GALA: Jesteś marzycielką, Małgosiu?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Gdybym nie miała marzeń, nie zrealizowałabym połowy tego, co mi się w życiu udało. Marzenia są motorem do działania.

GALA: Zawsze uważałaś siebie za szczęściarę. Mówiłaś: „Dostaję od życia to, o co proszę – etat w teatrze, rolę w filmie, wyjazd do Stanów...”. Tak jest nadal?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Odpukać (Małgorzata puka w niemalowane drewno i wybucha śmiechem). Stoi za tym optymizm i głęboka wiara, że jeżeli czegoś w życiu pragniemy, jesteśmy w stanie doprowadzić do tego, żeby to się spełniło. To właśnie miałam na myśli, mówiąc, że jestem szczęściarą. Rodzice pokazali mi, że warto mierzyć wysoko i wciąż podnosić sobie poprzeczkę. Jestem im za to wdzięczna, bo nauczyli mnie odwagi sięgania wysoko. Nie zawsze wszystko się udaje, ale już sama droga do celu uczy wytrwałości i wzbogaca nas o nowe doświadczenia. Przekuwanie niepowodzeń na coś, co daje siłę i pozwala działać wbrew całemu światu, to też ważna umiejętność.

GALA: Nigdy się nie załamywałaś?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Moje życie nie jest nieprzerwanym pasmem sukcesów, nie jest tak, że czego się dotknę, zamieniam w złoto. To, co udało mi się w życiu osiągnąć, kosztowało mnie dużo pracy i zaangażowania, ale było warto i wciąż jeszcze mam mnóstwo marzeń do zrealizowania. Najtrudniej mi sobie poradzić, gdy zawodzą ludzie. Chcę wierzyć, że wszyscy są dobrzy i życzliwi – tego u nich szukam – i kiedy widzę bezinteresowną zawiść, zazdrość, chęć niszczenia, trudno mi się z tym pogodzić. To najsmutniejsze momenty. Mimo to pracuję nad sobą, żeby podchodzić do ludzi z otwartością, a nie lękiem. Bo strach jest na pewno niedobry.

GALA: Obracasz się w środowisku, w które wpisana jest rywalizacja. Ona może popychać ludzi do różnych rzeczy...

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Niezdrowej rywalizacji na swojej skórze nie odczułam. Byłam w dwóch teatrach – przez 11 lat w Dramatycznym, od pięciu w Narodowym. Przychodziłam tu gościnnie do spektaklu „Błądzenie” Jerzego Jarockiego – co nie jest komfortową sytuacją, bo miałam poczucie, jakbym, wchodząc na obcy teren, coś komuś zabierała. A nikt nigdy nie dał mi odczuć, że jestem niepożądana. Przeciwnie, tuż przed premierą przyszły do mnie młodsze koleżanki, które pamiętam ze szkoły teatralnej, i mówią: „Gośka, powinnaś tu być na etacie, bo nie mamy takiej aktorki, takiego koloru. Wnosisz coś, co jest w naszym teatrze potrzebne”. To było niezwykłe i piękne. Zawód aktora bywa okrutny i bezwzględny, a szacunek zyskuje się tylko dzięki talentowi i ciężkiej, uczciwej pracy. Tym smutniejsze wydaje mi się to, co niedawno usłyszałam w jednej z telewizji – że my, aktorzy, niezależnie od pozycji, jaką sobie wypracowaliśmy, jesteśmy tylko przerywnikiem między reklamami... Dało mi to do myślenia.

GALA: Gdyby to miała być prawda, komu zależałoby na tym, żebyś była ambasadorką charytatywnej fundacji „Mam Marzenie” pomagającej ciężko chorym dzieciom? A one marzą, żeby się z Tobą spotkać.

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Pamiętam dokładnie, kiedy zrozumiałam, jak wielką siłą może być popularność, ile dobrego może zdziałać. To było lata temu, podczas mojej pierwszej wizyty na oddziale onkologii przy Litewskiej. Zostałam poproszona przez państwa Osuchów (założyciele Fundacji Spełnionych Marzeń – dop. red.), żebym spotkała się z dziećmi. Zastanawiałam się: „Ale co ja im mogę dać?!”. Przychodzę na oddział i dowiaduję się, że dziewczynki, które wcześniej nie miały siły ruszyć ręką, od rana myślały o tym, w co się mają ubrać, wychodziły z łóżek i patrzyły na korytarz, czy idę… Nagle wstąpiły w nie nowe siły, bo specjalnie do nich miała przyjść Hanka z „M jak miłość”… Na tę chwilę zapominały o bólu i chorobie. Do współpracy z fundacją „Mam Marzenie” namówiła mnie prezes Ewa Stolarska. I tak 19 grudnia w Poznaniu wezmę udział w kolejnej, dla mnie już czwartej, Wielkiej Gali Fundacji „Mam Marzenie”. Cieszę się, że mogę o tym opowiedzieć właśnie „Gali”, która w tym roku objęła patronat medialny nad tym wydarzeniem, za co jako ambasador fundacji jestem wdzięczna.

GALA: Podczas gali nie tylko zbierane są pieniądze na spełnianie kolejnych dziecięcych marzeń, ale i realizowane marzenia.

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: To jest zawsze ogromne przeżycie. Nigdy nie zapomnę, jak podczas pierwszej gali mieliśmy zbierać pieniądze na zakup pianina, o którym marzył 14-letni Jaś, cierpiący na zanik mięśni. Ale niespodziewanie znalazł się sponsor, który kupił instrument w tajemnicy przed Jasiem. Pianino stało na scenie przykryte materiałem. Chłopiec zobaczył je dopiero, gdy pociągnięto za sznurki. Mimo fizycznej słabości podszedł do instrumentu i zagrał! To było niesamowite. Wszyscy płakali. Marzenia są różne: „chcę spotkać” – ulubionego sportowca, aktora, piosenkarkę; „chcę mieć” lub „chcę zostać” – strażakiem, policjantem, królewną... Pieniądze są tylko środkiem do spełniania dziecięcych marzeń. Najważniejsza jest empatia. Fundacja namawia sponsorów, żeby wręczali prezenty osobiście. To jak zastrzyk zdrowia. Nie tylko dla tych dzieci, ale i darczyńców.

GALA: Z jakim najtrudniejszym do zrealizowania marzeniem się zetknęłaś?

 

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Stoi za nim tajemnica śmierci. W fundacji cały czas toczy się walka o życie. Niezwykłej dojrzałości tych dzieci w przyjmowaniu choroby i cierpienia zawsze towarzyszy jakaś zagadka, tajemnica, której człowiek nie jest w stanie do końca pojąć, a tym bardziej odpowiedzieć sobie na pytanie: „dlaczego?” Ja dzielę czas między teatr , serial i program „My Wy Oni”. Ułożyć grafik nie jest łatwo. A tu nagle późnym wieczorem dostaję telefon od Ewy: „Jacek, który marzył o czerwonym laptopie i spotkaniu z tobą, jest w stanie krytycznym. Trzeba się spieszyć”. Chłopiec leży w Opolu. A ja nie mogę odwołać przedstawienia i jechać. Stanęło na tym, że fundacja kupi mu laptop, a ja powiem coś do niego i zarejestruję to kamerą. Bartek ustawił mi kamerę, siedzę przed komputerem i… nie wiem co powiedzieć...

GALA: …umierającemu dziecku…

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Dziesiątki myśli przelatują ci przez głowę . Żeby to nie było coś, co okaże się niezręczne, niestosowne lub patetyczne. A wiesz, pochodzę z nauczycielskiej rodziny i aż mnie niesie, żeby uderzyć w takie tony! To jeden z takich momentów, kiedy musisz być sama. Poprosiłam Bartka, żeby poszedł do drugiego pokoju. Zaczęłam sobie wyobrażać, co powiedziałabym w takiej sytuacji swojemu dziecku czy najbliższej osobie. I nagrałam: „Jacek, masz się wziąć w garść i walczyć. Wierzę w ciebie, bo chcę się z tobą spotkać. Chcę zobaczyć w przyszłości twoje świadectwa, chcę wiedzieć, kim chcesz zostać, jaki masz pomysł na życie. Chcę z tobą o tym wszystkim porozmawiać”. Zawieźli mu to wolontariusze. Ucieszył się. To było dwa miesiące temu. I… można to interpretować różnie… ale Jacek żyje. Wstał z łóżka i pojechał do domu. Powiedział Ewie, że ma nadzieję, że pani Kożuchowska dotrzyma obietnicy.

GALA: Dotrzymasz?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Oczywiście! Czekam tylko na sygnał.

GALA: Niestety, nie wszystkie historie mają szczęśliwe zakończenia... Jak się przygotowujesz do spotkań z dziećmi?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Pomogła mi książka Ewy Stolarskiej, której syn chorował na białaczkę i wyzdrowiał. Pani ordynator powiedziała jej, że w szpitalu nie wolno płakać. Bo każda łza jest rozczulaniem się nad sobą, a to nie ty jesteś chora, tylko dziecko. I ono nie potrzebuje twoich łez, tylko ciebie. Twoja miłość, uśmiech i ciepło są mu potrzebne na równi z lekami. Trzeba zapomnieć o sobie. Bo idzie się tam po to, żeby dać dzieciom nadzieję i radość. Nie można pokazać nawet przez moment, że robi na tobie wrażenie to, że one są w trakcie terapii i wyglądają inaczej niż ich rówieśnicy. Więc jeśli masz się nad sobą rozczulać, lepiej nie przychodź. Fundacja ma też specjalną nagrodę – „Marzenkę”. Dostaje ją osoba, która zaangażowała się w szczególny sposób w spełnianie marzeń. Rok temu nagrodę przyznano pośmiertnie Justynce, która – gdy jej stan się pogorszył – wyraziła ostatnią wolę: aby na jej pogrzeb nie przynosić kwiatów, tylko pieniądze na spełnienie marzenia innego dziecka. „Marzenkę” w imieniu Justynki odebrała mama. Aż trudno sobie wyobrazić, żeby dziecko coś takiego wymyśliło... Ale te dzieci mają bezpośredni kontakt z Górą...

GALA: Nie zapomniałaś o dzieciach nawet podczas swojego ślubu – goście przynieśli maskotki, zbierałaś też pieniądze…

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: W ten sposób wszyscy ofiarowali dzieciom coś od siebie. Na tym przecież polega miłość. Chcieliśmy pokazać, jakie to proste i piękne... Udało się!

GALA: Wyobrażasz sobie teraz życie bez tej działalności?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Czuję, że nadałam swojemu życiu głębszy sens. Będę to robiła bez względu na oceny krytyków, widzów i internautów. To dla mnie oczywiste. W pomaganie angażują się dziesiątki wolontariuszy, sponsorów, znajomych aktorów. Spełniliśmy już ponad dwa tysiące marzeń. Pomaganie to sztuka. Cieszę się, że poznałam tylu wspaniałych ludzi, od których wciąż się tej sztuki uczę.

GALA: Porozmawiajmy o Twoich marzeniach. Czekałaś na mężczyznę, któremu będziesz mogła ufać. To się spełniło. Od ślubu minęło prawie półtora roku. Tak sobie wyobrażałaś małżeństwo?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: (śmiech) Rzeczywistość jest tak intensywna, że już zapomniałam o wyobrażeniach. Aczkolwiek poprzeczka „marzeniowa” w mojej głowie była ustawiona wysoko.

GALA: Może za wysoko?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Kiedy już zaczynałam wątpić, czy kogoś takiego spotkam, poznałam Bartka. Mężczyznę, który dał mi poczucie bezpieczeństwa, wzbudził zaufanie, potrafił zaakceptować mnie ze wszystkimi trudami mojego stresującego zawodu. A to nie jest łatwe. Teraz cieszę się każdym dniem mojego nowego życia.

GALA: Bałaś się, że jesteś trudnym partnerem.

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Na początku naszej znajomości powiedziałam Bartkowi o wszystkim, co mogłoby go do mnie zniechęcić (śmiech). Silny chłopak, jakoś się nie przestraszył.

GALA: Do małżeństwa przywiodła Was piękna historia. Rzym, przypadkowe spotkanie, jego zachwyt Tobą i potem codzienne wizyty Bartka na Twoich spektaklach, przysłane róże…

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Wierzę, że w tej znajomości była metafizyka. Jakieś ODGÓRNE potwierdzenie, intuicja, przekonanie, że nie ma się czego bać.

GALA: Na czym polega przewaga związku z cywilem, jak w środowisku aktorskim mówi się o ludziach wykonujących inny zawód, nad związkiem dwojga aktorów?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Na tym, że nigdy ze sobą nie rywalizujemy, nawet podświadomie. Bartek ogląda moje spektakle, a ja jego materiały w „Wiadomościach”. Mamy znajomych z obu środowisk, dzięki temu nie zamykamy się wyłącznie w kręgu spraw zawodowych. To ciekawe i rozwijające.

GALA: Bartek jest takim facetem, któremu możesz się wypłakać, powiedzieć, co Ci leży na duszy?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Tak, ale odkąd jesteśmy razem, o wiele rzadziej płaczę. Wzmocniłam się. Wiem, że on za mną stoi… Nawet jeżeli dzień był nieszczególnie udany, Bartek potrafi ostudzić moje emocje: „Ale czym ty się przejmujesz? Przecież to nieważne”. I wiem, że ma rację.

GALA: Ty dla męża też jesteś plastrem miodu?

 

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Mówię mu to, co powtarzała mi mama. Dwa–trzy lata po szkole, tuż po zagraniu w „Kilerze”, brałam udział w programie Magdy Mołek w Canal +. Siedzę w studiu i nagle na ekranie widzę moją mamę w domu w Toruniu, która mówi, że jest ze mnie dumna i prosi: „Ale najważniejsze, Małgosiu, pamiętaj, żebyś zawsze była sobą”. Zaczęłam tak strasznie ryczeć (śmiech), że musieliśmy przerwać nagranie. Moja kariera właśnie nabierała rozpędu, pojawiły się pierwsze wywiady, zdjęcia. Rodzice martwili się, żeby mi nie odbiła palma. A teraz to ja przypominam Bartkowi, że najważniejsze to być wiernym sobie. Niezależnie od tego, co się dzieje dookoła nas.

GALA: Jak minęła pierwsza rocznica ślubu?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Bartek sprawił mi niespodziankę (śmiech). Udało mu się, choć trudno mnie zaskoczyć. Rok wcześniej, tuż po ślubie, powiedział: „Mam prezent, będzie Ci się podobało”. A ja: „Koncert Madonny?”. I Bartek załamał ręce. Tym razem było inaczej. Tuż przed 30 sierpnia Bartek mówi: „Spakuj się!”. A ja: „Świetnie, ale co mam zabrać? Rzeczy letnie czy ciepłe?”. Bartek: „Letnie, będzie gorąco”. Ja: „No dobrze, letnie, ale jakie? Na plażę, na luzie czy bardziej oficjalnie?”. Bartek: „Weź to i to”. Dopiero na lotnisku, kiedy trzeba było wejść do bramki, zobaczyłam, że lecimy do Madrytu. Spędziliśmy tam romantyczny weekend...

GALA: A co z Twoimi wcześniejszymi szaleństwami w rodzaju skoków ze spadochronem? Robicie razem takie rzeczy?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: W ostatnim czasie jedyne „ekstremalne sporty” to było... zorganizowanie ślubu i wesela. I to w niecałe trzy miesiące, z czego jeden spędziliśmy na wakacjach na drugim końcu świata. Nie wiem, co wymagało większej odwagi...

GALA: Jesteś już gotowa na macierzyństwo?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Kiedy przyjdzie czas, będą dzieci. Nie mam poczucia: jestem aktorką – teraz nie mogę.

GALA: Czy jest jakaś cecha charakteru, której u siebie nie lubisz?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Czasem jak się uprę... (śmiech), nie ma lekko. Tylko mocne argumenty mogą mnie przekonać. Jeśli coś mi się nie podoba, nie jestem w stanie udawać, że mi się podoba. To czasami oznacza kłopoty... Uczę się trzymać język za zębami.

GALA: Jako jedyna Polka zagrałaś w czeskim thrillerze „T.M.A.” Juraja Herza, którego „Palacz zwłok” był nominowany do Oscara. Jesteś tam przerażającą brunetką ze szklanym okiem…

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: To moje drugie spotkanie z tym reżyserem. Pierwszy raz u Juraja zagrałam 13 lat temu i ucieszyłam się, że jeszcze raz zaproponował mi współpracę. Byłam pewna, że znowu mnie zaskoczy. Tym razem wcieliłam się w postać będącą uosobieniem zła, w morderczynię. Trup ściele się gęsto. Byłam na premierze filmu podczas festiwalu w Karlovych Varach. Przyjemnie było wystąpić pod insygniami Warner Bros.

GALA: W Polsce nikt tak Cię nie pokazał...

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Parę dni temu wróciłam z festiwalu filmowego w Rochester, gdzie bardzo dobrze została przyjęta „Senność” w reżyserii Magdaleny Piekorz. Z festiwalu w Nowym Jorku przywieźliśmy nagrodę publiczności. Praca z Magdą nad tym filmem była spełnieniem mojego marzenia. Po „Pręgach” pomyślałam, że chciałabym pracować z reżyserem o tak niezwykłej wrażliwości. I udało się. Wierzę, że to nie było nasze ostatnie spotkanie. Tęsknię za dobrym kinem i dobrą, wyrazistą rolą. Chciałabym zagrać u Wojciecha Smarzowskiego, Jana Komasy, Andrzeja Jakimowskiego. Podobała mi się Agata Buzek w „Rewersie” Borysa Lankosza, zachwycił mnie „Tlen” Iwana Wyrypajewa i rola Karoliny Gruszki. To dowód na to, że powstaje coraz więcej ciekawych filmów, w których pojawiają się interesujące role kobiece. Szansa spełnienia marzenia o roli życia jest coraz bliżej...

GALA: Od dziewięciu lat grasz Hankę Mostowiak w „M jak miłość”. Należysz do nielicznego grona aktorów, łączących świat teatralny i serialowy.

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: To mój wybór. Wiele pracy włożyłam w to, żeby czegoś nie zaprzepaścić, nie zaniedbać. A w teatrze przechodziłam z premiery do premiery. Nie wyobrażam sobie tego zawodu bez teatru. To moje miejsce, jest mi potrzebne jak powietrze. Wymaga ode mnie ciągłego rozwoju, utrzymywania najwyższej formy. Każdy spektakl to sprawdzian. Przez ostatnie lata pracowałam z Jerzym Jarockim. Zrobiliśmy „Błądzenie” i „Kosmos” Gombrowicza oraz „Miłość na Krymie” Mrożka. Praca nad każdym z tych spektakli była jak fascynująca podróż – uczysz się, odkrywasz nowe rejony, szukasz prawdy o świecie i człowieku. Ostatnia premiera to „Umowa, czyli łajdak ukarany” w reżyserii Jacques’a Lassalle’a, a w grudniu zaczynam próby do komedii dell’arte Calderona. Pracuję na doskonałych tekstach z wybitnymi reżyserami i aktorami, poruszamy się w różnych stylistykach i konwencjach. To trudne, ale dlatego sprawia mi taką przyjemność. Zaś gra w serialu przyniosła mi popularność i sympatię publiczności, dzięki temu nawet na drugim końcu świata rodacy traktują mnie jak dobrego znajomego. Dają mi odczuć, że jestem im bliska. To nie do przecenienia nie tylko dla aktorki, ale i człowieka.

GALA: Przed nami święta. Powiedziałaś kiedyś: „Święta są święte”. Jakie będą tegoroczne?

MAŁGORZATA KOŻUCHOWSKA: Święte, oczywiście. Tylko od nas zależy, jak je przeżyjemy i co będzie w nich dla nas najważniejsze. Święta Bożego Narodzenia otwierają nasze serca, stajemy się serdeczniejsi, wrażliwsi na innych. Marzę, żeby te święta takie właśnie były.