Trudno się z Panią umówić na początku jesieni, bo jest Pani zajęta robieniem... przetworów.
Spiżarnia na zimę ma być pełna? 

Nie chodzi o zapasy na zimę, tylko o to, że podam dzieciom i przyjaciołom zrobione przez siebie konfitury. Będziemy się delektowali. Również tymi wspólnymi chwilami. Smaki też pamięta się przez całe życie. Dla mnie najważniejsze jest zasiadanie przy stole z rodziną, to szczególny moment, który łączy i daje wszystkim siłę na czas, kiedy jest się od tego stołu daleko.

Jest Pani chyba matką idealną?

Ja idealna? Niech mi pani takich głupot nie opowiada! Mam dużo uwag do siebie. Pewnie jakieś rzeczy zaniedbałam. Często całe dnie spędzałam na planie, oni byli sami w domu. Mogłam więcej ich nauczyć, więcej im pokazać. Choć dziś, z perspektywy, widzę, że świetnie sobie beze mnie radzili. Może nie wszystko leżało na swoim miejscu, ale uczyli się życia i samodzielności. Wyrośli na fajnych, odpowiedzialnych ludzi. Ale gdy byłam z nimi, dawałam im siebie całą. Nie rozpraszałam się na tysiące innych spraw, mniej ważnych. Byłam, jestem zawsze dla nich. I oni to wiedzą. 

Może ideał to właśnie brak doskonałości?

Ważne, by być spokojną, uśmiechniętą matką, a nie spiętą, taką odtąd dotąd. Znam jedną, która nie pozwala córeczce nosić spodni, ubiera ją w eleganckie sukienki. Jak ta dziewczynka musi być nieszczęśliwa! Przecież dzieci są szczęśliwe wtedy, gdy się bawią, ubrudzą w zabawie, podrapią. Ale przede wszystkim trzeba mieć dla nich czas. Gdy dziecko chce nam coś powiedzieć, należy rzucić wszystko i je wysłuchać. Nie mówić: „Teraz jestem zajęta”, bo nie ma niczego ważniejszego niż sprawa, z którą ono do nas przychodzi. A doskonałość, dążenie do perfekcji to w sumie egoizm: coś sobie wymyślę, ustalę, mam jedyną słuszną rację i wszyscy powinni się podporządkować. W młodości chyba też taka byłam. 

W czym się to przejawiało?

Głównie w braku cierpliwości. Młodość jest trudna, na tyle pytań nie mamy odpowiedzi. Szukałam swojej prawdy, czytając książki, rozmawiając ze starszymi kobietami. Teraz nikt ich nie słucha. Starsi ludzie nie są w modzie. Mój syn niedawno powiedział z lekką ironią: „Taka starsza pani, koło pięćdziesiątki”. Jak huknęłam! A co to, pani po pięćdziesiątce już nie ma prawa żyć, i to fajnie żyć? W ten sposób utrwalają się stereotypy.

 

Jaką prawdę znalazła Pani dla siebie?

Że liczą się rzeczy proste, powszednie. To one budują więź. Jak w wierszu księdza Jana Twardowskiego: „Żeby mamusia budziła co rano, żeby ustawiała kubek mleka na stole”. Tak sobie wymyśliłam moje macierzyństwo i rodzinę: najważniejsza jest codzienność, nie jakieś wielkie sprawy. 

Więcej poezji, mniej kalkulacji? 

Dokładnie. Dziś liczy się pieniądz. A człowiek staje się bogatszy raczej dzięki poezji oraz wyobraźni, które prowadzą nas ku pięknym, kolorowym sprawom. Kieruję się bardziej sercem niż rozumem. Ważeniem, mierzeniem możemy zabić każdą miłą chwilę, która się zdarza. Bo jej nie dostrzegamy zajęci robieniem tego, co nakazuje harmonogram. A wyobraźnia porusza świat, nadaje życiu sens. Moja przyjaciółka Beata Błasiak opowiadała mi o tym, jak w dzieciństwie uwodziła dzieci swoimi barwnymi opowieściami. Nadal porywa ludzi do działania swoją wyobraźnią. Ja też ulegam jej niezwykłej sile imaginacji. Uważam, że to bezcenny dar. Tego życzę moim najbliższym, żeby umieli „zestrzelić myśli w jedno ognisko... ruszyć z posad bryłę świata”.

Powiedziała Pani kiedyś: „Teraz jest mało prawdziwych facetów, to chyba wina ich matek”. Co miała Pani na myśli?

Matki często wyręczają synów we wszystkim. A te samotne robią jeszcze z siebie cierpiętnice. Chłopiec odgrywa wtedy rolę opiekuna, pocieszyciela. W dorosłym życiu też ucieka do mamusi, nawet gdy ma już swoją rodzinę. Matki często wymuszają taki kontakt, bo nie ułożyły sobie życia. I uważają, że żadna dziewczyna nie jest dobra dla ich ukochanego synusia. Nie można zawiesić się na dziecku, nie dając mu przestrzeni i wolności. Ja też myślałam sobie: tak bardzo jestem związana z Antkiem, moim pierworodnym, a tu jakaś obca kobieta wkracza. (śmiech) Jednak wiedziałam, że wychowuję go dla świata, nie dla siebie.

Jest Pani pewnie z niego bardzo dumna?

E tam, zaraz dumna… Skończył reżyserię, świetnie pisze – mógłby zająć się scenariuszami, a poszedł w aktorstwo. Fakt, że zanim zdobędzie się pieniądze na realizację filmu, mija mnóstwo czasu. On nie chce go tracić, tłumaczy mi, że gra, dopóki dostaje propozycje. Wcześnie zaczął pracować. Chodził jeszcze do liceum, kiedy kręcił serial „Pogoda na piątek”, taksówka przyjeżdżała po niego o szóstej rano. Dziecko wychodziło do pracy, kiedy rodzice jeszcze spali, a pani mi mówi, że jestem idealną matką!

O Antku często piszą portale plotkarskie...

Co o nim wypisują! Że wszystkie jego role są załatwione przez rodziców. A to on dziś ewentualnie mógłby nam coś załatwić. Skąd ludzie biorą takie pomysły? Przecież film to są duże pieniądze, wielka ekipa. Gdyby młody Królikowski źle grał, podziękowaliby mu już po pierwszej produkcji, choćby był synem nie wiadomo kogo. Kiedy czytam takie bzdury, jest mi po prostu przykro. Na szczęście Antek ma to w nosie. Mówi, że wszyscy, którzy coś robią, są hejtowani.

Za to przyjaciele go uwielbiają. 

Zawsze taki był, gromadził wokół siebie ludzi. Liczyła się grupa, wspólne działanie, kreatywność. Gdy na studiach reżyserskich kręcił etiudy, wszyscy znajomi mu pomagali, poszliby za nim w ogień. Zakolegował się nawet z paparazzim, który przyznał, że ma na niego zlecenie i zaproponował: „Może się ustawimy?”. Antek się zgodził i zrobili temat: „Przyszła wiosna, Królikowski się całuje”. Fotograf miał zdjęcia, a Antek święty spokój na kilka miesięcy. 

 

Wszystkie Pani dzieci to artystyczne dusze?

Tak. Zawsze stawiałam na twórcze działanie: pomyśleć i zrobić, a nie pójść i kupić. W ten sposób wychowałam dzieci na artystów. Janek ma talent muzyczny, gra w zespole. Marcyśka jest uzdolniona plastycznie. Cała nadzieja w Ksawerym. Kupujemy mu mnóstwo klocków Lego, tworzy wspaniałe konstrukcje, może chociaż on zostanie inżynierem. Cały pokój jest zastawiony. Idealna matka pewnie by posprzątała, bo trudno tam wejść. Ja jednak uważam, że rozwijanie wyobraźni jest ważniejsze niż porządek. 

Julka gra w „Klanie” Pani córkę. Pani serialowa bohaterka długo nie mogła zajść w ciążę, próbowała nawet in vitro. Wtedy ten wątek przeszedł bez echa, dziś pewnie rozpętałaby się awantura?

Nie lubię tych awantur, tej mody na tematy dnia, niekiedy zastępcze. A dlaczego nie wziąć przykładu choćby z księdza Twardowskiego? Żeby tak do człowieka wyjść po ludzku, z dobrocią. Jak robi to np. Joanna Radziwiłł, szefowa Fundacji Świętego Jana Jerozolimskiego. Prowadzi w Warszawie na Pradze świetlicę dla dzieci z rodzin potrzebujących pomocy. Mogą tam przyjść, coś zjeść, odrobić lekcje. Ale nie tylko. Joanna mówi, że jej praca polega przede wszystkim na codziennym otwieraniu się na drugiego człowieka: dzieci są tam zauważane, doceniane, przytulane. Proste, zwyczajne gesty... Żeby świat był lepszy, nie potrzeba wielkich czynów. Wiele z tych dzieci, które do niej przychodziły, ma już swoje rodziny i wyszło na prostą. Joanna wciąż zabiega o pieniądze dla fundacji. Twierdzi: „Żadna ze mnie księżna, ja żebraczka jestem”. A ja wiem, że ona pięknie towarzyszy tym dzieciom i ich rodzinom. Już 25 lat. Człowiek przez duże „C”!

 

Pani często się angażuje w akcje charytatywne, m.in. w pomoc hospicjum dla dzieci Alma Spei, „Wielcy Małym”, jest Pani ambasadorką Fundacji Joanny Radziwiłł, wcześniej było szczepienie dzieci w Etiopii w ramach działań UNICEF...

To oczywiste, że trzeba pomagać. Powinno się wprowadzić modę na filantropię, wolontariat. Gdy młodzi się angażują, wyrastają na pięknych ludzi. Nawet jeśli ktoś potem wejdzie do polityki, nie jest durniem, dbającym wyłącznie o własne interesiki, tylko czuje służbę. Jak Ignacy Jan Paderewski, mój ideał. Rozsławiał na świecie muzykę Chopina, publiczność wiwatowała na jego koncertach. Po nim reagowano tak dopiero na Elvisa Presleya. Był nie tylko wielkim artystą, ale też patriotą i filantropem. Dużą część swoich niebotycznych honorariów przeznaczał na cele charytatywne. To dzięki niemu prezydent USA uwzględnił po I wojnie kwestię niepodległej Polski. Paderewski, człowiek wielkiego talentu i klasy, wzór do naśladowania, dziś jest niemal zapomniany. Mogłabym o nim mówić godzinami, a wszyscy mnie pytają o dzieci…

Bo z kim rozmawiać o rodzinie, jak nie z Panią?

To powtórzę: wszystko zaczyna się od domu. A dom to zwykła codzienność, która często jest uważana za nudną. Trzeba włożyć sporo pracy, żeby była atrakcyjna i radosna. Po to między innymi robię przetwory.