Niemal dokładnie rok temu, 23 czerwca, po długiej walce z chorobą nowotworową, zmarła Małgorzata Braunek. Uwielbiana aktorka, która dużą część swojego życia poświęciła promowaniu buddyzmu w Polsce, marzyła o tym, by jej prochy rozsypano w ważnych dla tej religii miejscach.

Niestety, polskie prawo nie pozwala na przechowywanie prochów zmarłych w innych miejscach, niż cmentarz, jednak jej mężowi, Andrzejowi Krajewskiemu, udało się w pewnym sensie spełnić to życzenie gwiazdy!

- To była pielgrzymka w intencji żony. Gdziekolwiek byłem, wszędzie ofiarowałem szczyptę jej prochów w znaczących miejscach. Znaczących dla mnie, dla niej, dla nas wspólnie. Wszędzie, gdzie widziałem w znaczących miejscach piękne figury Buddy, nie mogłem się powstrzymać i symbolicznie zostawiałem szczyptę prochów, wrzuciłem je także do morza i do Mekongu. Ale również specjalnie pojechałem w Indiach do Waranasi, czyli do świętego grodu Hindusów, którzy wierzą, że śmierć w Waranasi, spopielenie i wrzucenie prochów do Gangesu, a potem dotarcie ich do oceanu to dla buddystów pójście do nieba. Byliśmy tam kiedyś z żoną i powiedzieliśmy sobie, że chcielibyśmy w ten sposób przejść na drugą stronę. Tak się umówiliśmy. Nieskromnie powiem, że chyba pobiłem rekord świata, ponieważ zjechałem Azję, byłem w wielu miejscach i nie przepuściłem żadnej figury Buddy i żadnego ważnego, pięknego miejsca. Mogę powiedzieć, że Małgosia jest pochowana w ogromnej liczbie miejsc - powiedział w rozmowie z "Super Expressem" Andrzej Krajewski.

Mąż Małgorzaty Braunek długo bił się z myślami, czy w ogóle ruszyć w tę podróż. Para miała bowiem jechać do Azji razem.

- Wyjeżdżając z Warszawy, myślałem: "Jak ja sobie dam radę bez niej?". Byłem przyzwyczajony do życia i podróżowania z nią. W końcu czterdzieści lat wspólnego życia to nie w kij dmuchał. Ona była moimi zmysłami, wrażliwością, apetytem na życie, mądrością - wyznał Krajewski.

 

» PRZECZYTAJ TAKŻE: Małgorzata Braunek - Nie powstanie serial o jej życiu?