Zaczynamy od perfekcji czy od piłki nożnej? Wybieraj.

A miałam nadzieję, że zaczniesz niebanalnie. (śmiech) Bo od trzech lat niemal każdy rozpoczyna ze mną rozmowę od perfekcji, a od jakiegoś czasu pytają o piłkę nożną. Jedno i drugie jest mi bardzo bliskie. (śmiech)

Chciałem rozpocząć od teorii względności, ale kiedy weszłaś do restauracji, moje plany legły w gruzach. Bo okazało się, że: zarezerwowałaś stolik, zamówiłaś mi deser, zanim zdążyłem go wybrać... Opanowałaś i zdominowałaś całą tę sytuację. Wtedy pomyślałem: ,,To nie jest legenda. Rozenek ma coś z Perfekcyjnej Pani Domu”.

Nie przesadzaj. Staram się być przygotowana stosownie do okoliczności. Po co masz tracić czas na wybieranie deseru? Zaproponowałam ci coś, co już sprawdziłam. Nie wzięłam tylko bateryjek, na wypadek gdyby te w twoim dyktafonie się rozładowały... O, właśnie to się stało. Na szczęście telefon nagrywa.

Przed chwilą wstawałaś od stolika i już chciałaś pojechać po nie do domu.

Bo bateryjki mam w innej torebce. Śrubokręt zresztą też.

Może pewne cechy przeniknęły do Twojego charakteru?

Czyje cechy?

Bohaterki z programu, która przecież nie istnieje, do Małgorzaty Rozenek, jaka istnieje. Mam nadzieję.

Oczywiście, że Perfekcyjna Pani Domu jest w jakimś sensie postacią fikcyjną, ale pamiętaj, że to nie jest program reżyserowany według precyzyjnie określonego scenariusza. Cechy, które posiada PPD, są również moimi. Ale nie jestem tylko taka jak prowadząca program w telewizji. Ech, dlaczego tak trudno to zrozumieć?

Bo jakkolwiek zabrzmiałoby to banalnie – ludzie wierzą w Was, po tamtej stronie ekranu. Jedna z aktorek kultowego serialu opowiadała mi, że od lat jej wykształcone, światłe przyjaciółki pytają ją – całkiem serio – „Nie pocałowałaś go?!”. Ona nie ma już siły bezustannie wyjaśniać, że przecież to, co zobaczyły, nie istniało! Bo i tak niedługo znowu zapytają  o to samo.

Dobrze, że jej wierzą. Bo to oznacza, że serial i role były wiarygodne. (śmiech) Perfekcyjna Pani Domu ma moje cechy. Nie udaję, nie gram kogoś, bo tak kazał mi reżyser czy zostało coś zapisane w scenariuszu, na przykład, że teraz mam być stanowcza, a za chwilę łagodna. Nie udaję, że wiem więcej, niż wiem faktycznie. To cenne, że na ekranie widać duży i prawdziwy fragment mojej osobowości. Co nie oznacza, że jestem wyłącznie taka. W codziennym życiu bywam bardziej spontaniczna. A że lubię – po prostu – organizować czas i przestrzeń wokół siebie... to inna sprawa. Wyniosłam to z domu, wynika to również z mojego charakteru. Z drugiej strony jestem dosyć ekspresyjna. Jednak moja ekspresja puszczona tak zupełnie luzem byłaby trudna do zniesienia. Jednocześnie nie chcę tracić niczego ze swojej żywiołowości. Dlatego wkładam ją w ramy zorganizowania. Skrajnie różna – to najlepsza definicja mnie samej i chyba każdego z nas.

Ty ekspresyjna? Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić.

Nie udawaj.

Zrób, proszę, portret pamięciowy anonimowej, „cywilnej” Małgorzaty sprzed 15 lat – maturzystki albo studentki.

Bardzo dobrze zapamiętałam siebie   z czasów szkoły baletowej. Jak ja przeklinałam wtedy tamten okres, który dzisiaj wspominam z wielkim szacunkiem. Najważniejsza szkoła życia, która mnie wyposażyła we wszystkie cechy niezbędne do tego, aby dzisiaj przetrwać. A jaka wtedy byłam? Bardzo żywiołowa i energiczna. Co skutkowało notorycznym nieodpowiednim zachowaniem na świadectwie. Tuszowały je dobre stopnie z przedmiotów. Potrafiłam nosić rozpuszczone włosy, co w szkole baletowej było   i jest po prostu zabronione, albo zakładać biżuterię. Do tego wszystkiego miałam w sobie potrzebę konfrontacji z pewnymi narzuconymi konwenansami, formułami. Ten bunt zawarty był w pytaniach: czemu mam to zrobić, dlaczego mi nie wolno, skąd biorą się granice, kto może mi je wyznaczać? Albo chodziłam ubrana na czarno   i przekłułam nos, z którego, dosłownie po trzech minutach, wyjęłam kolczyk – wystarczyło jedno spojrzenie mojego taty. W środowisku, w którym wtedy żyłam – domu, szkole – ekstremalne było już... niepowiedzenie komuś „dzień dobry” albo kiedy nie zatrzymałeś się na korytarzu obok przechodzącej nim dyrektor szkoły.

 

Pochodzisz z inteligenckiej rodziny – domu,   w którym panowały zasady. Domu, który   wymagał od Ciebie określonej postawy.

Najbardziej doceniam – już dzisiaj   z perspektywy – że rodzice zafundowali mi ogromną stałość, pewien porządek rzeczy. U nas w domu wiadomo było, co się robi w niedzielę, wiadomo było, że czyta się książki, o której jest obiad i tak dalej. Obowiązywały pewne rytuały, które wtedy były oczywiste   i nikt się nad nimi nie zastanawiał.   Ale pomimo uporządkowanej rzeczywistości ja oraz mój brat pozostaliśmy sobą. Nasze osobowości, ciekawość świata oraz spontaniczność w tym wszystkim nie zginęły. Zawsze zadawaliśmy mnóstwo pytań, mieliśmy barwne natury, byliśmy dosyć żywiołowi. Moi rodzice tak nas kształtowali – w subtelny i niezauważalny dla nas sposób – abyśmy z jednej strony robili rzeczy ważne, a z drugiej nie zmarnowali okazji, jakie się nam przytrafiały. Oni posiadają ogromny talent wychowawczy. I nawet wtedy, kiedy zdarzało się, że zawodziłam ich oczekiwania, to i tak wiedziałam, że kochają mnie najbardziej na świecie.

Takie ciągłe myślenie o tym, żeby nie zawieść, nie rozczarować rodziców, jest obciążające.

Tylko wtedy, kiedy nie mamy do nich zaufania i nie wierzymy, że chcą dla nas dobrze. Nie mam żadnych wątpliwości, że moi rodzice należą do tych, którzy chcą dla mnie jak najlepiej.   Bo dla nich „nie zawieść” oznacza tylko jedno: abym była szczęśliwa, a nie to, abym wyznaczała sobie kolejne cele w drodze do sukcesu.

Czy rozumieją to, co się teraz dzieje w Twoim życiu?

Oczywiście. Czasami martwią się z powodu tego, co medialnie dzieje się wokół mojej osoby, a ja się martwię tym, że oni się martwią.

Nie wyobrażali sobie tego wszystkiego albo   w niewielkim stopniu brali pod uwagę to,   że będziesz kiedyś sławna...

Nikt tego nie planował. Pamiętam,   że kiedy przed laty wróciłam z Francji, w której uczyłam się języka, chodziłam na zajęcia do akademii kulinarnej, obejrzałam niezliczoną liczbę spektakli baletowych, a przy okazji zjeździłam pół Europy, to chciałam pokazać rodzicom, że nie zmarnowałam tamtego czasu. Tak się spięłam i zmobilizowałam, że dwa lata ciężkich studiów prawniczych zaliczyłam w rok, jednocześnie pracując. Pamiętam, jak bardzo mój tata był temu przeciwny – żebym pracowała i jednocześnie się uczyła – bo sądził, że studia mogą   na tym ucierpieć. Na moich studiach prawie każdy wybierał nie jeden,   ale dwa kierunki, i do tego pracował. Czułam, że muszę być samodzielna, dlatego chciałam zarabiać na siebie. Nie bałam się wtedy, że mogę nie podołać... Szkoła baletowa nauczyła mnie pracowitości, wytrzymałości oraz determinacji. Wyniosłam z niej poczucie, że tak naprawdę nic nie jest w stanie cię zabić. Jeśli mam do wykonania pracę, to muszę ją wykonać   – nieważne, czy jest zima, czy panuje upał albo mam grypę. Powiedziałam więc mojemu ojcu, że strasznie chciałabym pracować. On odparł, że to niedopuszczalne, bo jeszcze zdążę, jeszcze mam na to czas, a teraz powinnam skupić się na nauce... Kiedy jednak zrozumiał, że ja naprawdę nie żartuję i jestem mocno zdeterminowana, zgodził się i nawet trochę pomógł, żebym mogła stawiać pierwsze kroki w zawodzie prawnika – wtedy jako początkująca stażystka. Wiem, że zafundowałam rodzicom wiele zmian: po studiach zaczęłam studia doktoranckie i przestałam pracować – bo dziecko, bo taki model rodziny – a później wróciłam znowu do pracy i po raz kolejny moje życie się zmieniło. Na szczęście moja mama i tata nie myślą w kategoriach: „Boże, co ona znowu wykombinuje”. Chcą, abyśmy ja oraz ich wnuki byli szczęśliwi.

Czy jedyny do tej pory polityczny wywiad, jakiego udzieliłaś, powstał dlatego, że chciałaś wesprzeć swojego tatę, który zasiada   w kierownictwie Prawa i Sprawiedliwości?

Decyzję o tym, że go udzielę, podjęłam pod wpływem impulsu i przyznaję szczerze – nie konsultowałam jej z nikim. Nie chodziło mi o to, żeby tatę wspierać, bo on takiego wsparcia nie oczekuje. Bardzo kocham moich rodziców i uważam, że pewne wartości, które mi przekazali, są ponadczasowe. Choćby szczerość wobec samego siebie, o którą dzisiaj jest niezwykle trudno. Nie żałuję, że udzieliłam wtedy   tego wywiadu. Rodzice dowiedzieli się już po tym, jak nagrałam rozmowę,   ale przed jej publikacją. Tata, muszę przyznać, zmartwił się, jak ten wywiad zostanie odebrany... Ale cóż, stało się.

Jednak wsadziłaś wtedy kij w mrowisko.

Mam wrażenie, że bardzo często wiele spraw urasta w komentarzach – zupełnie niezasłużenie – do rangi czegoś naprawdę ważnego. Taki medialny szum trwa chwilę i szybko pojawia się coś następnego, co się fajnie komentuje. W dzisiejszym świecie równolegle   do realnej rzeczywistości rozgrywa się ta całkowicie wirtualna i niezależna ode mnie albo zależna tylko w niewielkim stopniu.

Twoje za niskie o 3 centymetry obcasy albo   za krótka o 10 centymetrów sukienka mogą zmienić losy świata.

Widzę, że mamy podobne poczucie humoru. Przyjęłam taką zasadę: dopóki to, o czym powiedziałeś, nie zaczyna przekładać się na jakość mojej pracy i nie ma negatywnego wpływu na to, co robię zawodowo, nie zauważam tego. Nie dotyczy to mnie jako człowieka i nie dotyka osobiście.   Do konstruktywnej krytyki jestem przyzwyczajona, nauczyłam się ją przyjmować w szkole baletowej, gdzie poprzeczka postawiona jest bardzo wysoko. Poza tym mam dosyć jasno sprecyzowane to, co robię i po co.   Pamiętaj o tym, że mam dwóch wspaniałych synów – Tadeusza i Stanisława. Wychowuję ich i najzwyczajniej   w świecie muszę pracować.

 

Czy show-biznes Cię rozczarował?

Nie miałam wobec show-biznesu żadnych oczekiwań, więc nie mógł mnie rozczarować. Myślę o tym, że mam   do wykonania pracę, zadanie, i chcę   to zrobić jak najlepiej. Tak samo podchodziłabym do sprawy, gdybym pracowała jako prawnik w kancelarii.

Z tej drogi można zawrócić? Prowadzisz „Perfekcyjną Panią Domu” najdłużej ze wszystkich gospodarzy tego programu – pięć sezonów, podczas gdy na świecie rekord wynosi trzy. Co możesz później robić?

Obronić pracę doktorską.

Następnie włożysz żakiet, usiądziesz za biurkiem i na swojej wizytówce napiszesz: doktor prawa, adwokat Małgorzata Rozenek, sprawy spadkowe...

Sprostowanie: moją specjalnością   są stosunki majątkowe między małżonkami. Zatem jeśli miałabym pracować w zawodzie prawnika, mogłabym prowadzić na przykład sprawy rozwodowe.

O ironio.

No właśnie. O ironio. Gdyby ktoś powiedział mi trzy lata temu, że dzisiaj tak właśnie będzie wyglądało moje życie, to roześmiałabym mu się prosto w twarz. Wyobraź sobie, że mija 10 lat   od tej chwili, kiedy rozmawiamy.

Gdzie siebie widzisz? Kim jesteś?

Nie wiem. Nie mam pojęcia.

Zawsze mamy jakieś wyobrażenie na temat swojej przyszłości.

Do momentu, w którym rozpoczęłam pracę w telewizji, miałam zaplanowany niemal każdy centymetr życia. Na sto lat   do przodu. A w pewnej chwili rzeczywistość potoczyła się w zupełnie innym kierunku. Musiałam sobie z tym poradzić. Nie myślę tutaj wyłącznie   o pracy, ale również o mnie samej jako kobiecie, o dzieciach, rodzinie. Kiedy przypominam sobie, ile energii wkładałam w planowanie, w przygotowywanie gruntu pod to, aby moje plany się spełniły. A teraz uważam,   że trzeba skupiać się na tym, na co mamy realny wpływ, na tym, co tu  i teraz. Jeśli myślę o przyszłości, to zawsze w kontekście bezpieczeństwa Tadeusza i Stanisława.

Rzeczywistość, w której żyjesz, uzależnia.   Potrafiłabyś żyć bez tego ,,narkotyku”?

Nie wiem, czy uzależnia. Zaczęłam pracować w mediach jako ukształtowana kobieta, matka dwójki dzieci. To istotne, bo zmienia optykę. Może dzięki temu nie zwariowałaś. Istnieje takie prawdopodobieństwo.

Jaką jesteś mamą?

Chyba dobrą. I wciąż mam niedosyt czasu spędzanego wspólnie z dziećmi.

Wychowujesz synów tak, jak Ciebie wychowywano?

Mam wszystkie wady rodziców... Ale również – w co wierzę – zalety.

To co powtarzasz po rodzicach? Mam na myśli wady.

Nie było tego wiele. Pamiętam, że dla mojego taty wszystko robiłam „za wolno” – wysiadałam z samochodu pod szkołą, „za długo” kupowałam chleb   w sklepie, kończyłam zajęcia „ostatnia”... Obiecywałam sobie, że nigdy tak nie będę mówić synom. Ale, niestety, zdarza się... Co więcej, odkąd sama jestem mamą, rozumiem, dlaczego tak mówili moi rodzice.

 

Twoje dzieciństwo i dorastanie upłynęły również pod znakiem dyscypliny. Ty też wprowadzasz dyscyplinę?

Tak, ale to nie znaczy,   że panuje u nas wojskowy dryl. Dyscyplinująca w moim wypadku oznacza szczera wobec synów. Jeśli ich zachowanie mi się nie podoba, to na pewno tego nie przemilczę i od razu   o tym rozmawiamy w domu. Tak samo jest wtedy, kiedy mi się coś u nich podoba. Szalenie ważna zasada. Dużo rozmawiamy. Mamy taki swój rytuał przed snem – kiedy chłopcy są już   w łóżku, ja siedzę u nich w pokoju   i już dokładnie mogę wyczuć moment zwiastujący to, że chcą pogadać.   Ciągle mnie zaskakują – bo czasami rozmawiamy o pozornie nieistotnych sprawach, a kiedy indziej o bardzo poważnych. Niedawno w szkole,   do której chodzą Staś i Tadeusz, był strajk. To francuska szkoła i zgodnie z tradycją (śmiech) raz do roku jej personel organizuje strajk, żeby przypomnieć o swoich postulatach. We Francji to przecież norma. Kiedy synowie wrócili do domu, mieliśmy bardzo długą dyskusję o tym, co tak naprawdę znaczy strajk i dlaczego ludzie uciekają się do niego.

Chronisz swoich synów?

Przed czym?

No wiesz...

Tak. Z pełną konsekwencją. Staram się z nimi nie bywać publicznie, nie fotografować się. Boli mnie to, kiedy inni nie potrafią tego uszanować. Zdarzają się sytuacje, kiedy ktoś poluje   na ich zdjęcie. Do tego stopnia, że potrafi po imieniu zawołać do mojego syna, aby ten się odwrócił i został „właściwie” sfotografowany. Spotkało to kiedyś Stasia, który był mocno zaskoczony i przestraszony, że nagle, na ulicy, po imieniu woła do niego jakiś obcy mężczyzna z aparatem,   a potem go fotografuje. Bardzo ważne jest to, abym wtedy ja zachowała spokój oraz rozsądek, dzięki czemu oni będą czuli się bezpieczniej. Poza tym uczę ich, aby nie reagowali na takie sytuacje.

Synowie oglądają Twoje programy?

Nigdy. (śmiech) To nie jest ich pora oglądania telewizji.

Rozmawiamy o tym, jak wiele wyniosłaś   ze swojego rodzinnego domu i przeszczepiasz do własnego życia. Nie wszystko jednak   ,,zadziałało”.

O czym myślisz?

O Twoim rozwodzie.

Byłam absolutnie przekonana, że ten model domu oraz związku, który stworzyli moi rodzice, będzie również moim modelem na zawsze. Ale nie zawsze w życiu jest tak, jak byśmy chcieli.

Chciałabyś być jeszcze mężatką? W oparciu o to, co sama przeżyłaś, jak myślisz?

Myślę, że miłość jest najważniejsza...

Szukasz jej?

Miłości się nie szuka! Ona po prostu do ciebie przychodzi.

„Perfekcyjność prowadzi do samotności” – autor nieznany.

Ładne zdanie... ale czy prawdziwe?

„Słownik języka polskiego” stawia jako zamiennik „perfekcji” „doskonałość”.

Nie stawiam między tymi słowami znaku równości. Wydaje mi się, że doskonałość jest dana, bezwysiłkowa, a perfekcja ciężko wypracowana. Często   w drodze do doskonałości. I jak deser? Smakował ci?