GALA: Małgosiu, 10 lat temu mówiłaś, że nie dzielisz życia na etapy. Że dopiero na końcu swojej drogi pomyślisz, czy osiągnęłaś cel. Dzisiaj masz do tego inne podejście?

Małgorzata Foremniak: Jako 40-latka, byłam jeszcze na etapie zdobywania świata, określania siebie. Ostatnie 10 lat, które od tego czasu minęły, to najbardziej intensywny i obfity w wydarzenia dla mnie czas. Zmieniły one mnie i moje życie o 180 stopni.

A co najbardziej Cię zmienia? Ludzie, codzienne sytuacje, w których uczestniczysz?

Wszystko, co się wydarza i pozostawia we mnie ślad. To prawda, że pięćdziesiątka jest jakimś przełomem, zakończeniem pewnego cyklu w zdobywaniu świadomości samego siebie. Pojawia się potrzeba zweryfikowania tego, „zharmonizowania” hałasu swoich doświadczeń. Fascynujące w życiu jest to, że im więcej tracisz w materii, tym więcej zyskujesz w duchu. Najważniejsze stało się dla mnie pytanie: co przynosi mi spokój, a co mi go zabiera?

Gdybym położył przed Tobą zdjęcia z różnych etapów życia, mogłabyś powiedzieć, że teraz jesteś najszczęśliwsza?

Mój Tata, dopóki żył, zbierał wszystkie wycinki, informacje, zdjęcia, wywiady ze mną i układał je chronologicznie. Mam trzy księgi historii o sobie. Myślę, że na każdym etapie życia byłam bardzo szczęśliwa i bardzo nieszczęśliwa. Doświadczałam wyżyn i nizin. I taka jest kolej rzeczy. Te amplitudy trzeba przeżyć. Są konieczne. To przecież informacja o nas, o naszym potencjale, a my decydujemy, co z tym potem zrobimy. Czy pozostaniemy na tej huśtawce, która jest ekscytująca, ale z czasem przynosi pustkę, czy skumulujemy tę energię do środka i zamienimy ją w siłę spokoju. Mnie fascynują wewnętrzne poszukiwania. Pracuję w zawodzie, w którym zewnętrzne określenie jest bardzo ważne. A ja czasami nie chcę być widoczna, bo to mnie rozprasza.

Ale żyjemy w czasach, kiedy aktorzy muszą kreować swój wizerunek. Ty przynajmniej jesteś w tymkonsekwentna.

Żyjemy w czasach, kiedy kreowanie wizerunku zaczyna być presją. Jeśli się nie kreujemy, nie ma nas, nie istniejemy. Ja tego nigdy nie robiłam. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. To dla mnie męczące.

Może dlatego jesteś po prostu prawdziwa i to też jest jakiś wizerunek.

W show-biznesie ludzie kupują produkt. Ja nie chcę tworzyć wokół siebie oprawy. W życiu zawodowym jestem aktorką, prywatnie – człowiekiem. Łączę te dwie pasje i daję innym tyle, ile mogę. I to mi wystarcza.

Żyjesz teraz w zgodzie ze sobą?

Zawsze starałam się żyć w zgodzie ze sobą. Najważniejsze jest dla mnie, czy to, co robię, to, jakimi ludźmi się otaczam, stanowi dla mnie wartość.

Bywasz surowa wobec ludzi?

Nie. Ale nie lubię, gdy ktoś, z kim pracuję, niezależnie od tego, czy jest to reżyser, aktor, czy osoba dbająca, bym miała ciepłą herbatę, robi to na tak zwane pół gwizdka. Wtedy się wkurzam. Wychowano mnie w poszanowaniu do pracy, a stosunek do niej określa nas samych.

Kiedy budzisz się rano i patrzysz w lustro, jesteś z siebie zadowolona?

Mówisz o patrzeniu filozoficznym czy wizualnym? Bo jeśli chodzi o to drugie, to jak pięknie określił mój lekarz: „stelaż hormonalny kobiety dojrzałej ulega dekonstrukcji”.

W tłumaczeniu potocznym: gdy patrzę rano w lustro, szału nie ma. (śmiech)

To ciekawe, oceniasz powierzchowność, a myślisz o tym, jaka jesteś wewnątrz.

Kobieta po pięćdziesiątce zaczyna ważny dla swojej biologii czas i nie należy on do najprzyjemniejszych.

Budzisz się, otwierasz oczy i to jest jedyna ruchoma część w twoim ciele. Cała reszta ma generalnie wszystko gdzieś. Czujesz się zmęczona, zanim o tym pomyślisz. Najchętniej zostałabyś w łóżku do wieczora, a jak jesteś w pracy, myślisz tylko o tym, by się położyć. Boli cię to, co nigdy wcześniej nie bolało. Serce od czasu do czasu łomocze, ale nie są to bynajmniej miłosne uniesienia. Odkładający się cichaczem tłuszczyk nie mobilizuje do rowerku, ale raczej do leżenia na kanapie z pączkiem i herbatą z nalewką, by wprowadzić się w lepszy nastrój, którego brakuje z wyżej wymienionych powodów.

Ale chyba lubisz siebie?

Jak najbardziej. Przebywanie ze sobą sprawia mi przyjemność. Wykonałam ogromną pracę, by móc wypowiedzieć: „Zgadzam się na siebie”.

Jeśli ktoś siebie nie akceptuje, nie jest w stanie pokochać drugiego człowieka.

Dokładnie tak jest. Małość przyciąga demony.

Ty polubiłaś siebie taką, jaka jesteś. A kino? Teatr? Reżyserzy mają dobre propozycje dla 50-letniej aktorki?

Dla mnie taka propozycja jeszcze nie nadeszła.

Jestem postrzegana przez pryzmat wyglądu. Często muszę tłumaczyć, że nie chcę grać kobiet młodszych. Wtedy słyszę: „Małgosiu, ty masz problem ze swoim wiekiem!”. Choć moja twarz, ciało wyglądają jeszcze całkiem młodo, w środku jestem dojrzałą kobietą i takie role mnie interesują.

Musisz o siebie jakoś szczególnie dbać?

Dostałam od natury prezent. Dobrze się konserwuję. (śmiech) Tylko samo się to nie zrobi, dbam o siebie od młodości. Ale bądźmy szczerzy, jestem już siwa, ten proces zaczął się u mnie w 26. roku życia. Mam coraz rzadszą skórę, bo i wiek ku temu słuszny. Grawitacja jest nieubłagana. Jak podciągam dłońmi policzki i powieki do góry, myślę sobie: Japonki mają fajnie. Im wszystko opada dopiero tuż przed śmiercią. (śmiech)

A kiedy zaczęłaś myśleć o sobie jako kobiecie dojrzałej?

Ostatnie kilka lat, gdy doświadczyłam bycia samą, bardzo mi w tym pomogło. Niektórzy nazywają ten stan „samotnością”, ale to słowo kojarzy się z czymś smutnym. Dla mnie to było najbardziej wartościowe doświadczenie. Zbudowało mnie na nowo.

Tego stanu nie osiąga się chyba od razu.

Trzeba przejść wiele etapów. Najpierw jest etap strachu, paniki, że zostało się samemu. I wtedy zaczyna się ten lęk zagłuszać. Nie należę do osób stricte towarzyskich. Lubię chodzić własnymi drogami. Mam garstkę bliskich przyjaciół, z którymi łączy mnie podobna wrażliwość i podejście do rzeczywistości.

Łatwo nawiązujesz znajomości?

Jestem raczej ostrożną obserwatorką, która zanim wkroczy na jakiś teren, musi go oswoić. Nie przychodzę na imprezy sama, bo nie czuję się komfortowo. „Cześć, mam na imię Małgosia, zajmuję się tym i tym, a ty?” – to nie ja. Jeśli nie wciąga mnie rozmowa, coś przestaje mnie interesować, stopniowo się wyłączam.

Jakie cechy charakteru u ludzi są dla Ciebie pociągające?

Lubię ludzi o otwartych umysłach,poszukujących, wrażliwych, wnikliwych obserwatorów, z poczuciem humoru. A przede wszystkim ciepłych i przyjaznych.

A Ty łatwo mówisz o swoich poszukiwaniach?

Jeśli uda mi się nawiązać z kimś porozumienie – tak. Można czytać o świecie w książkach, internecie, można też szukać prawdy o nim w rozmowie z drugim człowiekiem. Wtedy widzimy jego aurę, czujemy zapach, energię, którą emanuje, słyszymy tembr głosu... To jest nie do przecenienia.

Nurtuje mnie samotność, o której przed chwilą mówiłaś. Zatrzymaliśmy się na etapie paniki. Co jest potem?

Faza zapaści – zapadasz się w sobie, zamykasz na świat, izolujesz. Zaczynasz się nad sobą użalać, obwiniasz za swoją nieudolność i temu podobne cechy. Ciąży ci to jak kamień. Aż w końcu przychodzi złość, rozsadza wszystko w tobie i rozsypujesz się na kawałki. I to jest najważniejszy moment. Pozbywasz się złudzeń, iluzji oraz kłamstw. Mierzysz się z prawdą o sobie. Potem jest już tylko lżej. Tworzysz siebie na nowo w sposób świadomy.

Ty już ten etap masz za sobą?

Myślę, że najgorsze za mną.

A czego teraz pragniesz najbardziej?

Przeżyłam kilka związków. Wychowałam dzieci. Na to wszystko złożyło się wiele przeżytych dni, godzin, zwątpień, sukcesów, porażek. To jest moje, nikt mi tego nie odbierze. Chcę tylko żyć pełnią życia. A ona rodzi się w łagodności serca i spokojnym umyśle.

Masz naturę pesymistki?

Na szczęście mam poczucie humoru. Więc nawet będąc w przysłowiowej „czarnej dupie”, zawsze można dostrzec walory tej sytuacji (śmiech) Aktor poddawany jest ciągłej ocenie. Bez dystansu do siebie i do tego zawodu trudno byłoby znosić tę presję.

Ale Ty chyba zawsze miałaś dystans do pracy i byłaś w tym konsekwentna.

Nie wiem, czy byłam konsekwentna. Czasami mnie przygniatało do ściany. Myślę, że ten zawód jest mi dany. Aktorstwo pojawiło się w moim życiu, bym mogła stworzyć równowagę między intymnym, wewnętrznym światem a tym, co jest na zewnątrz.

Dzisiaj w Twoim domu jest cicho – jesteś singielką, dzieci poszły na swoje. Za czym z tamtego dawnego życia tęsknisz najbardziej?

Chyba za tym harmidrem. Lubię te momenty, gdy odwiedza mnie rodzina. Wtedy znów jestem mamą. Gotuję, krzątam się, rozmawiam, a potem padam ze zmęczenia.

Pamiętam czasy, kiedy byłam na sto procent w domu i w pracy, nie potrafiłam tego zrównoważyć. Żyłam na akord. Teraz nauczyłam się być tu i teraz, skupiać również na sobie.

Cieszę się, gdy znajduję chwilę, by posiedzieć w domu z książką, porozmawiać z przyjaciółmi. Uwielbiam wyjeżdżać na wieś sama. Jestem tylko ja, przyroda i moje zwierzaki. Lubię ciszę. To mój kawałek szczęścia.

I chciałabyś być sama do końca życia?

Nie.

Czasem bardzo mi brakuje czyjejś obecności. Zwłaszcza w takich momentach, gdy wracam wieczorem zmęczona z planu albo ze spektaklu. Mam w sobie dużo emocji. I fajnie by było do kogoś się przytulić, napić wina i porozmawiać.

Teraz, kiedy tyle już o sobie wiesz, trudniej Ci będzie znaleźć idealnego partnera? Myślę, że masz bardzo sprecyzowane oczekiwania.

Im jesteśmy starsi, tym bardziej przywiązujemy się do swoich przyzwyczajeń i trudniej nam z nich zrezygnować. Takie dopasowywanie do siebie może być nawet śmieszne. Liczę na to, bo lubię się śmiać. Nie mam żadnych oczekiwań. Albo coś zaskoczy, albo nie. Luz.

Wracasz czasami do przeszłości, zastanawiasz się, jaka byłaś dla poprzednich partnerów?

Nie wracam do przeszłości, bo ją przepracowałam.

Warto uczyć się na błędach.

Owszem, ale to się okazuje tylko w praktyce. Teoria jest w poradnikach.

Teraz żyjesz bardziej emocjonalnie czy racjonalnie?

Staram się te stany równoważyć.

A umiesz przepraszać?

Oczywiście. To właśnie ten test z praktyki. Oprócz „przepraszam” jest jeszcze jedno ważne słowo: „dziękuję”.

Przypominasz sobie swoją mamę, kiedy była w Twoim wieku?

Mama była silną i konkretną kobietą. Ukrywała swoją emocjonalność pod grubą zbroją. Też długo myślałam, że jestem siłaczką, że nic mnie nie złamie, wszystko wytrzymam. Budowałam dookoła siebie fosę. Kiedy dostawałam nokaut, wypluwałam zęby i szłam dalej. Ale, w przeciwieństwie do mojej mamy, umiałam nazywać swoje emocje.

Ona tego nie potrafiła?

Była dzieckiem wojny, przeżyła traumatyczne straty, więc trudno mi to oceniać.

Zawsze to mamie jako pierwszej mówiłaś o swoich problemach?

Jak każda mama chciała, żeby jej dziecko było szczęśliwe. Przejmowała się moim życiem, wiedziała, jak bardzo zostało ono kiedyś pokiereszowane, więc nie zamierzałam jej dostarczać zmartwień. Ale kiedy nie dawałam już rady, jej postawa dawała mi przykład, że nic mnie nie złamie.

Mama nauczyła Cię też radzić sobie z krytyką? W Twoim zawodzie jesteś na nią narażona codziennie.

Nauczyła mnie, że odpowiadam za siebie i za to, co robię. Każdy ma prawo wypowiedzieć swoje zdanie, wyrazić opinię. Gorzej, gdy krytyka myli się komuś z niszczeniem mnie.

A jakie masz zdanie o sobie?

Pozytywne.

Jestem fajna, wiarygodna, przyjazna i uczciwa. Jeżeli coś mnie uwiera, komunikuję to. Mam problem z punktualnością i czasem nic mi się nie chce. Trochę pracoholik, trochę filozof, lubię zamykać się czasem w swoim świecie. Dobre ciasto drożdżowe i kawa to moje słabości.

Zaczęliśmy od Twoich 40. urodzin, dzisiaj masz 51 lat. Wiesz już, o czym będziesz marzyć, zdmuchując z tortu 60 świeczek?

O tym, by móc budzić się rano z poczuciem, że cieszę się na kolejny dzień. Że nie muszę brnąć przez milion spraw, żyć w pośpiechu, mieć w głowie mnóstwo obaw, lęków. Chciałabym mieć przy sobie rodzinę, przyjaciół i bliską sercu osobę. Pić kawę, iść na spacer z psami i czerpać z tego radochę. Tak po prostu.