Po spektakularnym debiucie gatunkowym "Czerwień", w tym roku ukazała się "Czerń". Akcja serii "Kolory zła" przenosi się na Kaszuby, gdzie dochodzi do rytualnych morderstw. O tym, jakie tajemnice mogą kryć w sobie małe, idylliczne miasteczka, Małgorzata Oliwia Sobczak opowiada w wywiadzie dla Gala.pl.

Mieszkasz na kaszubskiej wsi i to tutaj przeniosłaś akcję drugiej części "Kolorów zła". Jak to możliwe, że te malownicze tereny stały się w Czerni miejscem zbrodni?

W kryminałach i thrillerach często jest tak, że jak coś wydaje się na pozór piękne i nieskalane, to w środku musi mieć brud. Kaszuby to absolutnie niezwykłe miejsce – położone w otoczeniu malowniczych lasów, jezior, pagórków. Pełne fantastycznych legend i mrożących krew w żyłach wierzeń. Po przeprowadzce od razu poczułam klimat, jaki chciałam stworzyć w książce. Przeczuwałam, że w tym na pozór spokojnym, poukładanym miasteczku, w otoczeniu przyrody dojdzie do czegoś strasznego.

Badający sprawę rytualnych morderstw Prokurator zmuszony jest wniknąć w nieprzyjazną, lokalną społeczność. Wszyscy wydają się skrywać jakieś sekrety, czuć niepokojącą atmosferę i klaustrofobiczność. Skąd bierze się ta specyficzna duchota małych miasteczek tak często portretowana w dziełach kultury?

Myślę, że ma kilka wymiarów. Małe miasta często otaczają granice wyznaczane przez naturę – mroczne lasy czy jeziora, ale też góry, pustkowia, prerie. Zdarza się, że takie miejsca oddalone są od "cywilizacji" o wiele kilometrów. Każdy tu każdego zna, każdy ma każdego na oku, zdecydowanie trudniej o prywatność, o zachowanie pewnych rzeczy dla siebie. Człowiek ma mniej alternatyw spędzania wolnego czasu, rzadko doświadcza inności, nic go nie zaskakuje.

Do tego dochodzi sytuacja ekonomiczna – mniejsza liczba miejsc pracy, gorsze perspektywy rozwoju, a co za tym idzie często niedostatek, bieda, bezrobocie, które sprawiają, że pomimo chęci trudno wyrwać się z małego miasteczka i zbudować sobie świat gdzieś indziej. To wszystko sprawia, że marzenia często roztrzaskują się o szklany sufit. W takich społecznościach dużo większą rolę odgrywają też wierzenia, które mogą przeradzać się w uprzedzenia, strach przed kimś z zewnątrz, obcym, innym.

Te wszystkie zjawiska to pewne schematy, na których łatwo zbudować interesującą fabułę. Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej złożona.

No właśnie, te różnice między dużymi, a małymi miastami w rzeczywistości nadal są widoczne?

Na pewno wolniej płynie tu czas, wyraźnie czuć tę nutę slow. Można niespiesznie przejść się nad jezioro, w kaloszach, bez jakichkolwiek przygotowań, które wydawały się konieczne przed wyjściem z domu w Sopocie. Ze wszystkimi sąsiadami jestem na "cześć", podczas spaceru raz po raz przystaję, by sobie z kimś niezobowiązująco porozmawiać. Co roku gospodarz organizuje imprezę dożynkową dla mieszkańców, są duże ogniska na Świętego Jana, a pani Sołtys sama wysyła smsy w razie jakichś pilnych spraw, chodzi po domach, zbierając podpisy, przy okazji zostając na herbacie. Potem wpadamy na siebie w sklepie spożywczym. A najlepsze jest to, że moi sąsiedzi częściej jeżdżą na sobotnie imprezy do trójmiejskich klubów niż ja! Jakoś tak to się wszystko pomieszało.

Zesłanie głównego bohatera – Leopolda Bilskiego do rejonowej prokuratury w Kartuzach stwarza mu okazję do odcięcia się od przeszłości. Twoja bohaterka – Julia Sarman, która uciekła za granicę i ułożyła tam sobie życie, po latach wraca na Kaszuby by zmierzyć się z demonami z dzieciństwa. Obydwoje na swój sposób próbują zacząć wszystko od nowa. Myślisz, że to możliwe?

Na pewno nie można otworzyć nowego rozdziału życia, jeśli nie zamknęło się starego. Jeśli całe życie ucieka się przed przeszłością, to ona będzie nas gonić. Tylko wyjście jej naprzeciw umożliwia odcięcie się od niej grubą kreską. Każdy musi w końcu spojrzeć w oczy swojemu cieniowi.

Ten motyw konfrontacji nieustannie do mnie wraca. I tak naprawdę jest on fundamentem każdej napisanej przeze mnie dotąd książki. Odcięcie się od tego, co było, ma zazwyczaj wymiar jedynie symboliczny. Nie sposób tego wymazać, nie można zmienić biegu zamierzchłych wydarzeń. Przeszłość zawsze wpływa na to, kim jesteśmy i jak wygląda nasze życie.

Przy pierwszej części odżegnywałaś się od pojawiających się porównań do bohaterki książki. Julia Sarman wydaje się mieć z Tobą dużo wspólnego, zupełnie tak jak Ty jest pisarką, mieszka poza miastem, ma małe dziecko. Ile tym razem jest z Ciebie w Twojej bohaterce?

Faktycznie pomiędzy mną, a Julią Sarman istnieją pewne analogie, ale znów – to nie jestem ja. Ja wyczerpałam swoją postać, pisząc o baśniowej Mali i Iwie z "Ona i dom, który tańczy". Te utwory są najbardziej intymne. Tam mnie najwięcej. Dziś tworzone przeze mnie bohaterki są całkowitą fikcją, same tkają się w procesie powstawania książek. Jeśli miałabym kogoś wskazywać z "Czerni" to byłaby to Andżelika – młodsza, wstydliwa, bojąca się świata siostra Julii. Ja zresztą tę relację pomiędzy siostrami opisałam, odwołując się do mojej relacji z siostrą, bo podobnie jak Julita z Andżeliką, żyjemy z siostrą w takiej niezwykłej bliźniaczej symbiozie, pomimo tego, że nie jesteśmy w tym samym wieku. Dlatego wykorzystałam w Czerni kilka historyjek z naszego dzieciństwa. W książce pada zdanie "Gdy jesteśmy razem, nie mam strachu" – jest ono nadal bardzo aktualne.

Czy jest w ogóle coś, czego się boisz? W "Czerwieni" i "Czerni" pokazujesz, że chyba dość trudno Cię przerazić.

Z wykształcenia jestem kulturoznawczynią i ciekawość poznawcza jest u mnie zdecydowanie silniejsza niż lęk. Zawsze powtarzam, że pisarz jest trochę jak lekarz – podchodzi do swoich pacjentów z dystansem, racjonalnie sondując, co im dolega. Metodologia i wyobraźnia wystarczą, by stworzyć zwichrowany świat przedstawiony. Nie trzeba być wariatem, by pisać o szaleńcach.

Masz już plan na kolejną część cyklu? Poznamy dalsze losy Leopolda Bilskiego i Anny Górskiej?

Premiera planowana jest na przyszły rok. W trzeciej części "Kolorów zła" wracam do Trójmiasta – tym razem pierwsze skrzypce będzie grać Gdynia, w której się wychowałam. Architektura tego miasta jest jedyna w swoim rodzaju – kamienice w stylu funkcjonalnym, modernistyczne budynki, portowe magazyny. I to wszystko skąpane w śniegu. Ta lekkość i czystość przestrzeni będzie kontrastować z fabułą przepełnioną przestępstwami, seksem i narkotykami. I oczywiście w tej scenerii będą działać prokurator Bilski i asesor Górska… zobaczymy jak tym razem ułożą się ich relacje.

Czy sukces Twojego kryminalnego debiutu "Czerwień" zmienił Cię w jakiś sposób?

Chyba niespecjalnie się zmieniłam. Moje życie też wygląda tak samo jak przedtem, oczywiście nie licząc tego, że spełniam obecnie swoje największe marzenia. Pewnie nabrałam też więcej pewności siebie, zdecydowanie zaostrzył się mój apetyt, by pisać lepiej i więcej. Niestety z tym więcej jest problem, bo przy małym dziecku niespecjalnie się da. Koronawirus też nie pomógł rozciągnąć czasu zaanektowanego przez córeczkę. Ale niebawem się wszystko ułoży, Mała za jakiś czas pójdzie do przedszkola, to wtedy będzie się działo! Wręcz nie wyobrażam już sobie takiej wolności (śmiech).

rozmawiał Damian Gajda

Kim jest Małgorzata Oliwia Sobczak?

Małgorzata Oliwia Sobczak – pisarka, z wykształcenia kulturoznawczyni i dziennikarka. Pochodzi z Trójmiasta, w którym spędziła niemal całe życie. Autorka baśni "Mali, Boli i Królowa Mrozu" i powieści obyczajowej "Ona i dom, który tańczy". W 2019 roku wydała doskonale przyjętą "Czerwień", pierwszą część cyklu „Kolory zła”. Książka uznana została za jeden z najważniejszych debiutów kryminalnych ostatnich lat, a autorkę okrzyknięto nową gwiazdą gatunku.

"Czerń" to druga część serii. Akcja przenosi się na Kaszuby. Leopold Bilski zostaje zesłany do rejonowej prokuratury, gdzie zajmie się sprawą zaginięcia trzynastoletniej dziewczynki. Poznajemy też nowych bohaterów – do Kartuz powraca pisarka Julia Sarman, która ostatnie lata swojego życia spędziła za oceanem. Teraz wraz z synkiem wprowadza się do domu nad brzegiem malowniczego jeziora. Powrót do miasta dzieciństwa zrodzi jednak demony, które długo spały w kaszubskiej ziemi.​