Gala: Małgosiu, wyglądasz na szczęśliwą, promieniejesz, uśmiechasz się!

Małgorzata Potocka: (śmiech) Staram się nie narzekać na życie, a przecież mogłabym zacząć naszą rozmowę od tego, że kobiety w moim wieku, zwłaszcza aktorki, są niezauważane, jak powiedział Jacek Santorski, „przezroczyste”. Dla mężczyzn, pracodawców, ludzi w ogóle.

Na świecie dojrzałość i wiedza są czymś bezcennym.

No właśnie, a u nas wciąż nie. Żałuję, że przez lata nie umocniłam pozycji swojej firmy producenckiej, że zawsze było coś ważniejszego lub ktoś, kto mnie od tego odciągał. Ostatnio myślałam, że miałam naprawdę fajne życie  i powinnam czuć się kobietą spełnioną, chociaż nie wszystko ułożyło się po mojej myśli. Ale przecież nikt nie może powiedzieć, że jego życie jest tylko pasmem sukcesów.

Teraz jest ich chyba coraz więcej?

Powoli wychodzę ze wszystkich zobowiązań finansowych, które przez ostatnie lata mnie dręczyły. Kilka razy zaczynałam od zera, a łatwe to nie jest. Tym bardziej w pojedynkę. To dla mnie duże osiągnięcie. Chciałabym mieć więcej ról w serialach, filmach, robić kolejne filmy dokumentalne czy wystawy, bo taka jest natura twórcy. Jestem trochę jak nienażarta pirania, ciągle głodna nowego.

Co dzisiaj sprawia Ci w życiu największą przyjemność?

Czas spędzony z moimi córkami, Weroniką i Matyldą, a także dobra książka, spotkania z wartościowymi ludźmi, takie rozmowy jak z tobą. Wybieram dzisiaj sprawy i ludzi, którym poświęcam swoją uważność, a do tego się dojrzewa. Mam naturę optymistki, dlatego w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji szukam tego, co najlepsze. Wiele kobiet na moim miejscu już dawno by się załamało, a ja upadam, ale zaraz się podnoszę.

Skąd czerpiesz taką siłę?

Myślę, że to kwestia osobowości. Czasy, w których dorastałam, ciągłe „opozycje”, rewolucje, transformacje. Za działalność w stanie wojennym byłam  w więzieniu. To wszystko uczy pokory  i chroni przed pazernością. W optymizm i ciągłą nadzieję wyposażył mnie mój tata. Sam musiał przetrwać. Ostrzegał mnie, że moje życie łatwe  nie będzie i muszę zbudować swój  wewnętrzny świat. 

Jesteś marzycielką?

Typową, a marzenia sprawiają, że ciągle ma się na coś nadzieję. Czuję, że wszystko, co najlepsze, jeszcze przede mną. Mam w głowie mnóstwo nowych pomysłów. Nadzieja pozwala przetrwać każdy kryzys. Pewnie, że chciałabym mieć znowu 20 lat i tę młodzieńczą świadomość, że świat należy do mnie. Tylko jak już ma się te sześć dych, nagle okazuje się, że to już nie ja o wszystkim decyduję. Jednak gdy porównuję się z innymi kobietami w moim wieku, mam poczucie, że sporo osiągnęłam. I to sama!

Masz dwie wspaniałe córki, Matyldę i Weronikę, z których możesz być dumna.

Wychowałam je bez żadnego wsparcia ojców, także finansowego. Po rozstaniu z Grzegorzem z dnia na dzień zostałam bez środków do życia i dachu nad głową. Córki dały mi wtedy wielkie wsparcie, zwłaszcza 16-letnia wówczas Matylda. Pamiętam, jak leżałam całymi dniami na kanapie z psami i patrzyłam w sufit. Piłam dużo białego wina chardonnay. Isia Glądała, nasza wieloletnia przyjaciółka domu, „administratorka”, jak ją nazywaliśmy, powiedziała do Matyldy: „Uważaj, bo mama za dużo tego wina pije”. We trzy, razem z siostrą Weroniką i Isią , stanęły nade mną i powiedziały: „Matko, nie pij”. To było tak urocze,  że podziałało!

Dzieci, mężowie – kiedyś mówiłaś mi, że zawsze był ktoś ważniejszy od Ciebie samej, że nie umiałaś  o siebie walczyć. Kiedy to się  zmieniło?

Mój ojciec, scenograf, pozwolił mi odkryć, że jestem aktorką. Ale kiedy weszłam w dorosłe życie i związałam się  z Józkiem Robakowskim, wykładowcą w łódzkiej szkole filmowej, artystą wybitnym, przerwałam aktorstwo na rzecz filmów dokumentalnych, co do dziś jest moją pasją. Potem był Grzegorz, któremu oddałam się całkowicie. Plany, własne ambicje zepchnęłam na boczny tor, bo zajęłam się jego sprawami – reżyserią koncertów i teledysków. Weszłam do środka  świata muzyki,  co dla mnie, aktorki, było wtedy fascynujące. O sobie nie myślałam. Wydawało mi się, że jestem na tyle silną artystką, że zawsze będzie na mnie czas. Nigdy nie spotkałam na swojej drodze mężczyzny, który by mnie budował, poświęcił dla mnie wszystko i zrobił ze mnie idolkę. Wciąż jestem samotnym żaglowcem, o każdą sprawę muszę walczyć sama. Nie mam wsparcia ze strony mężczyzny, partii, grupy. A dla wielu pracowałam, pomagałam. Cóż, czasami wiara mnie opuszcza.

 Myślisz, że dzisiaj Twoja kariera  potoczyłaby się inaczej?

Dzisiaj młodzi i zdolni mają więcej możliwości, bo świat się otworzył.  Artyści z natury są egoistami. Ja swój egoizm odrzucałam, ustępując miejsca innym. Może gdybym była bardziej skupiona na sobie, teraz miałabym  w dorobku jeszcze więcej świetnych ról czy filmów i odcinałabym kupony od sukcesu. Ale to tylko takie gdybanie, bo kto wie, jak potoczyłoby się moje życie.

Ty zawsze byłaś tą racjonalną stroną swoich związków?

Byłam kimś, kto panuje nad domową rzeczywistością, ale kiedy pracowałam, pomagały nam gosposie. Przewodziłam obu swoim związkom. Z Grzegorzem doskonale się uzupełnialiśmy – raz on zarabiał więcej ode mnie, raz ja. Robiąc filmy dla Anglików, Amerykanów czy Szwajcarów, miałam takie honoraria, że Grzegorz mógł skupić się na twórczości, na nagrywaniu płyt, nie martwiąc się o nasz byt. Gdy ma się 20, 30 czy nawet 40 lat, robi się dużo rzeczy.

 I nie czuje się zmęczenia...

Mnie nadmiar obowiązków zawsze  nakręcał do działania. Córki bardzo mnie w tym przypominają. Dzisiaj, kiedy je obserwuję, widzę siebie z tamtego okresu. Matylda i Weronika nie miały łatwego życia. Wychowywały się w domu pełnym artystycznych zawirowań, a mimo to wyrosły na bardzo racjonalne, poukładane kobiety, które są przy tym indywidualistkami.

 Jak teraz wyglądają Wasze relacje?

Dobrze, bo bardzo się wszystkie kochamy, chociaż muszę ci się do czegoś przyznać. Kilka lat temu Matylda wyznała mi, że nie była ze mnie jako z matki  zadowolona.

Zabolało?

To mi złamało serce, bo zawsze starałam się, nawet w tych najtrudniejszych momentach – stan wojenny, rozstanie, cygańskie życie – być dla córek jak  najlepszą najlepszą matką. Matylda była córką  z wielkiej miłości, wychowaną w wyjątkowym domu, gdzie działy się rzeczy wtedy najważniejsze, które przeszły  do historii sztuki.

Od Weroniki też usłyszałaś taki  zarzut?

Ona nie miała do mnie pretensji. Jednak w przypadku jednej córki nie sprostałam zadaniu.

Matylda powiedziała Ci, na czym polegał Twój błąd?

Ona mi to jasno napisała, a ja nie dyskutowałam z jej zarzutami. Mogłam przecież powiedzieć, że nie rozumiała, nie znała mojej perspektywy, że nie wiedziała, jak mi jest ciężko. Ale uszanowałam jej uczucia i przeprosiłam za wszystko, co zrobiłam złego.

Uważasz, że brak ojca w życiu Twoich córek wpłynął na to, jakimi są kobietami?

Na pewno, zwłaszcza na ich relacje  z mężczyznami i nieufność wobec nich. Żałuję, że w przypadku obydwu swoich małżeństw postąpiłam niedojrzale. Zawsze ubolewałam, że odeszłam od Józka.

Po rozstaniu z Grzegorzem musiałaś na nowo zdefiniować siebie, jako kobietę i aktorkę. 

Może dlatego, że nie byłam na sobie skupiona. Ratunkiem okazała się sztuka – byłam przecież filmowcem, aktorką. Te zajęcia twórcze odciągały mnie od problemów codzienności. Byłam  w zasadzie  znów „studentką”, która przegapiła kilka lat swojej kariery: kilka szans, kilka świetnych ról… A dziś ciągle coś studiuję, przygotowuję się do czegoś – biorę udział w konkursach zawodowych, robię filmy. Próbuję przekonać do czegoś ministra kultury, ale nie ma dla mnie czasu. W telewizji lubią innych... Piszę książkę o sztuce lat 80. i 90. Ostatnio gram w teatrze Capitol ze znakomitymi aktorami. To przynosi mi wielką radość. Żyję w biegu, intensywnie.

Weronika mówiła mi kilka lat temu o wolności, którą dawałaś jej i Matyldzie. Wolności, której one, właśnie dlatego, że ją miały, nigdy nie nadużywały.

Jestem mamą, która wychowywała swoje dzieci spontanicznie, bez precyzyjnego planu. Odpowiedzialną, ale trochę szaloną, poddającą się rzeczywistości. Nie należę do osób, które walczą o dominację i podkreślają swój autorytet. Jasne ma być jedno, że ją kocham. Uważałam, że jeśli chciałyśmy gdzieś jechać, jechałyśmy. W weekendy wstawałyśmy o tej, o której się wysypiałyśmy. Czytałyśmy książki, które chciałyśmy przeczytać, etc.

Supermama!

Weronika tak o mnie mówiła, wiesz? Nasz dom był azylem wolności, dla ich wszystkich przyjaciół, którzy opowiadali o swoich problemach – trudnych relacjach z rodzicami, przymusie zakuwania od rana do nocy, presji.  Ja nigdy nie udawałam przed córkami nieomylnej, nie chciałam być dla nich mega autorytetem. Kiedy mówiły, że nie chcą iść do szkoły z jakichś powodów, pisałam im usprawiedliwienie. Nasze stosunki były wiarygodne i uczciwe. Nigdy się nie okłamywałyśmy. Trochę przesadzam, bo przecież mamie nie mówi się o wszystkim.

Uważasz, że taki model wychowania zaprocentował?

 Bardzo. Nasze życie było wystarczająco skomplikowane. Bezmyślnie narzucane dzieciom ograniczenia wywołują  u nich różne zahamowania i kompleksy. Wydaje mi się, że naprawdę niewielu ludzi potrafi zachować równowagę  w kontaktach rodzice – dziecko. Często budują relacje na nakazach i zakazach. Dla mnie najważniejsze jest to, że je kocham i zrobię dla nich wszystko. Wierzyłam, że metoda prób i błędów  okaże się najlepszą drogą dla Matyldy i Weroniki, by  same dokonywały swoich wyborów.

Okazywałaś przy córkach słabość?

Tak, wiele razy przy nich płakałam.

Żałujesz?

Nie. Dlaczego? Chciałam, żeby widziały we mnie normalną osobę. Nikogo  innego przed nimi nie udawałam, dlatego nasze stosunki były wiarygodne.  Wiedziały, że jak było słabo, to było,  a kiedy miałam powody do szczęścia, świętowałyśmy wszystkie razem. To,  że Matylda i Weronika uczestniczyły emocjonalnie w naszym rodzinnym  życiu, sprawiło, że wyrosły na świadome kobiety.

Co Weronika i Matylda mówiły  o Twoich związkach z mężczyznami po rozstaniu z Grzegorzem?

Nie miałam związków, które zakrawałyby na poważne. Żaden z panów nie zamieszkał z nami na stałe. Raz zaangażowałam się w relacje z młodszym mężczyzną, coś à la pan Macron, ale nie wytrwałam. To nie była sprawa wieku, tylko kompletnie innych światopoglądów, innych dążeń.

Jak one to przyjęły?

Normalnie, do nas do domu przychodzili różni ludzie, poza tym dużo podróżowałyśmy po świecie, żadne związki ich nie dziwiły.

Ingerowałaś w ich wybory sercowe?

Ja nie, ale pamiętam, jak Grzegorz przeżywał, gdy do Matyldy przychodził jakiś kolega. Kilka razy sprawdzał, czy zamek w jej drzwiach aby na pewno działa! (śmiech) A potem siadał w fotelu w salonie, na niczym nie mógł się skupić  i czekał, aż absztyfikant zejdzie na dół. Dziś też nie mogę się wtrącać. Zresztą i tak by mnie nie posłuchały. Przecież nie przeżyjemy życia za nasze dzieci. One same dokonują wyborów  i same muszą im sprostać.

Co Ty jako matka uważasz za swój największy sukces?

To, że córki ode mnie nie uciekły, że nie zagubiły się w życiu. Osiągnęły sukces zawodowy, mają dobrą pracę, realizują marzenia. Matylda prowadzi agencję nieruchomości, Weronika skończyła  w Nowym Jorku studia ochrony środowiska oraz ekonomię i zajmuje się adaptacją budynków, tak by spełniały ekologiczne  standardy. To ja, po amerykańskim stypendium, chciałam mieszkać w Nowym Jorku, a tymczasem to Weronika tam została. Cierpię, że mam ją tak daleko.

Chciałabyś kiedyś pracować z córkami?

Obie grały w moim serialu „Klasa na obcasach”, przyglądały się mojemu życiu i obie przyznały, że taki bałagan to nie dla nich. Przerażał je ciągły brak stabilizacji. Ale i tak mają artystyczne dusze. Matylda jest świetna w urządzaniu wnętrz, ma  niezwykły gust. Weronika pięknie śpiewa i obie obłędnie tańczą. Uwielbiam wychodzić z nimi do klubu! Spędzamy wtedy pół nocy na parkiecie. Wtedy myślę sobie: „Ile matek chodzi ze swoimi córkami na imprezy?”. Uważam, że to wielki sukces!

Babcią też jesteś nowoczesną?

Tego dopiero się uczę. Nie mam doświadczenia w wychowywaniu chłopaków. Nie ma podręczników „Jak być  dobrą mamą czy babcią”. Chciałabym mieć jeszcze  syna, bo wtedy ród Potockich znalazłby swoje przedłużenie. Tadeusz, syn Matyldy, jest niesamowity, mogłabym godzinami z nimi rozmawiać. Często wita mnie zdaniem: „Baba, zrób szpagat!” (śmiech). Na co dzień zajmuje się nim opiekunka, ale ja, kiedy mam tylko wolną chwilę, zabieram go na spacery na Starym Mieście albo do teatru .

Jakim dzieckiem jest Tadeusz?

Choć ma dopiero pięć lat, jest niezwykle rezolutny  i dobrze się wszędzie odnajduje. Ostatnio przyniósł mi instrukcję obsługi bolida i oznajmił, że „jest źle napisana”! Tadeusz potrafi takimi spostrzeżeniami zadziwić całą rodzinę.

Spotykamy się w Twoim domu. I choć jest on bardzo piękny, przypomina raczej muzeum wypełnione pamiątkami niż miejsce, w którym tętni życie.

Właściwie każdy z moich domów był swoistym domem kultury. Masa ludzi, atrakcji, my w szale twórczym. W przedostatnim domu po jednej stronie było wielkie studio muzyczne, po drugiej moje – filmowe, gdzie kręciłam teledyski. I jeszcze wielka ciemnia... Wymarzony świat, za którym tęsknię. Ten obecny dom, nie mówię ostatni, tętni życiem, gdy przychodzą goście. Wtedy mogę się popisać moim gotowaniem, co uwielbiam! Powinnam prowadzić restaurację. A propos, smakuje ci moja zupa?

Bardzo!

Dziękuję... Poprzednie domy były wielkie, ascetyczne. Ten „przygarnął” wszystkie pamiątki z minionych epok. Matylda czasami żartuje: „Wpadniemy do matki do lombardu?”. Ale każdy przedmiot ma tu swoją historię, magiczną energię. Jest co przekazać córkom. Lubię to miejsce, odpoczywam tu, ale żałuję, że jest tak daleko od centrum Warszawy.

A nie brakuje tutaj Twoim zdaniem mężczyzny?

Wszyscy pytają mnie: „Jak taka fajna kobieta jak ty może być sama?”.

 I co im odpowiadasz?

Nie mam odpowiedzi. Są osoby stworzone do życia w pojedynkę. Ja akurat nie, bo uwielbiam się do kogoś spieszyć, dla kogoś gotować, coś komuś kupować. Moje córki żyją własnym życiem, a ja ciągle szukam swojej drogi i swojego szczęścia.