Gala: Ostatni raz rozmawiałaś z „Galą”  w 2012 roku. Dużo się w Twoim życiu od tamtej pory zmieniło?

Maja Sablewska: Bardzo dużo!

Na pewno masz więcej tatuaży…

To prawda.

Kiedyś powiedziałaś, że tatuaże były dla Ciebie sposobem  na trudny czas. Wydaje się, że teraz w Twoim życiu jest piękny czas, a tatuaży masz coraz więcej.

Masz rację. Ale nawet w tym dobrym czasie pojawiają się momenty, które kompletnie mnie zmieniają. Tragiczne, jak chociażby śmierć moich najbliższych, albo szczęśliwe, jak spełnienie kolejnego marzenia. Prawie każdy z tych momentów upamiętniam  tatuażami. Nie lubię jednak rozmawiać  o tatuażach.

Dlaczego?

Bo dla mnie to jest tak intymne jak rozmowa o seksie.

Ile ich masz?

Nie wiem, może 20? Nawet nie potrafię ich policzyć, bo bardzo często łączę je ze sobą. Wtedy nabierają nowego znaczenia. Tatuaże naprawdę mi pomagają.

W czym?

W utrzymaniu życiowej równowagi, w tym, żeby nie przekraczać jakiejś granicy, żeby się odnaleźć w tym świecie. Niektórzy piją, palą albo imprezują, a ja robię tatuaże. To mój jedyny nałóg. Lubię przypominać sobie, dlaczego zrobiłam dany tatuaż, wracam myślami do tej chwili, zastanawiam się  nad pewnymi rzeczami…

Nie boisz się, że kiedyś Ci się znudzą?

Nie. To niemożliwe.

Przeszłaś ogromną metamorfozę. Od zakompleksionej dziewczyny, która uważała się za brzydulę,  w okularach o szkłach jak denka od słoików do gwiazdy, ikony stylu.

Każdy w życiu przechodzi jakąś drogę. Ale jeśli jest gotów na zmianę, musi wyjść poza swoją granicę komfortu oraz otworzyć się na pomoc, wtedy swój cel osiągnie szybciej.

Kto Ci w tym pomógł?

Mnóstwo osób, ale chyba najbardziej pewna 70-letnia pani psycholog, która poukładała mi w głowie. Pomogła mi złożyć w całość wszystkie moje przeżycia, wartości, kompleksy i myśli. I odnaleźć sens życia.

Skąd wzięły się Twoje kompleksy?

Byłam kompletnie niepewna siebie. Uważałam się za brzydką.  Nie pozwalałam robić sobie zdjęć. Miałam ogromny kompleks  z powodu oczu – jako dziecko uległam wypadkowi, w wyniku  którego prawie straciłam oko.

Jak do tego doszło?

Miałam sześć lat i byłam nadpobudliwym dzieckiem. Pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę skakała sama w gumę. Zaczepiłam ją  o klamkę łazienki, a guma strzeliła mi w oko. Musiałam mieć przeszczep soczewki. Tak zaczął się tragiczny okres w moim życiu: przez wiele lat walczyłam o to, żeby oko wróciło  do normalnego stanu. I dopiero niedawno zdałam sobie sprawę, jak ciężki był to czas  i jak bardzo zaważył na moim obecnym życiu. Zrozumiałam wiele rzeczy.

Na przykład co?

Przede wszystkim musiałam bardzo szybko dorosnąć. Po wypadku spędzałam dużo czasu w szpitalu, w sali z dorosłymi kobietami, zamiast oglądać bajkę na dobranoc, patrzyłam, jak palą papierosy w otwartym oknie,  i słuchałam ich rozmów, o wszystkim i o niczym. Przeszłam tam przyspieszony kurs dojrzewania.

Miałaś wsparcie rodziców?

Mama zawsze mówiła, że powinnam robić to, co czuję, i marzyć. Tata, że powinnam się zająć czymś poważnym, sceptycznie podchodził więc do moich pomysłów na życie.  A ja wtedy kochałam muzykę. Jeździłam więc na koncerty. Potrafiłam wsiąść do pociągu bez biletu i pieniędzy. Nie myślałam  w ogóle o konsekwencjach, tak bardzo chciałam być częścią tego świata.

I udało Ci się.

Prowadziłam fanklub Natalii Kukulskiej i podczas jednego z koncertów opiekowałam się jej synem Jasiem. Dwa dni później zadzwoniła do mnie i spytała, czy nie chciałabym przyjechać do Warszawy, zamieszkać z nimi, opiekować się Jasiem i jednocześnie współpracować z jej managementem. Właśnie dostałam się na dzienne studia, na geografię. I wybuchła kłótnia rodzinna: czy powinnam jechać, czy nie. Tata był maszynistą, a mama pracowała w spółdzielni dla niewidomych jako sekretarka. I choć wiele razy mieli możliwość, by zmienić swoje życie, nigdy się na to nie odważyli. Ja jestem inna, lubię wyzwania, mam charakter mojego ukochanego dziadka Kazika, zresztą jestem też do niego bardzo podobna fizycznie. Dlatego, kiedy Natalia zadzwoniła w niedzielę, ja już w środę byłam w Warszawie,  z jedną torbą i 420 złotymi w kieszeni.

Kiedy postanowiłaś, że już nie chcesz być bohaterką drugiego planu?

Nigdy. To był całkowity przypadek, jak większość rzeczy w moim życiu. To było sześć lat temu.

Edward Miszczak zaprosił mnie na rozmowę w sprawie „X Factora”. Byłam przekonana, że chodzi o Edytę Górniak, którą się wtedy zajmowałam. A on zaproponował, abym została jurorką.

W jakich relacjach jesteś dziś z gwiazdami, których byłaś menedżerką, zanim sama stałaś się gwiazdą: z Dodą, Mariną,  Edytą Górniak?

Natalia Kukulska zaprosiła mnie na swoją czterdziestkę, lubimy się. Z  Dodą mam taki, powiedzmy, „koleżeński” kontakt. Z Kasią Kowalską i Patrycją Markowską przybijamy sobie piątkę, kiedy się widzimy. Nie uciekamy przed sobą. (śmiech) Ale z Edytą i Mariną nie mam obecnie żadnego kontaktu. 

Nie chcesz go mieć?

Nie chcę na siłę.

Jeśli widzę artystkę, którą się zajmowałam tyle lat i naprawdę starałam się robić to jak najlepiej, a ona przede mną ucieka, gdy pojawiam się na horyzoncie,  to przecież nie będę jej gonić.

Od tamtej pory bardzo się zmieniłaś, także fizycznie. Kontrowersje wzbudziła Twoja wypowiedź, że rysy twarzy zmieniły Ci się od zdrowej diety. (śmiech)

Nie chcę się tłumaczyć, bo ja naprawdę dalej tak uważam. Dieta, szczególnie gdy ktoś  zrzuca 10, 15, a nawet 30 kg, zmienia rysy.  I niech się nabijają ze mnie moje koleżanki, które mówią, że nie korzystają z różnych dobrodziejstw medycyny estetycznej,  a mijamy się w tych samych klinikach…

A Ty korzystasz? Tak, nie wypieram się tego, ale jednocześnie podkreślam, że nie miałam operacji plastycznych, co też mi zarzucają. Staram się dbać o siebie rozsądnie, nie przekraczając pewnych granic.

W programie „Sablewskiej sposób na modę” pomagasz kobietom znaleźć swój styl. Ale mam wrażenie, że robiąc porządki  w ich szafach, porządkujesz też ich głowy.

Zdecydowanie. Moim zdaniem wizerunek ma ogromne znaczenie. Kiedy przestałam pracować z Dodą i nie było mnie już w „X FFactorze”, założyłam blog. Pamiętam moment, kiedy zostałam zaproszona do „Dzień dobry TVN” i pani Jolanta Pieńkowska zapytała mnie,  jakie to uczucie, kiedy najlepsza menedżerka gwiazd w kraju kończy jako autorka bloga modowego? Było mi przykro, ale spokojnie odpowiedziałam, że jeśli udało mi się w ciągu paru lat pomóc trzem artystkom, a w ciągu sześciu miesięcy prowadzenia bloga kilku tysiącom kobiet, to wybieram tę drugą opcję. 

I to Cię zmotywowało, by zawalczyć o autorski program  w telewizji?

Tak, krytyka mnie napędza. Poszłam do Edwarda Miszczaka, powiedziałam, że skoro ulegli Kubie Wojewódzkiemu i nie pracuję już  w „X Factorze”, to chciałabym coś w zamian. Wtedy właśnie postanowiłam zamienić muzykę na modę. Dostałam program w TVN Style. Na początku nikt w niego nie wierzył. Chyba dlatego, że założenie było  takie, że nie będę skupiała się na krytykowaniu i ocenianiu, lecz na pomocy  i szukaniu rozwiązań. Nawet pozornie beznadziejnych przypadków.  W pierwszym odcinku na przykład pojawiła się dziewczyna, która była prostytutką, chciała się z tego uwolnić, ale nie miała siły, nie wiedziała jak – ja miałam jej w tym pomóc. To był naprawdę skok na głęboką wodę. I udało się! Pierwszy odcinek miał świetną oglądalność,  po pierwszej edycji wszyscy uwierzyli,  że program ma jednak sens. A teraz robię już dziewiątą edycję „Sablewskiej sposób na modę”…

Podobno lubisz się czasami rozpieszczać i kupujesz sobie piękne rzeczy…

Kiedy po pięciu latach związku rozstałam się z facetem i bardzo to przeżywałam, zaczęłam malować usta czerwoną szminką, której nigdy wcześniej nie używałam.  Nie chciałam pokazywać, że cierpię.  Poza tym chciałam zrobić dla siebie coś dobrego. My, kobiety, tak rzadko same sprawiamy sobie przyjemności. Zdecydowanie za rzadko.

A co sobie ostatnio fajnego kupiłaś?

Mercedesa G klasa z lat 90. To było moje marzenie. Ale najlepszą rzeczą, jaką dla siebie zrobiłam w życiu, było pójście na terapię. To były najlepiej wydane pieniądze. Terapia zrewolucjonizowała moje życie.

Powiedziałaś kiedyś, że najważniejsze w życiu rzeczy to miłość i pokora. Jak to jest więc z tą miłością, skoro mówisz, że rozstałaś się się z facetem? 

Najważniejsza dla kobiety powinna być miłość do samej siebie. Zrozumiałam to dopiero podczas terapii. Dopiero wtedy jesteśmy gotowe, by prawdziwie pokochać mężczyznę.

Czy ty jesteś już na to gotowa?

Tak. Czuję, że teraz bardziej niż kiedykolwiek. Nadal uważam, że miłość jest najważniejsza w życiu, chociaż nie tylko ta do partnera.

Nie chcesz, żeby Twoje poczucie szczęścia zależało od tego,  czy jesteś w związku, czy nie?

Tak, i życzę tego każdej kobiecie.

Czy Ty czułaś się szczęśliwa tylko wtedy, gdy był przy Tobie mężczyzna?

Tak. Ale już wiem, że to pułapka. Najważniejsza jest pewność siebie. Jeśli wierzymy w siebie, wtedy nasze szczęście zależy już tylko od nas.

Jesteś zakochana?

(śmiech).

Patrząc na Ciebie, powiedziałabym, że tak…

Sama to oceń w takim razie. Na pewno jestem teraz szczęśliwa.

Mówiłaś, że nie wykluczasz tego, że w przyszłości chciałabyś mieć męża i dziecko. Dodałaś jednak, że to nie byłaby normalna rodzina. Co to znaczy?

Gdzie ty takie rzeczy przeczytałaś?! (śmiech) Wiem, o co chodzi. Byłam już dwa razy zaręczona – zatem do trzech razy sztuka! Ale serio: nie prowadzę stereotypowego życia, mam nieregularny czas pracy,  nie jestem typową kurą domową.

A byłabyś gotowa na taką rewolucję w swoim życiu?  Na męża i dziecko?

Jeszcze nie, ale nie chcę tego planować. W moim życiu wszystko tak szybko się zmienia, że kiedy ukaże się ten wywiad, może będę już gotowa. Staram się więc nie nadużywać słowa: „nigdy”. Marzę o tym,  by mieć rodzinę, ale czuję, że to nie jest jeszcze właściwy moment.

Osiągnęłaś spektakularny sukces. Często bywa tak, że to rewiduje przyjaźnie, zmienia też nasz stosunek do życia. Jak Ty znosisz swój sukces?

Miło mi, że tak mówisz, ale czuję, że sukces jest dopiero przede mną. Chcę jeszcze dużo rzeczy zrobić w życiu. Dopiero stworzyłam swój fundament – dziewczyny, która chce robić coś z sensem, nie tylko dla siebie. Chcę robić coś pożytecznego również dla innych kobiet.

Czyli na razie jeszcze nie rozkoszujesz się sukcesem, który masz?

Nie, w ogóle nie czuję, że osiągnęłam sukces.

A rodzice są z Ciebie dumni?

Bardzo! I to akurat jest piękne.

A koleżanki? Te, które kiedyś uważały Cię za brzydulę?

Za brzydulę albo chłopczycę. (śmiech) Sablewska była od sportu,  od koszykówki i od biegania. Nie utrzymuję przyjaźni i kontaktów  z koleżankami ze szkoły, bo najzwyczajniej w świecie nie mam tyle czasu, by pielęgnować te relacje. Ale jest też tak, że kiedy jadę w rodzinne strony, bo często uczestniczę w różnego rodzaju eventach modowych, podczas których spotykam się z kobietami, przyjeżdżają dawne koleżanki i gratulują mi tego, co osiągnęłam. To bardzo miłe.

Masz dziś nowych przyjaciół?

Jestem bardzo blisko z moją mamą. Kiedy zaczynam o niej mówić, chce mi się płakać ze wzruszenia. Mamy Mamy ze sobą cudowny kontakt. Taki, o jakim zawsze marzyłam. Moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką. Ale szczerze mówiąc, z niektórymi przyjaciółmi, musiałam się w tym roku pożegnać…

Dlaczego akurat w tym roku?

Dlatego, że ten rok jest w ogóle dla mnie przełomowy. Nie wiem,  czy wierzysz w numerologię, ja teraz jestem w „jedynce”. „Jedynka”  to jest taki moment dla numerologicznych „dziewiątek”, kiedy dużo rzeczy się zamyka, a otwiera nowych. Zaczęło się od rozstania z moim partnerem, z którym planowałam ślub. Później to był efekt domina: skończyły się różne relacje, przyjaźnie. Kiedy jesteś w dobrym momencie życia, to przyjaciele są z tobą, ale trudne sytuacje często weryfikują przyjaźnie. Z kilkoma osobami musiałam się pożegnać.

Czujesz się samotna?

Wcale. Zostały mi cudowne dwie przyjaciółki. Aż dwie. (śmiech) Zawsze przy mnie jest też rodzina. Mam młodszą siostrę, na której mogę polegać w każdej sytuacji, i wspierających mnie rodziców.  Mam też fantastycznych współpracowników.

A gdzie widzisz siebie za 15, 20 lat?

Wtedy będę miała 50 lat. I widzę siebie na siłowni. (śmiech)

Na siłowni?!

Tak. Chciałabym prowadzić zdrowy styl życia, który mnie trzyma  w ryzach i pozwala ciężko pracować.

Ile czasu spędzasz na siłowni?

Mam treningi trzy razy w tygodniu. To był też kolejny dobry patent na rozstanie: zająć się sobą. Zrobić coś dla siebie, wyglądać jeszcze fajniej, jeszcze lepiej. Chciałabym cały czas być aktywną kobietą. Pokazywać, że wiek nie jest ograniczeniem, że modnie możesz wyglądać bez względu na to, ile masz lat i jaki nosisz rozmiar, moda jest  dla wszystkich. Naprawdę, jedynym ograniczeniem jest nasza głowa. Sprawdziłam to na sobie, bo każde rozwiązanie, które proponuję  w moim programie, przetestowałam. Sama przeszłam nie jedną,  lecz kilka metamorfoz. W związku z tym będę dalej zmieniała ludzi, będę dalej im pomagała.

W którym momencie moda stała Ci się bliska na tyle, że poczułaś się ekspertką w tej dziedzinie?

Kiedy zaczęłam pracować nad pewnością siebie. Do tej pory chodziłam w za dużych bluzach, które teraz nosi mój tata, szarych legginsach, wyciągniętych na kolanach. Ale nie dlatego, że nie miałam wyczucia stylu, tylko dlatego, że byłam bardzo wstydliwa. Dopiero  w „X Factorze” po raz pierwszy w życiu założyłam szpilki! Miałam wtedy 29 lat! To był kolejny w moim życiu skok na głęboką wodę. Wciąż musiałam wychodzić poza strefę własnego komfortu, aby się rozwijać. Potrafiłam doradzać innym, ale z powodu braku pewności siebie, sama miałam problem z ubieraniem się. Na szczęście to już przeszłość. Lubię, jak coś estetycznie wygląda. Wiem, które ubrania ze sobą łączyć, jak zestawiać kolory i przede wszystkim podkreślić atuty sylwetki. Po prostu, kiedy kogoś widzę, wiem, jaki styl najlepiej do niego pasuje. A skąd wzięło się we mnie to wyczucie stylu? Nie wiem. 

Widocznie urodziłaś się z tym talentem?

Chyba można tak powiedzieć. (śmiech)

SESJĘ MAI SABLEWSKIEJ Z GALI OBEJRZYCIE W NASZEJ GALERII>>