Kiedyś byłaś menedżerem gwiazd, dziś jesteś doradcą wizerunkowym. Pomagasz innym w kreowaniu siebie. myślałem, że usuniesz się w cień, a Ty jesteś jak gwiazda – stworzyłaś własną kolekcję ubrań, napisałaś książkę. „Chodzisz” w pierwszym szeregu.

Dla mnie w pracy najważniejsze są wzajemny szacunek i zaufanie. Jeśli one są, to nie ma szeregów, nie ma pierwszej, drugiej, trzeciej linii. W to miejsce mamy doskonałą drużynę. Nie bez przyczyny na początku roku powiedziałam, że kończę pracę jako menedżer – siedem lat poświęcania się osobom popularnym to wystarczająco długo. Zostałam doradcą wizerunko-wym zwykłych ludzi. Jakkolwiek by to banalnie zabrzmiało, ci zwykli ludzie dają mi najwięcej siły, energii i poczu-cie, że robię coś pożytecznego.

Kim są ci zwykli ludzie?

Pojawili się przy mnie wtedy, kiedy zaczęłam pisać mojego internetowego bloga. Stworzyła się mała społeczność, która zainteresowała się tym, co robię. Ci ludzie zaczęli zadawać mi konkretne, szczere pytania: o mój styl, wizerunek, odwagę. One sprawiły, że postanowiłam stworzyć coś adresowanego do nich. My w Warszawie żyjemy Warszawą, która ma niewiele wspólnego z Polską. Ta jest 30 kilometrów dalej od stolicy. I, niestety, to tam zaczynają się prawdziwe problemy. To tam ludzie ubierają się na szaro, bo nie chcą być wytykani palcami, kiedy założą czerwoną czapkę czy błękitny kapelusz. Przerażające. Kiedy dostajesz maila od kobiety, która pisze, że jest szczęśliwą mężatką, matką dwójki dzieci, prawniczką – cudownie, brzmi wspaniale – tylko że na końcu jej listu pada pytanie: „Pani Maju, co zrobić, kiedy po tym, jak rano wstanę i spojrzę w lustro, nie potrafię się uśmiechnąć? Kiedy nie potrafię cieszyć się z tego, jak wyglądam?”. Jeżeli ktoś taki do mnie pisze i poświęca mi chwilę, chcąc wpuścić do bardzo intymnej sfery swojego życia, jest dla mnie tak samo ważny jak Edyta Górniak albo Doda, z którymi pracowałam. Podchodzę do ludzi dokładnie tak samo – czy to jest gwiazda, czy zwykły człowiek.

Dla tych zwykłych ludzi napisałaś swoją pierwszą książkę. Skąd wiesz, że kobiety, które ją przeczytają, uwierzą w to, co napisałaś?

Starałam się w poradniku przedstawić siebie bardzo autentycznie. Niczego im nie narzucam. Chcę pomóc. Powiedzieć innym kobietom: „Każda z was ma swój styl i może go z siebie wydobyć. Tak samo jak ja to zrobiłam”.

W książce nazywasz siebie „zakompleksioną klasyczną brzydulą”.

Byłam wstydliwa, nieśmiała. Nie miałam powodzenia u facetów. Wiele nie najfajniejszych sytuacji mnie spotkało, które – być może – spowodowały, że byłam pełna kompleksów. Przez wiele lat cierpiałam w związku z moimi oczami – kiedy po wypadku musiałam nosić okulary -17, wyglądałam, jakbym założyła na nos denka butelek.

Co się stało?

Miałam sześć lat. Zaczęło się niewinnie – od jazdy na rowerze. Nauczył mnie jej tata. Byłam tak dumna, że bardzo chciałam się tym z kimś podzielić. Przewiozłam moją koleżankę. Kiedy zobaczyła to jej mama, zdenerwowała się i bardzo na mnie nakrzyczała. Wróciłam do domu i postanowiłam, że pogram w gumę. Bez koleżanki? Zahaczyłam gumę o klamkę, a ta strzeliła w moje prawe oko. Straciłam wzrok. Szok, przerażenie, płacz mamy! Przeszłam kilka operacji. Szpitale, w których leżałam na sali z dorosłymi kobietami i słuchałam historii, jak to nie będę mogła naturalnie rodzić przez mój problem z okiem... Wreszcie przeszczep soczewki – chyba kiedy miałam 15 lat. Po nim mogłam pozbyć się wielkich okularów z grubymi szkłami i przestałam być szykanowana przez kolegów w szkole, którzy żartowali albo z moich oczu w „spodkach”, albo z moich za długich nóg. Dopiero w Warszawie moja dupa stwardniała. Na szczęście serce nadal mam miękkie.

Ty dzisiaj i Ty kiedyś. Zupełnie inna Maja?

Czasami, kiedy patrzę na swoje zdjęcia sprzed lat, myślę: „Boże, jaka tragedia”. Chyba ubierałam się wtedy dla kogoś innego. Bo na pewno nie dla siebie. Ale pozostała we mnie wielka miłość do ubrań oversize – ponadwymiarowych. Szczerze? Najbardziej lubię siebie, jaką jestem teraz. Ale mam świadomość, że za rok też powiem: lubię siebie tu i teraz.

A dziś? Ubierasz się dla swojego partnera Wojciecha Mazolewskiego?

Przede wszystkim dla siebie. Ale cieszę się, kiedy docenia to osoba, z którą jestem, lub po prostu kiedy robi to samo. Nauczyłam się jednej z podstawowych rzeczy i, paradoksalnie, tę instrukcję przekazał mi mój mężczyzna: „Kiedy nie dbamy o siebie, świadomie i egoistycznie, ludzie obok nas, bliscy sercu, nie dostaną tyle dobrego, ile chcielibyśmy im dać”. Zatem zostałam egoistką, żeby być szczęśliwa i móc uszczęśliwiać innych.

Jak jest w związku z artystą? Teraz już prywatnym.

Trafiłam na wspaniałego faceta. Jestem szczęśliwa. I więcej na ten temat nie powiem.

To może powiedz, co byś zmieniła w kobietach, które obserwujesz na ulicy?

 

Bardzo często, kiedy widzę jakąś kobietę, mam ochotę do niej podbiec i poradzić jej, zasugerować, co powin-na zmienić w swoim wyglądzie. Ale ponieważ mam taką zasadę, że chciałabym pomagać tylko tym ludziom, którzy tego chcą, to nie wypada mi tak spontanicznie ingerować w czyjeś życie. Podbiegam więc do nich, ale tylko myślami. Są również kobiety, w których bym niczego nie zmieniła. Niedawno podeszłam do jednej i powiedziałam: „Wyglądasz tak wspaniale, że zdjęłabym z ciebie wszystkie ubrania”.

A tak z ręką na sercu: ile czasu Tobie zajmuje ubieranie się?

Zdziwisz się, bo niewiele. Wcześniej planuję, jak będę wyglądać. Mam przygotowane zestawy. Wkurza mnie to, kiedy muszę się ubrać pod presją czasu. Nie mogę sobie na to pozwolić, bo za bardzo cenię dobre samopoczucie. Kiedy dobrze się czuję i wiem, że dobrze wyglądam, to reszta zawsze się układa.

Dlaczego Londyn stał się Twoją prywatną stolicą mody?

Kiedy tylko w nim ląduję, natychmiast mam poczucie, że rosną mi skrzydła. Nie ma dla mnie innego miasta, które daje mi tak olbrzymie poczucie wolności, a to z kolei daje mi siłę do działania na mojej ojczystej ziemi. Poza tym zawsze, kiedy odwiedzam to miasto, udaje mi się upolować jakieś modowe perełki. Ostatnią jest dżinsowy płaszcz vintage. Zainspirował mnie podczas tworzenia kolekcji dla Mohito.

„Bez uśmiechu nigdy nie będziesz w pełni ubrana” – piszesz do kobiet w swojej książce. Kiedyś się nie uśmiechałaś?

Ważne jest to, co mamy na sobie, ale najważniejsze jest to, co kryje się pod ubraniem – tak „przetłumaczyłabym” to zdanie. Brakowało mi momentu, w którym mogłabym być dumna z siebie. Zmieniłam to. Troszczę się o własną higienę mentalną. Poza tym zaczęłam zdrowo żyć, nie jem mięsa i dbam o siebie, jak tylko mogę.

Te tatuaże na Twoich rękach – róże – pojawiły się przed tym, jak się zakochałaś?

Musimy o tym rozmawiać?

Chciałbym to wiedzieć. Są subtelne...

Bo podchodzę do tatuaży bardzo estetycznie. Uwielbiam je. Są moim nałogiem – wciągnęły mnie, jak innych papierosy, alkohol czy narkotyki. Na szczęście tatuaże nie szkodzą tak bardzo jak inne używki.

Co te róże symbolizują?

Znaczą dla mnie dużo. Ale rozmowa o tatuażach jest jak rozmowa o seksie. Niewygodna i zbyt intymna. Tatuaże wiele o mnie mówią. Są jak zapisane myśli, które „łapię” pomiędzy wdechem a wydechem. Różami na początku zakryłam inny tatuaż, który kojarzył mi się z przeszłością. Teraz robię je z innych powodów. Jedno z ważniejszych dzieł, które zrobiłam, to tatuaż z Marilyn Monroe. Powstał w studiu Miami Ink w USA. Jest dla mnie bardzo szczególny. Od niego tak naprawdę rozpoczęła się moja przygoda z modą. Kiedy wróciłam do Polski i zajrzałam do swojej szafy, okazało się, że moje koszulki z Myszką Miki czy bluzeczki z różowymi cekinami już nie pasują do mnie, do mojego ciała z portretem Marilyn. Wszystkie niepasujące ubrania oddałam.

Własna kolekcja ubrań, książka. A teraz jeszcze podobno program w telewizji?

Jeśli wszystko się ułoży, to startujemy z nim w 2013 roku w TVN Style. Pracuję nad nim wspólnie ze stacją od kilku miesięcy. To autorski projekt. Będzie zdradzał mój sposób na modę. Podobnie jak w poradniku będę chciała być doradcą wizerunkowym dla zwykłych ludzi. Mam dość tej ciągłej krytyki mody i komentowania tego, jak ubierają się gwiazdy. Przecież jeśli ktoś krytykuje na łamach gazety osobę popularną, którą lubi na przykład statystyczna pani Zosia, to jak ta kobieta ma mieć odwagę, aby sama dobrze się ubrać? W naszym kraju krytykowanie przekroczyło już wszelkie możliwe granice. Mam ochotę stanąć i po kolei tym pseudoznawcom mody dać kopa w tyłek. Dlatego w moim programie będę udowadniać, że każda kobieta może być gwiazdą dla siebie i każda może mieć swój styl, jeśli tylko zechce.

A Ty jesteś gwiazdą? Celebrytką?

Celebruję życie. Na sto procent.