KOLEDZY

Lubię być w grupie, przynależeć. Dlatego tak ważne miejsce w moim życiu zajmuje teatr. Lubię w przerwie zajrzeć do bufetu, pogadać, pośmiać się. Spotykam kolegów z różnych pokoleń, one się w teatrze miksują. Przyjaźnię się z Grześkiem Małeckim i Jankiem Fryczem, obaj są mi bardzo bliscy. Świetni aktorzy i wrażliwi ludzie. Dwa lata temu poznałam Tomka Karolaka i szybko okazało się, że to bratnia dusza. Spędzamy świetnie czas, ale też słucham ich zawodowych rad, nikt przecież nie jest obiektywny na swój temat. Zawsze dobrze dogadywałam się z facetami, ale skłamałabym, mówiąc, że dobre układy mam wyłącznie z nimi. Od lat przyjaźnię się z wieloma świetnymi dziewczynami. W ogóle jestem otwarta na ludzi. Jeśli z kimś mi nie po drodze, to go omijam. Mam wrażenie, że zyskuję przy bliższym poznaniu. Zdarza się, że ludzie mają o mnie jakieś wyobrażenie, a później słyszę: „Ojej, a ja myślałem, że jesteś taka niedostępna, zimna”. Z kolei inni czasami sądzą, że nie mam poczucia humoru, nie potrafię śmiać się z siebie itd. Wierzę, że szybko to weryfikują, bo nie tworzę dystansu. I myślę, że mimo lekkiego szaleństwa w sercu jestem dość... normalna, tzn. taka, z którą da się pogadać, dogadać i pracować. Nie gwiazdorzę.


OBAWA

Jest nieodłącznie związana z moim zawodem, niezależnie od czasu i zajmowanej pozycji. Kiedy teraz się nad tym zastanawiam, to widzę, że towarzyszy każdej mojej zawodowej decyzji. Nikt mi bowiem nie zagwarantuje, że z projektu wyjdzie coś dobrego. I nigdy nie ma stuprocentowej pewności, że wybrałam dobrze. Jestem typem stratega, który zanim podejmie ostateczną decyzję, chce mieć jak najwięcej danych, żeby dobrze rozegrać partię. Obawa targa mną przed każdą premierą w teatrze. „Czy to jest na pewno rola dla mnie?”. A potem próby – zawsze powstają wątpliwości, czy idziemy w dobrą stronę. Ale to są obawy twórcze, to mnie napędza, zmusza do myślenia. Mistrz Jerzy Jarocki nauczył mnie, że premiera nie jest końcem twórczych poszukiwań, od premiery zaczyna się po prostu ich kolejny etap...

W życiu prywatnym staram się nie dopuszczać do siebie obaw. Jeśli pytasz mnie o obawy związane z miłością, związkiem, to jeśli już, dotyczą one raczej natury ludzkiej niż braku wiary w uczucia męża. Chciałabym, żeby zawsze było dobrze, żebyśmy się sobą nie znudzili, nie stali się dwojgiem ludzi, którzy są tak zaangażowani w pracę, że staje się ona jedynym tematem. Jasne, po powrocie wymieniamy się doświadczeniami minionego dnia, ta sfera jest ważna, ale nie chciałabym, żeby nasz świat był wyłącznie światem pracy i codziennych obowiązków. Dlatego od czasu do czasu pakujemy walizki i dokądś razem uciekamy.

Mój zawód nie gwarantuje stałości. Nie wiem, co będzie za dziesięć, dwadzieścia lat. Staram się na to przygotować, żeby potem nic mnie nie zaskoczyło, nie zwaliło z nóg. Nie jestem lekkoduchem, który myśli: „Dziś jest dobrze, miło, żyję chwilą i nie zastanawiam się, co będzie dalej”. Zdaję sobie sprawę, że kiedyś może nastąpić taki moment, że telefonów z zawodowymi propozycjami będzie mniej. I trzeba będzie to przyjąć. Czy sobie poradzę? Wiem, że są w życiu większe problemy. Pewnie, że lepiej przebierać w scenariuszach, brać udział w ciekawych projektach, zarabiać dobre pieniądze. Ale życie różnie się toczy. W moim rodzinnym domu pieniądze nigdy nie były najważniejsze. Kieszonkowe? Dopiero na studiach. W szkole podstawowej zbierałam butelki i makulaturę, żeby coś odłożyć na książeczkę SKO. Jak chciałam jakiś ciuch, mama sama mi szyła. Takie były czasy. Teraz sprawia mi ogromną frajdę, jeśli mogę podzielić się tym, na co sama zapracowałam. Mam wtedy poczucie, że mój wysiłek ma sens.

ŻYWIOŁ

Kocham naturę. Daje mi energię. Lubię pęd powietrza, wiatr we włosach, szum fal, ciszę w górach, zachód słońca na Mazurach. Oddycham pełną piersią, śmieję się na całe gardło i wzruszam, że jest tak pięknie. Pamiętam, jak podczas podróży po Stanach Zjednoczonych stanęłam nad krawędzią Wielkiego Kanionu. To było coś niesamowitego, nie zapomnę tego do końca życia. Bezkres i potęga natury wywarły na mnie tak ogromne wrażenie, że... łzy same napłynęły do oczu.

Podczas niedawnej konferencji prasowej Maciek Musiał, mój serialowy syn z „Rodzinki.pl”, powiedział, że pan Tomek [Karolak] to „wariat, osobowość nieprzewidywalna i silna, a pani Małgosia jest spokojniejsza, ale to też wariatka”. (śmiech) Mam w sobie porządek i harmonię, ale jest też we mnie szaleństwo. Lubię to!

Rok temu zaproponowano mi, bym w ramach projektu „Art of Mix” na jeden wieczór została didżejką. Zastanawiałam się, czy to aby na pewno propozycja dla mnie. W końcu jednak zgodziłam się, a cały projekt okazał się wspaniałą przygodą! Uwielbiam muzykę i trochę żałuję, że nie mam na nią czasu. Nie spodziewałam się, że miksowanie jest takie trudne. (śmiech) Włożyłam sporo pracy, żeby się tego nauczyć, i mimo pewnego sceptycyzmu chyba z powodzeniem zagrałam godzinny set. Później ku mojemu zaskoczeniu pojawiły się propozycje didżejowania w innych klubach! (śmiech) To było coś tak niesamowicie energetyzującego i fascynującego, że chętnie wrócę do tego na emeryturze. (śmiech) Teraz czas na kolejne wyzwania. Niech się dzieje!

UTRATA

 

Najbardziej bolesna i rozczarowująca jest utrata wiary w ludzi. Byłam wychowana w szczęśliwym domu, gdzie wpojono mi wiarę w człowieka i wartości takie jak: lojalność, uczciwość, szczerość. Wiedziałam, że jest też druga strona medalu, ale wierzyłam, że dopóki jestem fair, to ona mnie nie dotyczy. Największe rozczarowanie, właśnie ludźmi, spotkało mnie po latach pracy. Nagle okazało się, że lojalność obowiązywała tylko jedną stronę. W pewnym momencie poczułam się oszukana. Przeżyłam to, ale wyszłam mocniejsza. To doświadczenie wiele mnie nauczyło. Więc koniec końców miało to i swoje dobre strony.

Utratą i lekcją jest zawsze utrata uczucia. Kiedy inwestujesz w uczucie, coś planujesz, jakoś sobie tę wspólną przyszłość wyobrażasz i nagle to się rozpada... Wydaje ci się, że można jeszcze o to zawalczyć, że wszystko jest do naprawienia, ale okazuje się, że to niemożliwe. Mam coś takiego w genach, że nawet jak jest źle, do końca wierzę, że wszystko da się rozwiązać. Były jednak w moim życiu sytuacje, kiedy nic nie dało się zrobić. I trzeba było tę stratę przeżyć. Najgorsze było, kiedy to ja musiałam zdecydować: „Nie pojedzie to dalej, trzeba to uciąć”. Byłam wtedy młodą osobą i przeżywałam to bardzo, bardzo mocno. Były łzy i nieprzespane noce.

Bolesną cezurą jest też utrata mojego pierwszego teatru – Teatru Dramatycznego. Dostałam etat od dyrektora Piotra Cieślaka jeszcze na studiach i byłam tam dziesięć lat, do 2003 roku. Chcąc iść dalej, musiałam odejść. Los się do mnie uśmiechnął i znalazłam się w zespole Teatru Narodowego. Miałam jednak poczucie, że coś bezpowrotnie odchodzi, że tracę te dziesięć lat i to miejsce, które traktowałam jak drugi dom. Byłam niezwykle zżyta z ludźmi, tam debiutowałam w „Człowieku z La Manchy”. Wiele różnych historii było związanych z tym teatrem. Osobistych też. Pamiętam, jak na próbę do sztuki „Jak obsługiwałem angielskiego króla” przyszła grupa kolegów prosto po szkole teatralnej. Uczyli się jakiejś piosenki. Widziałam ich zaangażowanie, energię, siłę młodości – stali u progu wielkiej szansy. I zobaczyłam w nich siebie, Agatę Kuleszę, Agnieszkę Kotlarską, Andrzeja Szeremetę, Agnieszkę Wosińską, Pawła Tucholskiego. Kiedyś też przyszliśmy z tej szkoły teatralnej i tak samo byliśmy pełni naiwnej, młodzieńczej nadziei, że oto do nas należy świat. Pomyślałam, że im wcześniej zrozumieją, że trzeba o siebie zawalczyć w pojedynkę, tym większy mogą odnieść sukces. To zawód bezwzględny, egoistyczny. Chcąc coś osiągnąć, trzeba podjąć ryzyko i pójść swoją drogą. Ja już to wiedziałam. Jednocześnie był we mnie żal, że ten uskrzydlający, cudowny okres mam już za sobą.

CENA

Koncentruję się nie na cenie, tylko na tym, co zyskałam. W moim życiu jest tak, że rzeczy, które dostaję, nawet jeśli cena jest wysoka, rekompensują mi to. Odchorowałam odejście z „M jak miłość”. Również fizycznie. Zabolały mnie plotki, że byłam rozkapryszoną gwiazdą, której wszyscy mieli po dziurki w nosie. Próba poróżnienia mnie i ekipy była czymś strasznym, bo z ludźmi, z którymi na co dzień współpracowałam, żyłam w przyjaźni. Wspieraliśmy się, pomagaliśmy, choć oczywiście każdemu przez te jedenaście lat zdarzyły się słabsze dni. To naturalne. Ale dla mnie najlepszym dowodem naszych relacji była pożegnalna kolacja, na którą mimo długiego dnia na planie przyjechała niemal cała ekipa. To był piękny, wzruszający wieczór, z życzeniami, podziękowaniami, toastami, wspomnieniami. Zapamiętam go do końca życia, nikt mi tego nie odbierze. Z ludźmi z „M-ki” do dziś mam kontakt. I jestem pewna, że tak pozostanie. A co do tych pomówień... No cóż, tak już czasami jest. Staram się nie brać wszystkiego do siebie. Warto czasami stanąć z boku i zastanowić się, jak jest naprawdę. Zobaczyć, czy mamy sobie coś do zarzucenia. Jeśli nie – machnąć ręką i robić dalej swoje.

HANKA

Rok temu podjęłam jedną z moich ważniejszych zawodowych decyzji. Zdaniem niektórych – ryzykownych. Odeszłam z „M jak miłość”. Dojrzewanie do tej decyzji zajęło mi dwa lata. Widzowie często przysyłali mi listy świadczące o tym, że postać Hanki jest traktowana jak członek rodziny, że dla wielu jest wzorem. Może przesadzam, ale miałam takie uczucie, że to trochę więcej niż tylko rola. Że to postać wielowymiarowa, ważna dla wielu osób. Bałam się, że moje odejście odbierze sens temu, do czego wielu inspirowała. Chciałam, żeby odeszła szlachetnie. Stało się tak, jak się stało. Kartony przeważyły wszystko.

Hanka zdecydowanie wpłynęła na moje życie zawodowe. Nie wiedziałam, jak długo będę musiała czekać, aż ta postać się ode mnie odklei. Producenci, reżyserzy nie przepadają za angażowaniem aktorów, którzy mają przyklejoną metkę. Obawiałam się tego. Ale, co mnie pozytywnie zaskoczyło, moja nowa rola – Natalia Boska, bohaterka „Rodzinki.pl”, szybko została zaakceptowana i polubiona. W sensie modelu jest trochę do Hanki podobna: żona i mama kilkorga dzieci, choć w innej konwencji, z dużym poczuciem humoru i o wiele bardziej nowoczesna. Może więc widz się trochę już z tą moją Hanką męczył. Co rusz słyszałam opinie, że Hanka jest nudna, przewidywalna, wiecznie się czymś martwi, płacze, a ja mam ciągle zmarszczone czoło od problemów. Postać Natalii dała mi wiele pozytywnej energii. I jestem wdzięczna losowi, że znów się do mnie uśmiechnął.

ODWRÓT, CZYLI UCIECZKA

Muszę czasami uciec. Nie uważam się za celebrytkę i na pewno nie jestem na nią dobrym materiałem, nie znoszę być podglądana. Nigdy nie robiłam tzw. ustawek z fotoreporterami, żeby podgrzewać zainteresowanie sobą. Że oto o tej i o tej będę tutaj, umaluję się, uczeszę i „wystawię”. To w ogóle nie wchodzi w grę. Uciekłam więc za miasto i odżyłam. Nareszcie przestałam się czuć jak zając podczas polowania.

 

Myślę, że trochę też uciekam czasowi. Czytam teraz książkę „Kobieta, która widziała za dużo” Kai Mireckiej-Ploss. Zaczyna się mniej więcej tak: „Patrzę na siebie, mam 40 lat i zaczynam się martwić, że jestem stara, ale z drugiej strony w ogóle się tak nie czuję. Nie wyglądam tak, rozpuszczam włosy, biorę rower, jadę i faceci się za mną oglądają”. Wszystko jest w głowie. Jeżeli pozwolimy sobie na starzenie się, będziemy się starzały. Nie udaję przed sobą, że mam mniej lat, niż mam. Bo po co? Mówię otwarcie, ile jest. Ale czy te 41 lat czegoś mnie pozbawia? Granice się poprzesuwały, wiek jest czymś umownym. Dopóki mam zdrowie, siły i energię, robię to, na co się czuję. I nie zamierzam tego zmieniać.

WIERNOŚĆ

Bardzo ważna. Wierność polega dla mnie na tym, że nie mam niczego, co musiałabym ukryć, zamieść pod stół. Jeżeli w kontakcie z kimś coś zaczyna mnie niepokoić, natychmiast obracam to w żart, dystansuję się. Wyraźnie sygnalizuję, co jest dla mnie ważne, i stawiam barierę. Czy wybaczyłabym niewierność? W ogóle nie mam takich myśli. Mówię: „wybaczyłabym”, ale nie wiem, co przy okazji działoby się we mnie, w środku. Może umiałabym wybaczyć, ale nie umiałabym z tym żyć. Nie wiem tego. I nie chcę się dowiedzieć.

Szalenie ważna jest wierność sobie. Dzięki tej cesze wiele rzeczy mi się w życiu udało. Ważne jest, by podejmować decyzje w zgodzie ze sobą. Jeśli tak jest, zyskujesz siłę, bo działasz fair. Lubię mieć czyste sumienie. Dlatego w pierwszą rocznicę tragedii smoleńskiej poszłam na Krakowskie Przedmieście złożyć kwiaty i zapalić znicz pod Pałacem Prezydenckim. 10 kwietnia 2010 roku przeżyłam strasznie. W Narodowym próbowaliśmy komedię, a 100 metrów dalej przejeżdżały kolejne trumny ofiar katastrofy. Trauma. Czułam, że ja, Małgorzata Kożuchowska, chcę złożyć te kwiaty. Bo Ci, którzy zginęli, byli dla mnie ważni, chcę o tych ludziach pamiętać. Oczywiście wiedziałam, że moje pojawienie się pod Pałacem Namiestnikowskim będzie komentowane. Że gdybym tam nie poszła, oszczędziłabym sobie złośliwych komentarzy. Ale czy czułabym się z tym dobrze? Nie. Więc zrobiłam to. Oczywiście dostało mi się, ale kompletnie mnie to nie zabolało.

SYCYLIA

Po raz pierwszy byłam na Sycylii po czwartym roku szkoły teatralnej w ramach wymiany. To był prezent na zakończenie szkoły. Mam stąd wspomnienia szalone i pozytywne. Beztroski czas. Pojechałam tam z ludźmi, z którymi przeżyłam wspaniałe cztery lata studiów. Byliśmy bardzo zżyci ze sobą, znaliśmy się jak łyse konie. Fantastyczny wyjazd!

Magiczne, kolorowe miejsce. Jak całe Włochy. Uwielbiam ten kraj, pełen różnorodności, sztuki, mody, pięknych ludzi, cudownych smaków, zapachu zawsze perfekcyjnie zaparzonej kawy. Przyjeżdżam tu zawsze z wielką radością. I pierwsze, co robię po wylądowaniu, to jeszcze na lotnisku idę do kawiarni na espresso:-).

KOCHANY

Oczywiście mąż. Właśnie świętujemy naszą czwartą rocznicę ślubu. Już czwartą! Cały czas wydaje mi się, że to było wczoraj. Do dziś nie udało nam się wywołać zdjęć ze ślubu... Ale kiedy przychodzi 30 sierpnia, zwykle do nich wracamy. Wspominamy ten czas, tamte emocje. To dla nas ważna data. Pamiętamy o niej i pielęgnujemy ją. Tak by była szczególnym dniem w kalendarzu. Zwykle dokądś uciekamy, a miejsce naszego świętowania poznaję... na lotnisku, bo jest to misternie przygotowywana przez męża niespodzianka. Lubimy te wyjazdy. To czas, kiedy mamy siebie tylko dla siebie.

AMBICJA

Dobra rzecz. Tylko nie należy jej się dać za bardzo rozbuchać. Mnie bardzo pomogła. Nie zaślepiała, była motorem napędowym.

Ambicja czasami boli. Kiedy Jan Englert jako rektor przyjmował nas do szkoły teatralnej, mówił, że czasy są takie, że aktorem może być każdy. Ale szkoła teatralna ma wykształcić elity kultury naszego kraju. Pomyślałam wtedy: „Aha, to jest dobre miejsce!”. (śmiech) Wyszłam z domu inteligenckiego, naukowca i nauczycielki, więc miałam takie ambicje. A potem przyszło życie i nie wszystkie role, które dostawałam, były na ich miarę. Miałam wrażenie, że za każdym razem muszę udowadniać, że nie jestem tym, za kogo mnie biorą. To, że gram w serialu, nie znaczy, że mi to wystarcza. Od początku swojej kariery jestem na etacie w teatrze. Najpierw był Dramatyczny, od dziewięciu lat Narodowy. Nie poszłam na łatwiznę, nie rozsiadłam się na wygodnej posadce. Walczę o siebie, o swój rozwój i nie spoczęłam na laurach. Kiedy zagrałam pierwszą ważną rolę w Teatrze Narodowym w „Błądzeniu”, naczelnym krytykiem w „Gazecie Wyborczej” był Roman Pawłowski. Lubił pisać o aktorach teatralnych grających w serialach przez pryzmat owych seriali. Do dziś pamiętam jego złośliwe uwagi, zahaczające o prywatne życie aktorów. Strasznie się tego bałam. Premiera była sukcesem, zaczęły się pojawiać bardzo dobre recenzje. Ale ja potem przez cały tydzień budziłam się o świcie z przerażeniem, że to dzisiaj ukaże się recenzja Pawłowskiego. Nie ukazała się. Ale jaka to była trauma! Ktoś inny za to napisał: „Kożuchowska udowodniła, że daje sobie radę również na scenie”. Po dziesięciu latach na scenie, rolach u Jarzyny, Warlikowskiego, Cieślaka i Słobodzianka „udowodniłam, że daję sobie radę na scenie”... Hm, tyle. No i jak tu ma człowiekowi odbić palma!? (śmiech) Później za moje role w „Błądzeniu” zostałam nominowana do Feliksa Warszawskiego. To było moje słodkie zwycięstwo nad tamtymi recenzjami! Pomyślałam: „Trzeba robić swoje i nie oglądać się na boki. Bo wtedy człowiek nic nie zdziała”.