Idąc na wywiad, spodziewałem się osoby dominującej. Spotkałem jednak kobietę o wielkim poczuciu humoru i dystansie do siebie. Rozmawiamy w pijalni czekolady w centrum Warszawy, tuż obok Traktu Królewskiego. Aktorka zamawia gorzką czekoladę zmieszaną z espresso, za każdym razem kiedy tutaj jest, pije to samo. Uważa, że nie ma lepszego połączenia.

Pierwszy raz spotykam się z kimś na wywiad w niedzielę! 

- Ostatnimi czasy jestem w Polsce bardzo często, średnio dwa razy w miesiącu. Teraz gram w dwóch spektaklach w Warszawie: „Kochaniu na kredyt” z Piotrem Zeltem, Agnieszką Sienkiewicz, Filipem Bobkiem i Przemkiem Sadowskim. Natomiast z Marią Pakulnis i Antonim Pawlickim gramy w przedstawieniu „Pokrewieństwo dusz” w Teatrze Prezentacji.

W jednej ze szwedzkich produkcji gra Pani przywódczynię mafii. Ostro!

- W didaskaliach moja postać opisana jest jako królowa mafii. To prestiżowa skandynawska produkcja, którą tworzy fantastyczna ekipa. W zeszłym sezonie grałam również „czarny charakter” w szwedzkim filmie kryminalnym „Johan Falk”. Dialogi były w języku rosyjskim, a kobieta, w którą się wcielałam była groźna i bezwzględna. Zagrałam również prawicową ekstremistkę w szwedzkim serialu politycznym „Blå ögon”, co uważam za niezwykle zabawne i co ciekawe - realistyczne. Obcokrajowcy bardzo radykalizują się właśnie na obczyźnie. 

Często czytamy o aktorach, którzy grają w zagranicznych filmach, jednak sceny z nimi zostają wycięte w montażu. A Pani z powodzeniem gra w skandynawskich produkcjach. 

- Ale ja też zostałam całkowicie „wycięta” z filmu „Korczak” Andrzeja Wajdy. Grałam wtedy w scenach z okresu przedwojennego, a później okazało się, że reżyser zaczął film od wojny. No cóż, takie prawa montażu (śmiech). 

To duża ujma dla aktora, kiedy dowiaduje się, że jego rola nie weszła do filmu?

- A skąd! Trzeba zawsze grać jak najlepiej się potrafi oraz liczyć się z tym, że w montażu wszystko może się zdarzyć. Oczywiście dla dobra efektu końcowego! Zaczynałam pracę w okresie stanu wojennego. Miałam kompletnie inne podejście do tego zawodu niż dzisiejsza młodzież. Nie byłam nauczona, że za rolami filmowymi idą zaszczyty i kontrakty reklamowe. Chciałam grać i grałam jak najwięcej, a że dużo rzeczy lądowało na półkach albo w koszu... To już inna historia. 

Za co zarobiła Pani pierwsze pieniądze? 

- Za „Wierną Rzekę”. Kupiłam sobie za to serwis do kawy – takie wtedy były stawki. Nigdy nie walczyłam też o sławę. Pieniądze szczęścia nie dają, ale przysłowiowy kufereczek stóweczek daj Boże…

A pieniądze się Pani „trzymają”? 

- Tata zawsze mi powtarzał, żebym nie wydawała więcej niż zarabiam. Pogoń za pieniądzem jest kompletnie chora. Uważam, że szczęście to stan umysłu, który możemy sami wygenerować. Natomiast nic z zewnątrz tego nie zapewni. Ubóstwiam myśl Helmuta Kajzara, o którym pisałam pracę magisterską: Postaraj się z codziennego krojenia chleba uczynić krojenie tortu urodzinowego – to jest moja dewiza życiowa. Dobrze pan wie, że mimo ładnej pogody, część osób powie, że jest strasznie gorąco i już się spocili.

 

To Polacy. A Szwedzi?

- Nie chciałabym tego narodowościowo generalizować. Szwedzi mówią: „Nie ma złej pogody! Są tylko złe ubrania!”. I rzeczywiście, starają się dopasować do okoliczności. Niestety coraz częściej się radykalizują. Na pewno nie są otwarcie aroganccy i napastliwi, mimo że radykalna prawica już drugi raz dostała się do Parlamentu i podwoiła ilość mandatów. A dobrze wiemy, że różne są nastroje w społeczeństwie. 

Wróćmy do aktorstwa. Rodzice cieszyli się, kiedy dowiedzieli się, że wybrała Pani ten zawód?

- Ależ skąd! Uważali, że powinnam zostać lekarzem albo prawnikiem. Chciałam jednak ubarwić tę szarą, komunistyczną rzeczywistość. Praca w środowisku artystycznym była odskocznią od codzienności. Od zawsze wiedziałam, że chcę być aktorką. Szkoda mi ludzi, którzy miotają się i nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Chyba lepiej od razu mieć w życiu fokus. Moim celem nie było robienie „kariery”, ale możliwość znalezienia się w świecie szeroko pojętej sztuki. Poza tym szansa wcielania się w różne postacie była emocjonująca. Jednak za najfajniejsze uważałam to, że mogę wchodzić w życiorysy innych, a nie popełniać tych błędów co oni w swoim życiu. Moje role są moimi życiowymi nauczycielami. Do dziś maniakalnie chodzę do teatru. 

Zdarzało się Pani uciekać na wagary do teatru? 

- Nie, nie… Na próby nie wpuszcza się obcych. To sytuacje często niezwykle intymne. Za to nie raz lądowaliśmy w kinie albo w Łazienkach Królewskich. 

Dlaczego aktorka, która grała w cenionych przez widzów i krytyków produkcjach, postanowiła wyjechać z Polski?

- Przez kilka lat pracowałam bardzo intensywnie. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie chcę tak żyć. Postanowiłam wyjechać i się spakowałam! Denerwowało mnie, że nie mam życia prywatnego. Często aktorki tak bardzo tkwią w fikcji filmowej i teatralnej, że nie decydują się na dzieci, a potem jest już za późno. To był dobry moment na zmiany. Miałam kilka sukcesów na koncie i wizję dalszej kariery.

Rodzice nie obawiali się rozstania z córką? 

- Pewnie, że się bali! Zresztą mieli świadomość, że jedna córka już się im wymknęła. 

Gdzie teraz mieszka? 

- W Szwajcarii.

Latacie do siebie?

- Szczęśliwie mamy żyjących rodziców, więc częściej spotykamy się w Polsce. Kilkakrotnie byłam u niej w Szwajcarii, jednak bliżej nam do Warszawy. 

 

W Szwecji poznała Pani przyszłego męża. Oczarował Panią? 

- Tak, oj bardzo mnie zbajerował! Zagrałam Suzanne w filmie „Jezioro Bodeńskie”. Akcja zaczynała się, kiedy moja bohaterka była dwudziestolatką, a kończyła jak miała sześćdziesiąt lat. Pewnego wieczoru mój przyjaciel, reżyser Janusz Zaorski, zaprosił mnie na kolację do chińskiej knajpki. Powiedział, że będzie jego przyjaciel, który również jest po rozwodzie. Podczas powitania Gabryś zapytał, czy to ja grałam Suzanne. Powiedział, że jeśli będę się tak starzeć jak ona, będzie mnie kochał przez całe życie. To była miłość od pierwszego wejrzenia! Poszliśmy na całonocny spacer po Sztokholmie, gdzie opowiadaliśmy sobie życiorysy. Okazało się, że oboje jesteśmy dwa lata po rozwodzie i, co niesamowite - rozwodziliśmy się tego samego dnia. Nie mieliśmy czasu na odgrywanie przed sobą jakiś ról. Od początku byliśmy ze sobą szczerzy oraz rozłożyliśmy przed sobą wszystkie karty. Zarówno te odnośnie planów, marzeń, jak i wartości.

W Szwecji obowiązuje zupełnie inny system wychowania dzieci. Jak Pani wychowywała syna Victora? 

- Do piątego roku życia jak księcia. Od piątego do piętnastego jak niewolnika. A od piętnastego jak przyjaciela! Okres, kiedy Victor był nastolatkiem był dla nas bardzo trudny, burza hormonów dawała się we znaki. To czas odcinania pępowiny. Wtedy trzeba mieć nadzieję, że przekazało się już dziecku podstawowe wartości. Musi odróżniać dobro od zła, mieć wykształcone i wrażliwe sumienie. Musi zdawać sobie sprawę, że najpiękniejszą ludzką cechą jest godność, nierozerwalnie związana z poczuciem wolności oraz umiejętność samodzielnego nadawania sensu swojemu życiu. Potem trzeba nieustannie walczyć o przyjaźń takiego wspaniałego, empatycznego, młodego człowieka. A konkurencja jest niemała - świat ciągnie, rówieśnicy ciągną…

Czym teraz się zajmuje? 

- Od pięciu lat pół roku spędza w Ameryce Środkowej, a pół roku pracuje w Europie. 

Co robi w Ameryce? 

- Przez ostatnie dwa lata pracował w sierocińcu w Salwadorze. W zeszłym roku remontowali autobus, który rozwozi dzieci do szkół. Montował zbiorniki na wodę pitną. Budował też szkołę w Panamie. W tym roku pojechał w miejsca, gdzie wcześniej pracował. Chciał zobaczyć, czy to, co robił, miało sens. W Salwadorze okazało się, że jest konieczność przyjęcia ponad trzydziestki dzieci prosto z ulicy, a stary budynek tej ilości nie pomieści. Natychmiast zmienił swoje plany. Cały swój czas oraz wszystkie pieniądze zainwestował w budowę nowego domu dla sierot. 

Radzi się jeszcze swojej mamy?  

- Absolutnie nie! To jego życie, ja go za niego nie przeżyję! Mężowi było trudniej zaakceptować decyzję Victora. Kiedy dowiedział się, że zamierza rzucić studia, bardzo się zdenerwował. Teraz oboje pękamy z dumy, bo nie był to słomiany zapał. Sierociniec jest już prawie gotowy, a w środku trwają prace wykończeniowe. To wielka rzecz dla całej społeczności i wielka życiowa nauka dla naszego syna. W jakimś sensie jest podświadomie kontynuatorem życia swojego dziadka Miszy, który był bursistą u Janusza Korczaka i właściwie zadedykował swoje życie popularyzowaniu myśli pedagogicznej Starego Doktora. Korczak sformułował pięć zakazów i pięć nakazów regulujących relacje między dziećmi i dorosłymi: „Nie bij!”, „Nie zawstydzaj!”, „Nie strasz!”, „Nie krzycz!”. „Nie lekceważ!”. A przede wszystkim: „Pocałuj!”, „Przytul!”, „Pochwal!”, „Posłuchaj!”, „Pociesz!”. Gdybyśmy wszyscy stosowali te zasady świat byłby na pewno lepszy!

Victor czuje przywiązanie do Polski? 

- Na szwedzkiej maturze zdawał język polski jako jeden z języków obcych, pisząc kilkustronicowe wypracowanie. Jako mały chłopak jeździł na obozy sportowe na Suwalszczyznę, przyjaźnie z tych wyjazdów zostały mu do dziś. Kocha swoich dziadków - moich rodziców - mieszkających w Warszawie. Ma więc wiele powiązań z Polską. Poza tym uważa, że w Polsce chodzi się za darmo do teatrów. 

 

Porównuje szwedzkie ceny do polskich? 

- Po prostu tutaj chodzi z mamą, która jest zapraszana (śmiech).

Dla Polek jest Pani synonimem naturalności połączonej z ponadczasową klasą. A czym dla Pani jest kobiecość? 

- To miłe, jednak wolałabym pytanie: „Kim jest dla pani ciekawy człowiek?” (śmiech).

W takim razie, kim jest dla Pani ciekawy człowiek? 

- Na pewno seksualizm jest dla mnie cechą drugorzędną. Ważniejsze są cechy osobowości, których oczekuję od wszystkich ludzi - empatia, godność, poczucie humoru, ciekawość świata, ambicje rozwoju osobistego i odwaga. Cechy, które zwyczajowo przypisywane są kobietom jak łagodność, opiekuńczość chętnie widzę u mężczyzn, a te zwyczajowo przypisywane mężczyznom jak brawura, lubię u kobiet. 

Praktykuje Pani również jogę.

- Od ponad dziesięciu lat. Dzięki jodze wiele rzeczy w moim życiu się po prostu usystematyzowało. Drugi rok będę ambasadorką na Międzynarodowym Dniu Jogi, który ONZ ustanowiła na 21 czerwca. Ogólne obchody odbędą się jednak dwa dni wcześniej - w niedzielę 19 czerwca - na warszawskim Polu Mokotowskim. Pierwsza zasada jogi, to zasada niekrzywdzenia. Jest mi bardzo bliska, dotyczy ludzi, zwierząt oraz samego siebie. W czasie sesji wykonujemy w ciszy i skupieniu różne pozycje kontrolując jednocześnie oddech. Refleksyjne podejście do aktywności fizycznej - Asan - daje szansę na przeżycie ciekawej podróży, jaką jest życie. Wędrówka w głąb siebie jest wymagająca, trudna, ale co najważniejsze, bywa ciekawsza niż niejedna wycieczka zagraniczna. Joga to spójny system prowadzący do zdrowia fizycznego, psychicznego i szczęścia. To recepta niełatwa, ale jakże skuteczna. Pamiętajmy, że joga jest dla wszystkich - starych i młodych, dla kobiet i mężczyzn - niezależnie od poglądów politycznych, koloru skóry czy statusu majątkowego. Namaste! 

Namaste!

Z Małgorzatą Pieczyńską rozmawiał Damian Duda