Siedzimy w Twojej garderobie w Teatrze Narodowym i wiesz co? To dziwne uczucie widzieć Cię w takim miejscu. Jakoś tu tak cicho, spokojnie. Inna rzeczywistość. Egzotyczna jakaś, w porównaniu ze zgiełkiem z planu filmowego czy wielkiej gali, gdzie zawsze wyglądasz, jakbyś zeszła z okładki magazynu. A tu siedzisz w legginsach, bluzie, bez makijażu – inna...

To moje miejsce, ale masz rację, tu wchodzi się do trochę innej rzeczywistości. Czas zwalnia. Cisza. Nie ma sieci, więc telefony nie dzwonią. Na planach filmowych teraz wszyscy między scenami wyciągają komórki i załatwiają swoje sprawy. W teatrze, gdyby na próbie zadzwonił komuś telefon, byłoby to co najmniej niestosowne. Czas w garderobie, ta godzina przed spektaklem, to jest czas przygotowania do wyjścia na scenę. Trzeba zostawić wszystko i skupić się wyłącznie na grze.

I da się to tak całkiem zostawić? Jak się przed wyjściem do teatru pokłócisz z mężem, to nie grasz inaczej?

Intensywne emocje to rodzaj energii, którą się wykorzystuje. Pamiętam takie momenty, kiedy parę godzin przed spektaklem wydarzyło się coś mocnego, ważnego, bulwersującego, i wtedy paradoksalnie dawało mi to dodatkowego kopa. Teatr nie jest przecież sztuką oderwaną od rzeczywistości. Opowiadamy historię tu i teraz. Z mojego doświadczenia wiem, że im mocniejsze, im prawdziwsze są emocje, z którymi wychodzimy na scenę, tym bardziej jest to interesujące dla widza.

A jak Ci się grało, kiedy Twój mąż, wtedy jeszcze przyszły, przychodził codziennie na Twój spektakl?

Nie wiedziałam wtedy o jego obecności. Ale kiedyś, kiedy jeszcze grałam w Teatrze Dramatycznym, lubiłam, jak był ktoś znajomy na widowni. Grałam wtedy to przedstawienie dla niego. Teraz jest inaczej. W bufecie czasem koledzy mówią: „A wiesz, dzisiaj przyszedł ten i ten”. Ja na to: „O nieee! Nie mów mi, nie chcę!”. Mnie to jakoś spina. Nie chcę wiedzieć. To w sumie dziwne, bo mogłoby się wydawać, że z czasem powinnam mieć większy luz, a jest odwrotnie.

A jak się dowiadujesz, że dostałaś główną rolę w kultowej sztuce, to się cieszysz czy ze spokojem idziesz jak po swoje?

Cieszę się. W tym zawodzie w ogóle nie ma tak, że coś ci się należy. Jak się dowiedziałam o tej roli, pomyślałam: „O Boże! Kotka! Wow, super!”, a potem przeczytałam to na świeżo i pomyślałam: „O Boże, zrób coś, żeby mnie to ominęło”. (śmiech) Nie wiem, na czym to polega, jest jakaś taka sprzeczność w człowieku.

Bo Ty jej nie lubisz... tej Maggie...

Nie... już ją lubię. Na początku jej nie lubiłam.

Bo jest tak inna od Ciebie? Bo tkwi w okropnym związku, niekochana, odpychana, poniżana przez męża?

Irytowała mnie, myślałam sobie: „No ile można?! Weź go już zostaw, dziewczyno, nie możesz dawać się tak traktować! Wyjdź już z tego domu i przestań się ośmieszać!”. Do tego jeszcze dochodzi świadomość, że przez te kilka tygodni, miesięcy, dzień w dzień na próbach mam być taka jak ona. A ja nie znoszę, jak ludzie są dla siebie tak bezwzględnie okrutni i chamscy, i zawsze się przed tym bronię, a tutaj nagle muszę gdzieś w tym utopić kawałek siebie.

Wynosisz ze sobą do domu role?

Na szczęście z teatru wracam do sytuacji, która jest skrajne inna. Może dlatego na początku tak trudno było mi zrozumieć tę postać. Ile można trwać w takim chorym układzie? Dla mnie to abstrakcja. No ale właśnie na tym polega praca nad rolą. Zadajesz sobie 50 tysięcy pytań, aż zrozumiesz tę postać, zrozumiesz, dlaczego ona zachowuje się tak, jak się zachowuje. Z drugiej strony zaczęłam się rozglądać, szukać wokół siebie takich związków i okazuje się, że wcale nie jest tak mało małżeństw, które w imię pewnej wygody i pewnego standardu życia godzą się na daleko idące kompromisy. Żyją w światach równoległych, na zewnątrz udając szczęśliwe małżeństwa, gdy tak naprawdę za zamkniętymi drzwiami rozgrywa się dramat. Znam kobiety, które nie odchodzą, bo funkcjonuje zakamuflowany rodzaj ostracyzmu wobec tych, które są same. I boją się tego. Znam też inne, które żyją z mężczyznami uzależnionymi. Cierpią i latami walczą o małżeństwo, bo cały czas kochając, mają nadzieję, że uda im się coś w ich wspólnym życiu zmienić.

Ty, mam wrażenie, daleka byłaś od tego, żeby za wszelką cenę być z kimś. Bywałaś singielką, jak mówisz: bez pary. Stosunkowo późno zdecydowałaś się na małżeństwo.

Może dlatego, że jestem najstarszą siostrą? Zawsze miałam mocno rozwinięte poczucie wolności i samowystarczalności. Pamiętam, że jako dziewczynka dziecinnie mówiłam mamie, że nigdy nie wyjdę za mąż, bo ja nie jestem od tego, żeby usługiwać facetowi, gotować mu obiady i prać.

A teraz zdarza Ci się prać, gotować?

Zdarza mi się. (śmiech) Żadna ujma, normalna rzecz. Odkąd pamiętam, miałam jednak duże poczucie niezależności.

Może przez to właśnie trudniej było Ci rozgryźć Maggie?

Pewnie tak. Ona tkwi w tym związku również z powodów finansowych. To rodzaj układu. Bez niego, bez pieniędzy teścia nie miałaby za co żyć. Do tego Maggie wie, że jej mąż ma skłonności homoseksualne. On śpi na kanapie, ona w łóżku. I to nie trwa tydzień, miesiąc, tylko lata... Do tego on pije. Piekło.

Może ona go kocha?

Tak, ona go kocha. Tylko trudno logicznie wytłumaczyć, skąd bierze się w niej to uczucie. Od tej miłości do nienawiści jest blisko.

Rozmawiamy o tym tkwieniu w jakichś układach, ale często sami sobie zgotowujemy taką sytuację. Gdyby przełożyć to ze związków na życie zawodowe, to bardzo często się to zdarza. Mimo że się męczymy, dusimy, to jednak nie odchodzimy, bo to zapewnia byt, gwarantuje zapłacone rachunki. Boimy się odejść, bo ktoś może się poczuć urażony, bo to zepsuje nam opinię, albo dlatego że nowej, lepszej pracy nie znajdziemy. Trzeba sporej odwagi, żeby z takiej sytuacji wyjść, jeśli nas uwiera. Bo często z zewnątrz to wygląda absurdalnie. Kiedy zdecydowałaś się odejść z „M jak miłość”, dla wielu osób było to niezrozumiałe. No bo o co jej chodzi? Gra w najpopularniejszym serialu, zarabia, ma popularność, a tu taka fanaberia...

To nie była fanaberia, tylko przemyślana decyzja, do której dojrzewałam dłuższy czas.

Analizowałaś? Myślałaś: „A co, jeśli potem nic nie znajdę? Co, jeśli robię błąd?” czy „A w d... Co ma być, to będzie. Ja mam dość”?

Najpierw analizowałam, myślałam. A potem na odwrót. (śmiech) Ryzyko jest ceną bycia wiernym sobie. 11 lat to kawał mojego życia. Dużo zyskałam, ale na pewno sporo mi też umknęło.

Ale odchodząc, też nie miałaś gwarancji, że „Rodzinka.pl” będzie sukcesem.

Nie miałam, tym bardziej że to była zupełnie nowa dla mnie konwencja: komedia realizowana niemalże w stu procentach w dekoracjach, na hali. Codziennie przychodziłam do pracy na 7.30. Zdjęcia trwały najczęściej do 18. Ponad trzy miesiące, dzień w dzień – tyle trwało nagrywanie pierwszego sezonu. Pamiętam, jak usłyszałam: „Koniec zdjęć!”, zgasły światła, a ja zamknęłam się w sypialni Natalii i Ludwika i po prostu popłakałam się. Ze zmęczenia, ulgi, stresu – tego nie wiem. Ale łzy płynęły jak grochy.

 

No ale taka praca non stop ma swoją cenę. Choćby utratę życia prywatnego. Usłyszałaś, że jesteś bardzo skupiona na sobie, na swojej karierze, od swojego partnera?

Kiedyś byłam bardzo skupiona na pracy. Pewnie bardziej na pracy niż na życiu prywatnym. Ale to już za mną. Mój zawód jest wymagający, ale mam to szczęście, że mój mąż to rozumie. I pomaga mi. Na początku naszej znajomości rozwinęłam czarną wizję życia z aktorką. (śmiech) A wydaje mi się, że jestem w swoich opowieściach dość sugestywna. Powiedziałam, że to egoistyczny, okrutny i często niesprawiedliwy zawód. Dodałam też, że będziemy go uprawiać razem. Bo inaczej się nie da.

A nie bałaś się jednak, że on się przestraszy i powie: „Nie, dziękuję”?

Bałam się, ale musiałam mieć pewność. Nie mogłam go oszukiwać, bo to byłby dom zbudowany na piasku.

A zastanawiałaś się kiedyś, jak by się potoczyło Twoje życie zawodowe, gdybyś nie zagrała w „M jak miłość”? Miałaś na koncie wielkie hity filmowe: „Kilera” i „Kilerów 2-óch”, role teatralne u Warlikowskiego... Rola w serialu to nie było dla Ciebie wtedy coś poniżej możliwości?

Nie byłam anonimową aktorką, ale też nie przebierałam w scenariuszach. Odmawiałam ról dziennikarek, nie chciałam już grać kolejnych Ew Szańskich, więc miałam do wyboru albo czekać dalej, uzbroić się w cierpliwość, albo przyjąć rolę w serialu, która wyglądała ciekawie. Zagranie Hanki zaproponowali mi Ilona Łepkowska i Ryszard Zatorski, który był drugim reżyserem i scenarzystą w „Kilerze”. Miałam do niego ogromne zaufanie, a rola sama w sobie była interesująca. Hanka na początku była czarnym charakterem. Poza tym spokój, poczucie bezpieczeństwa dawał mi teatr. Przez cały ten czas bardzo pilnowałam tego teatru, tego, żeby sobie nie odpuścić, żeby telewizyjna popularność nie zaszumiała mi w głowie, żeby nagle nie zostać miałką aktoreczką jednego serialu.  

Ale jest tu pewna prawidłowość dotycząca aktorek Twojego pokolenia. Ty, Maja Ostaszewska, Magdalena Cielecka, Agnieszka Dygant – kiedy wchodziłyście w zawód, to serial wciąż jeszcze w środowisku był uznawany za coś gorszego, to było aktorstwo klasy B... Teatr, fabuła to było coś, po co wypadało się schylać. Ale Wy wyszłyście z teatru, grałyście u najlepszych reżyserów: Jarzyny, Warlikowskiego, Lupy, Jarockiego. I muszę przyznać, że to był dla mnie szok, kiedy zobaczyłam Maję Ostaszewską w „Na dobre i na złe”. A jak Agnieszka Dygant przyjęła rolę w „Niani”, to też była odwaga. Wtedy słowo „sitcom” wymawiało się w środowisku, niemal plując z obrzydzenia. Więc ten teatr, z którego jednak wyrosłyście, był jakimś rodzajem alibi dla Was, grających później w serialach.

Może nie alibi, ale coś w tym jest, że jednak cały czas pazury mam wczepione w teatralne dechy. (śmiech) To mi daje gwarancję jakości. To jest mój punkt odniesienia. Jednocześnie łączenie przez lata grania w telewizji i intensywnej pracy w teatrze, uprawiania aktorstwa bazującego mocno na sobie, takiego „bez trzymanki”, bez asekuracji, jest bardzo eksploatujące. Po 20 latach ma się jednocześnie uczucie i spełnienia, i strasznego zmęczenia. I jasne, to jest fascynujący zawód, ale z drugiej strony jest życie, z którego sporo nam ten zawód zabrał. Zabawne, bo właśnie dotarło do mnie, że jak sobie rozmawiam z aktorkami, koleżankami, które są w podobnym wieku, to większość mówi: „Mam nadzieję, że nie będę musiała być aktorką do końca życia”.

Mogłabyś zmienić zawód? Po tym, ile zainwestowałaś w niego życia, emocji, miłości, pragnień?

Nie wiem. Chyba nie. W przyszłym roku będę 20 lat na scenie i choć widzę, że świat, w którym pracuję, zmienił się diametralnie, to jednak nadal ważne jest dla mnie to, z czym wchodziłam w mój zawód. Ostatnio rozmawialiśmy nawet na ten temat z Tomkiem Karolakiem, że kiedy myśmy dostawali propozycje, nigdy nie myśleliśmy o pieniądzach, to było na końcu. Było ważne z kim, co, gdzie, w jakiej sprawie. Nie kalkulowało się tak wszystkiego. Dawało się z siebie wszystko, nie bacząc na koszty. Myślę, że nie miałabym sumienia przekreślić wszystkiego, wyrzucić do kosza. To mnie zbudowało.

Twoje pokolenie było takim eksperymentalnym pokoleniem w aktorstwie. Pojawiły się seriale, reklamy i zupełnie nowa rzeczywistość medialna. Mam wrażenie, że przerabiacie ze trzy artystyczne życiorysy jednocześnie. I to rodzi też bardzo ciekawe historie aktorskie. Na przykład Agata Kulesza rozpoznawalność zdobyła rolą w sitcomie „Hela w opałach”, potem wygrała „Taniec z gwiazdami” i właściwie wydawałoby się, że najbardziej naturalna droga dla niej to bycie celebrytką, ozdobą eventów, tymczasem od kilku lat gra wszystkie najciekawsze role kobiece w polskich fabułach, od „Róży” po „Idę”.

I to jest superpokrzepiający przykład, że można mieć romans z nową rzeczywistością medialną z happy endem. Osobowość i talent zawsze się obronią. Agata udowodniła, że „w naszym wieku” można jeszcze wystrzelić jak torpeda.

Ty się bałaś swojej czterdziestki?

Nie. (śmiech) Ja sobie zaprogramowałam, że po czterdziestce to dopiero będzie świetnie. Nie przeżyłam więc tego jakoś dramatycznie. Wręcz przeciwnie. Wyprawiłam huczne urodziny i bawiłam się do rana. A jeśli chodzi o starzenie się? Uroda nigdy nie była podstawą mojego poczucia własnej wartości, więc mówię sobie, że cóż, starość wkrada się w życie i trzeba się z tym pogodzić. (śmiech)

Co za dojrzałość. (śmiech) W życiu też jesteś taka zgodna czy potrafisz tupnąć nogą, trzasnąć drzwiami?

Nie jestem porcelanową figurką, którą ustawi się na telewizorze, a ona tam w pięknej pozie będzie sobie stała z łagodnym uśmiechem. Raczej dążę do konfrontacji. Może to kwestia płci – kobiety mają potrzebę wyrzucenia z siebie emocji, a facet woli usunąć się na bok, odczekać, pójść na spacer z psem. (śmiech)

Czasem my, kobiety, mamy taką potrzebę dramatyzowania, jak jest za spokojnie. Zdarza Ci się?

Nie. (śmiech) Ja mam wystarczająco dużo dramatów w zawodzie, ale rozumiem pewien rodzaj takiego sadyzmu, który polega na dociskaniu do ściany. Tyle dobrego, że u mnie trwa to krótko. (śmiech)

U Ciebie?

No wiesz, jak to u takich ekspresyjnych charakterów... Nakręcasz się, nakręcasz, w końcu ciśnienie spada i mówisz: „No dobra, już mi przeszło”. Pamiętam, jak jako nastolatka kłóciłam się z moim tatą, który mi mówił, że tak dziwacznie ubrana to ja nigdzie nie pójdę. Ja wściekła. Trzaśnięcie drzwiami. Mijała chwila i słyszałam pukanie do drzwi... To był oczywiście tata. A ja jeszcze nabuzowana. Zawsze chciał się przepraszać o te dwie minuty za wcześnie, zanim mi przeszło. (śmiech) Więc ja do niego: „Zostaw mnie w spokoju!”. Potem ciche dni. No i w końcu wiedziałam, że teraz jest moja kolej na wyciągnięcie ręki i na przeprosiny. Sporo mnie to wtedy kosztowało.

A dzisiaj?

Dziś dojrzałam i już wcale nie jest mi tak trudno pierwszej wyciągnąć rękę.

Przy Twoim zawodzie, napięciach, które mu towarzyszą, to chyba dobrze.

Jasne, ale Bartek też ma w tym swój udział. Jest superkatalizatorem, ma dużą dozę empatii i wyrozumiałości.

To znaczy, że odpuszcza Ci fochy?

On jakoś mnie czuje, nie wiem, na czym to polega... 

 

Więc możesz sobie pokaprysić przed premierą? I on rozumie, że masz trudną rolę i będziesz przez kilka tygodni do premiery nieprzyjemna?

No nie, bez przesady. Nie znoszę kapryszenia i rozmemłania. Zdaję sobie sprawę , że tolerowanie mnie, kiedy ze względu na nerwy przed premierą bywam „elektryczna” (śmiech), nie musi należeć do szczególnych przyjemności. Wiem to i nauczyłam się gospodarowania sobą i swoją energią. Wiem też, że jak przychodzę do domu, to muszę sobie pozwolić na komfort przekłucia tego balonika, że to też jest taki etap pracy, że nie mogę być non stop nakręcona, że też potrzebuję odpoczynku, dystansu, normalnego życia. Trzeba sprzątnąć, zrobić pranie, odkurzyć. Robię to.

Trudno mi sobie Ciebie w takiej wersji wyobrazić. Ta zawsze piękna Kożuchowska, wystylizowana, jak spod igły... Nie patrz tak na mnie, taki masz wizerunek. Ale w dzisiejszym świecie to wcale nie jest takie najgorsze – uchodzić za najlepiej ubraną aktorkę. To atut.

Tak. Z drugiej strony uważam, że w kwestii wyglądu te proporcje zostały zaburzone. Pamiętam, że jak zaczynałam, to czułam, że to, jak wyglądamy poza planem, na premierze ma duże znaczenie. Że ten zawód zobowiązuje. Jak idę na premierę, to ze względu na szacunek do widzów powinnam założyć coś wyjątkowego, czułam, że tego publiczność ode mnie oczekuje. A potem zauważyłam, że to w pewien sposób mnie szufladkuje. Zdarzało mi się,  że na planie przed zdjęciami kostiumograf mówi: „O, Kożuchowska, no, to ja wiem, że ty byś chciała, żeby twoja postać miała modne ubrania”. Kompletny absurd! Nie! Dlaczego?! Co ma piernik do wiatraka?! Zadziwiające, że te światy się tak mieszają nawet osobom, które teoretycznie powinny dokładnie wiedzieć, na czym polega różnica.

To ja pomieszam teraz Twoje życie z rolą Maggie. Jej najbardziej znana odtwórczyni Elizabeth Taylor, kiedy zaczynała zdjęcia do „Kotki na gorącym blaszanym dachu”, była w bardzo ciężkim momencie swojego życia. W depresji po śmierci męża, który zginął w katastrofie samolotu. Ona też miała nim lecieć... Ten ciężki stan, w którym wtedy była, pomógł jej w roli, dostała za nią nominację do Oscara. A Ty w jakim jesteś momencie swojego życia, grając tę rolę?

W niezłym. Nie można zastosować tu żadnego porównania. Natomiast nie jestem pozbawiona jakichś niespełnień... One we mnie gdzieś tam tkwią. Wsadzę je w tę kotkę...