Za nami już trzeci odcinek programu „The Voice of Poland. Najlepszy głos” w TVP2 z Pani udziałem. Jak się Pani czuje w roli prowadzącej?

Świetnie, przed chwilą skończyłam pracę, teraz mam przerwę i jakąś godzinkę dla córki.

Miała Pani tremę przed pierwszym wejściem na żywo?

Pamiętam, jak po występie uczestników programu z grupy Andrzeja Piasecznego usłyszałam przez mikrofon schowany w moim uchu odliczanie. Przy piątce rozważałam ucieczkę, najlepiej tam, gdzie pieprz rośnie. I kto wie, czy nie zrobiłabym tego, gdyby Hubert nie przytrzymał mnie za gardło. 

Mówi się, że Magda Mielcarz jako prowadząca program z odcinka na odcinek nie robi postępów. Bo już na starcie osiągnęła „sufit” i teraz musi tylko „utrzymać się na fali”.

Bardzo dziękuję, ale proszę uważać, bo zamierzam się jeszcze udoskonalać. Faktycznie, prowadząc ten program razem z Hubertem Urbańskim, czuję się jak ryba w wodzie. Może dlatego że bardzo odpowiada mi jego formuła, widzę w niej sens. To program na bardzo wysokim poziomie, w każdym znaczeniu tego słowa. On naprawdę wspiera młode talenty. Próbujemy spełnić marzenia tych młodych, szalenie zdolnych ludzi. Poza tym ja to po prostu lubię, nie ma nic gorszego niż praca, która nie sprawia nam przyjemności. Dla mnie atmosfera podczas każdego odcinka i adrenalina są wspaniałe.

Na początku, kiedy zostało powiedziane, że to Pani razem z Hubertem Urbańskim będzie prowadziła „The Voice of Poland”, w internecie zawrzało. „Ładna ozdoba Urbańskiego” albo „Modna butonierka w kieszeni jego marynarki” – to tylko niektóre z komentarzy. Co wtedy sobie Pani myślała?

Nic. Każdy ma prawo do swojej opinii. Miałam swoją robotę do wykonania i to robiłam. Jestem raczej typem „z jajami” i mam do siebie dystans.

A gdyby teraz miała Pani ocenić swoją pracę od 1 do 10?

Nie chciałabym tak się ocenić, bo skala od 1 do 10 jest skalą zamkniętą. Nie ma w niej miejsca ani na spontaniczność, ani na rozwój. Nie lubię tak funkcjonować. Zawsze jestem otwarta na sugestie. Podstawa to iść do przodu.

Odchodząc z TVN, z programu „Top Model. Zostań Modelką”,  tłumaczyła Pani swoją decyzję brakiem czasu dla rodziny. Co teraz się zmieniło?

Przede wszystkim tryb pracy. Teraz mam jasno ustalone ramy czasowe. Pracuję tygodniowo dwa dni przez siedem tygodni. Nie jest to na tyle długo, żebym nie mogła sobie tego czasu jakoś sensownie ułożyć. Córka i mąż przeprowadzili się razem ze mną do Warszawy. Mąż jest trochę „zalatany”, bo krąży między Polską a Stanami, ale ogólnie fajnie to sobie wszystko zorganizowaliśmy i póki co jakoś funkcjonujemy. W „Top Model” często jeździliśmy w teren, nagrywaliśmy odcinki całymi dniami. Wtedy faktycznie tęskniłam za rodziną, my jesteśmy taką drużyną, która rzadko się rozdziela.

Magdę Mielcarz znamy już jako modelkę, aktorkę, współprowadzącą program rozrywkowy. Wkrótce poznamy Pani kolejne oblicze – kobiety śpiewającej.

Tak, od dłuższego czasu marzyło mi się, żeby wydać płytę. Ze swoją muzyką, tekstami. W którymś momencie poczułam, że chcę to zrobić teraz, zakasałam rękawy i wzięłam się do roboty. Już wkrótce będzie pierwszy singiel.

Jaka to płyta?

Moja, bardzo moja, osobista. Trzeba ją po prostu usłyszeć. Jerzy Kawalerowicz powiedział kiedyś przed premierą, że nie będzie mówił o filmie przed jego projekcją, bo za chwilę i tak go wszyscy zobaczą. Natomiast po premierze tym bardziej nie ma sensu o nim mówić, bo już wszystko wiadomo. Ja posłużę się jego słowami odnośnie mojej muzyki.