niż przytakiwanie sobie i zgadzanie się na wszystko.

Ostatnio występujesz też w innej niż aktorska roli – szlachetnej, odwołującej się do poczucia misji. Bierzesz udział w demonstracjach opowiadających się za praworządnością, występujesz w obronie praw kobiet. David wspiera Cię w tym czy raczej przestrzega, że to może być dla Ciebie niebezpieczne?

Jest dumny ze mnie, wspiera mnie absolutnie, bo ma podobny pogląd na sprawy, które dzieją się w naszym kraju. Trudno mi sobie wyobrazić, że tak ważne dla mnie rzeczy – to, w co wierzę i za co jestem w stanie ponieść konsekwencje – nie znalazłyby zrozumienia u najbliższej mi osoby. To kwestia wyznawania tych samych wartości. Bo jeżeli mówimy o prawach kobiet, równym traktowaniu, demokracji, konstytucji, prawach zwierząt czy po prostu zasadach moralnych, które dla mnie są elementarne, dobrze, żeby druga osoba wyznawała podobne. David był ze mną na większości manifestacji, to dla mnie niezwykle cenne. Oczywiście czasami się o mnie boi. Mówi: „Może nie przeginaj, może za daleko idziesz”. Podobnie jak moja mama. Rozumiem ich obawy.

David jest przewodnikiem wycieczek, Ty lubisz podróżować. Planujecie wspólne eskapady?

Jestem już nasycona podróżami. Przez całe życie gdzieś mnie gnało, a od zeszłego roku zauważyłam u siebie syndrom, który  nazywam „kapcie i samobójstwo”. Po raz pierwszy nie chciało mi się jechać jak zwykle, czyli bez planu: kupić tylko bilet, a potem przenosić się z miejsca na miejsce. Byłam tak zmęczona, że potrzebowałam osiąść i zakorzenić się w jakiejś tkance lokalnej, sama się trochę zżymając i myśląc: „To rzeczywiście emerytura”. Ale tak dobrze mi zrobił ten wariant wypoczynku, że w tym roku chyba go powtórzymy, tylko na dłużej. Siedzenie w jednym pięknym miejscu, gdzie jedynym dylematem jest to, czy na kolację zjemy pomidory, czy cukinię, odbieram jako luksus. Czasem zastanawiam się, że można by gdzieś pojechać, ale jestem w tak ciągłym ruchu, zawsze wśród ludzi, że spędzenie wolnego tygodnia w domu, w Warszawie, jest dla mnie czystą przyjemnością. To, że on jest akurat przewodnikiem, nie wpływa na nasze plany

 Tym bardziej że David nie oprowadza wycieczek po Disneylandzie.

No właśnie, jest specjalistą od historii Żydów i stosunków polsko-żydowskich. W Polsce oprowadza po miejscach związanych z Holocaustem, a w Izraelu po Ziemi Świętej. To niełatwe tematy, więc ze swojej pracy nie wraca wypoczęty. Musi odreagować. Regularna obecność w Auschwitz zostawia ślad.

Jeździsz teraz częściej do Izraela?

Zanim poznałam Davida, byłam tam kilka razy, bo jeździłam też z teatrem. A kiedy cztery lata temu wybrałam się tam prywatnie na weekend, poznałam Davida, więc chyba był mi pisany. Jeżdżę do Izraela tak często, jak tylko mogę. Tym bardziej że w Tel Awiwie mieszka rodzina Davida. On nie ma obywatelstwa polskiego, ale mówiąc o Polsce, używa słów: u nas, w naszym kraju. Żyjąc tutaj ze mną, tworzy pewnego rodzaju pomost pomiędzy dniem dzisiejszym a tamtymi strasznymi wydarzeniami, kiedy jego rodzice zostali wyrzuceni z Polski. Znalazł dom parę przecznic od miejsca, gdzie do 1968 roku mieszkał jego ojciec.

W trakcie Twoich teatralnych podróży zdarzają Ci się przygody. W Argentynie omal nie trafiłaś do aresztu. Miałaś szansę zaliczyć jeden z najlepszych, zdaniem Charlesa Bukowskiego, uniwersytetów życia – według niego to burdele, więzienia i szpitale.

Z tej listy mam zdokumentowane tylko szpitale. (śmiech) W Argentynie wszyscy nas ostrzegali przed fałszywymi pieniędzmi, ale jakoś się tym nie przejęliśmy. I zapłaciłam taksówkarzowi gotówką, którą wcześniej ktoś mi wydał jako resztę. Pieniądze okazały się fałszywe, o czym dowiedzieliśmy się, gdy taksówkarz z policją wtargnął do knajpki, w której siedzieliśmy. Byłam wtedy w butnym nastroju, pewnie po kilku drinkach, i mówiłam: „Proszę bardzo, zabierajcie mnie do aresztu”. Koledzy mnie spacyfikowali, a ja żałuję do dziś, że nie mogę opowiadać o dobrze zakończonej przygodzie z aresztem w tle. Ale mogę jeszcze zostać aresztowana w naszym kraju.

Nie żartuj, na razie możesz być jedynie wyklęta przez media narodowe.

Jak na razie nie pracuję tam, nie jestem zapraszana, więc banicja już nastąpiła.

rzed Tobą inna ciekawa rola: Alicji w filmie „Ciemno, prawie noc” według powieści Joanny Bator.

Mam nadzieję, że film w końcu powstanie. Liczę na to, bo to rola na pewno dla mnie...

Bohaterka mierzy się w niej z mrokami dzieciństwa... Ty ze swoimi już się uporałaś. Stanęłaś twarzą w twarz z prawdą o chorobie alkoholowej ojca. Dlaczego to takie ważne, by się z tym zmierzyć?

Ojciec zmarł w 1992 roku, jak miałam 20 lat. Byłam nie dość dojrzała, brakowało mi empatii, żeby zrozumieć, że nie był złym ojcem, nieobecnym, tylko po prostu chorym. W tamtych latach choroba alkoholowa była czymś nagminnym. Miałam może jedną koleżankę z klasy, u której w domu się nie piło. To był temat tabu, nad którym wszyscy  przechodzili do porządku dziennego. Nie było pomocy, terapii ani dla chorych, ani dla ich rodzin. Śmierć ojca wyparłam, odrzuciłam. Coś się stało, dobra, sprawa zamknięta, żyjemy dalej. Nie zapłakałam, nie przeżyłam żałoby. Nie tak dawno temat alkoholizmu pojawił się w jakiejś mojej rozmowie i pomyślałam, że nie będę udawać. Mam zmyślać, że było cudownie? Nie było. Wiedziałam, że aby polepszyć swoje życie, muszę się uporać z przeszłością. Może też zmusiły mnie do tego wydarzenia z mojego życia. Bo jeżeli zaczynasz zastanawiać się, dlaczego reagujesz tak, a nie inaczej, dlaczego coś ci się nie udaje, a w pewnych sytuacjach zachowujesz się agresywnie, chcesz zrozumieć z czego to wynika. Odpowiedzi szukałam u podstawy – w domu, dzieciństwie, bo tam wszystko jest. Nie wpadłam na to sama. Przeczytałam trochę książek, rozmawiałam z mądrymi ludźmi, szukałam pomocy. I dopiero po latach byłam gotowa pożegnać się z ojcem, wybaczyć mu. Spojrzałam na niego jak na ofiarę, osobę chorą i zagubioną. Dzisiaj mu współczuję. Stracił życie, bo nikt nie był w stanie mu pomóc. Kiedy o tym głośno powiedziałam, wiele osób mi dziękowało. Zwłaszcza kobiety, które mają podobną historię. Moje pokolenie to w większości DDA, dorosłe dzieci alkoholików.

Jest coś, za czym lub do czego tęsknisz?

Ojej, chyba nie mam nic takiego… Mogę tęsknić za tym, że w wieku lat 20 wygląda się trochę inaczej i ma się życie przed sobą. Ale czy bym znów chciała mieć 20 lat? Nie. Może chciałabym mieć sprawność, formę i ciało 20-latki, ale jednak świadomość i wygląd dzisiejszy, bo o wiele bardziej się sobie podobam dzisiaj niż kiedyś. Nie mogę też powiedzieć, że tęsknię za jakimś okresem w moim życiu i go sobie wspominam. Nie. Patrzę raczej do przodu, staram się być tu i teraz. Mam apetyt na to i ciekawość tego, co przyniesie jutro.