Gala: Małgosiu, co Ci się udało w tym roku?

Małgorzata Rozenek-Majdan: Szczerze? Wszystko. Wiem, że niektórzy uznają to za przejaw pychy, ale przestałam się już przejmować tym, co powiedzą ludzie. Wczoraj, jak co roku pod koniec grudnia, kupiłam nowy kalendarz, w którym zapisałam marzenia na kolejne 12 miesięcy. Zawsze towarzyszą temu duże emocje. Piszę o rzeczach ważnych, ale też o drobiazgach: zakupie wymarzonego pierścionka albo o fotografie, z którym chciałabym pracować. Rok temu na pierwszym miejscu tej listy był własny program. Wtedy wydawało mi się to nierealne, głównie ze względu na rozmach, a co za tym idzie – duże koszty takiej produkcji. Poza tym marzyłam o kontrakcie z firmą reklamującą lakiery do paznokci. Nie wiem, dlaczego akurat o tym pomyślałam! Nie zrobiłam tego wyłącznie dla pieniędzy, po prostu to była jedna z moich wariacji. Kolejnym spełnionym zawodowym marzeniem było nagranie audiobooka. Udało się w ramach akcji „Śniadanie Daje Moc”, która propaguje jedzenie śniadań wśród dzieci. W kwietniu odhaczyłam ostatni punkt z tej listy i pomyślałam: „Może pora trochę zwolnić?”. (śmiech)

Mam wrażenie, że ten rok bardzo umocnił Twój wizerunek. Poprzednie lata nie były dla Ciebie łatwe: rozwód, problemy związane  z nieudanym programem, potem nagonka, z którą musiałaś się zmierzyć. Dzisiaj odnosisz sukces za sukcesem, ludzie Cię lubią.

Mówisz o nagonce związanej z „Piekielnym hotelem”? Ta sytuacja nauczyła mnie, że niezależnie od tego, co mówią inni, jak bardzo próbują zburzyć moją samoocenę, sama muszę wiedzieć, ile jestem warta. Ja wiedziałam i to uratowało mnie przed porażką.

Ale przecież kiedyś bardzo przejmowałaś się opinią innych.

Bo niesprawiedliwa ocena boli. Kiedy zaczynałam pracę w telewizji, zrozumiałam, że moją najmocniejszą cechą jest umiejętność skupienia się na czymś w danym momencie. Brakowało mi czasu na media społecznościowe, bo w pełni poświęciłem się pracy. Po drodze miałam różne sytuacje  w życiu prywatnym. Aktywność w social mediach była ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę, co negatywnie odbiło się na moim wizerunku. Ale wiedziałam, że prawda i ciężka praca zawsze się obronią.

Co pozwalało Ci w to wierzyć?

Moje własne przekonanie oraz słowa rodziny i przyjaciół.

Zawsze byłaś pewna siebie?

To chyba kwestia wychowania. Mam najcudowniejszych rodziców na świecie. W naszym domu panowała dyscyplina. Wiadomo było, że czyta się książki, że trzeba się dobrze uczyć. Nie zastanawiałam się wtedy, czy to ma sens, po prostu byłam do tego przyzwyczajona. W tym wszystkim mogłam pozostać sobą. Rodzice nie głaskali mnie po głowie, ale też nigdy  nie wątpiłam, że jestem dla nich najładniejsza i najmądrzejsza.

Wychowywanie dziecka w poczuciu wyjątkowości…

Wiem, co chcesz powiedzieć: grozi tym, że będzie zarozumiałe! (śmiech)

No właśnie.

Nie byłam zarozumiała tylko ambitna. Chciałam być najlepszą uczennicą, a potem matką, żoną, realizować wszystkie zawodowe marzenia. Mój tata mówił: „Jeśli ustawisz sobie poprzeczkę na dwa metry, skoczysz metr pięćdziesiąt. Jeśli na metr, skoczysz tylko pięćdziesiąt centymetrów”.

Czego jeszcze nauczył Cię tata?

Na przykład świetnej organizacji. Ale też tego, że nie można bać się porażek ani okazywać słabości. Mamy z tatą  podobny, niełatwy, charakter i lubimy stawiać na swoim. A mama? Mama do czasu, gdy dorośliśmy z bratem, zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci. Tata powtarzał nam, że praca, którą wykonuje, jest bardzo ważna i powinniśmy ją doceniać. Może dlatego, gdy sama po urodzeniu dzieci musiałam zrezygnować ze studiów doktoranckich, nie miałam z tym problemu. Małżeństwo  rodziców zawsze było dla mnie niedoścignionym wzorem.

Małgosiu, a to prawda, że mama jest Twoim najsurowszym krytykiem?

Mama mnie krytykuje, ale też bardzo wspiera. Często żartuje, że tyle wysiłku i pieniędzy włożyli z tatą w moje wykształcenie, a ja skończyłam w telewizji. (śmiech)

Wtedy tata staje w Twojej  obronie?

Z jego zdaniem liczę się najbardziej. Bardzo mnie wspiera, dzięki niemu mogę robić w życiu wiele rzeczy. Daje mi siłę i energię, mimo dyscypliny,  o której ci mówiłam. Z kolei mama potrafi po emisji odcinka któregoś  z moich programów zadzwonić i powiedzieć: „Boże, co ty na siebie założyłaś?!” albo „Nie popadaj w egzaltację i nie gadaj takich głupot!”.

Dlaczego mamie nie podoba się to, że występujesz w telewizji?

Ona chyba za bardzo przeżywa doniesienia medialne na mój temat, wyssane z palca plotki. Wciąż powtarzam jej, by nie brała tego do siebie, bo połowa tych informacji jest nieprawdziwa. Pamiętam, jak przed ślubem  z Radosławem w internecie pojawiły się informacje, że uroczystość odbędzie się w czerwcu. Mama  zadzwoniła do mnie i zapytała:  „W czerwcu? Przecież mówiłaś, że  we wrześniu. Mam nadzieję, że jesteśmy z ojcem zaproszeni”. Wtedy dotarło do mnie, że ona naprawdę w to wierzy. A przecież jest inteligentną, oczytaną kobietą, korzystającą ze wszystkich uroków życia kulturalnego: chodzi do teatru, dużo czyta, zna się na kinie. Media łatwo manipulują prawdą, tworzą alternatywną rzeczywistość, w którą ludzie, chcąc lub nie, zaczynają wierzyć.

A może Twoja mama widzi dużo zagrożeń w show-biznesie?

Uważa, że ten świat jest niesprawiedliwy i krzywdzący. Kiedy w jednej  z gazet przeczytała, że tracę wzrok, była przerażona. Nie rozumiała, jak mogłam to przed nią ukrywać. Ale jeszcze gorzej się poczuła, gdy powiedziałam jej, że ktoś sfałszował ten news. Ja się już uodporniłam, ale jej wciąż trudno to zaakceptować.

Uchodzisz za supersilną kobietę. Co jest Cię w stanie zranić?

Nie lubię, kiedy ktoś oskarża mnie o coś, czego nie zrobiłam.

Dużo wymagasz od ludzi, z którymi pracujesz, co nie zawsze dobrze wpływa na Twój wizerunek.

Najwięcej wymagam od siebie, bo jestem perfekcjonistką. Daję z siebie  sto procent i tego samego oczekuję  od innych. Jeśli ktoś nie jest w stanie dotrzymać mi tempa, nie mogę z nim pracować.

Naprawdę jesteś aż tak surowa? Znam Cię od innej strony – zawsze uśmiechnięta, dobra.

Przecież to nie jest kwestia bycia miłą. Mnie po prostu zależy na tym, by osiągnąć jak najlepszy efekt. Poza tym uważam brak profesjonalizmu za stratę czasu, bo oprócz tego, że pracuję nad kilkoma projektami jednocześnie, mam swoje życie: dom, dzieci, męża. Codziennie rano przygotowuję śniadanie dla rodziny, wyprawiam synów do szkoły. Potem odpisuję  na maile, ogarniam swoje sprawy  i umawiam się na spotkania zawodowe na mieście.

Przyznajesz, że czasami zdarza  Ci się zapomnieć o tym, by powiedzieć komuś „przepraszam” czy „dziękuję”.

O tym nigdy nie zapominam. Tu chodzi o bardziej złożone konwenanse. Pewne zachowania wynosi się z domu. Moi rodzice są bardzo konkretni, nigdy nie tracili czasu na zbędne kurtuazje w stylu: „Przepraszam bardzo, czy byłabyś na tyle uprzejma i czy mogłabyś…?”. Można to powiedzieć bez nadużywania tylu słów.

Też tego nie lubię.

Dla mnie to 30 sekund w plecy. Jest taka scena w moim ukochanym serialu „Przyjaciele”, w której Phoebe gra znerwicowaną maklerkę. Odbiera telefon i mówi: „Go!”, bo chce, by osoba, z która rozmawia, od razu przeszła  do rzeczy. Niektórych może to drażnić, dlatego pracuję z ludźmi, którzy to rozumieją.

Z jednej strony jesteś świetnie zorganizowana, z drugiej niektóre Twoje pomysły wydają się szalone. Jak godzisz w sobie te dwie skrajnie różne osobowości?

W pracy zawsze jestem perfekcjonistką. Pół roku przed otwarciem portalu zatrudniłam osobę, która miała się zająć wszystkimi szczegółami. W życiu bywam bardziej spontaniczna.  Na przykład jeżeli przyjdzie mi do głowy, że fajnie byłoby dokądś pojechać, potrafię w ciągu kilku godzin spakować wszystkich, kupić bilety  i polecieć na drugi koniec świata!

Zawsze, kiedy się spotykamy, dużo mówisz o swoich synach i Radku. A przecież wiele osób myśli, że  w Waszym domu wszystko kręci się wokół Ciebie.

Masz rację, często słyszę, że w naszej rodzinie to ja dyktuję warunki. Tymczasem moje potrzeby są ostatnie  na liście domowych priorytetów! (śmiech) Wszystko kręci się wokół dzieci. Włącznie z tym, że nasz kalendarz układamy pod ich plan zajęć. Ostatnie dwa tygodnie sierpnia i początek września są święte. To moment, który poświęcamy z Radosławem na przygotowanie chłopców  do szkoły i jak najlepiej staramy się wykorzystać ten czas, by po prostu  z nimi pobyć.

I co wtedy robicie?

Leniuchujemy… Leżymy na kanapie  z naszymi psami, czytamy, oglądamy filmy. Wiosną i latem w weekendy jeździmy na rowerach. Mieszkamy blisko lasu, gdzie mamy swoje ulubione ścieżki. Poza tym chętnie chodzimy we czwórkę do kina, to nasz niedzielny rytuał. Jemy też wspólnie posiłki, a ostatnio wszyscy przeszliśmy na  wegetarianizm.

Ty przecież świetnie gotujesz!

Lubię domowe obowiązki. Wziąć mały wózeczek na zakupy i iść na osiedlowy bazarek, gdzie sprzedają najlepsze warzywa na świecie. Kiedy jestem w domu, zawsze gotuję. Dzisiaj na przykład wstałam 30 minut przed wszystkimi i zrobiłam dla nas sok  z selera naciowego, pomarańczy, marchewki, jabłka i szpinaku. Chłopcy zjedli swoją ukochaną granolę z suszonymi owocami.

Kto pomaga Ci zajmować się domem?

Pani Bożenka, niania, która jest z nami od dziewięciu lat. To osoba, dzięki której mogę spokojnie poświęcić się pracy, bo wiem, że ona wszystkiego dopilnuje. Chłopcy ją uwielbiają i czują przed nią respekt. Oprócz Bożenki jest też Kasia, która przychodzi do nas dwa razy w tygodniu i pomaga mi w domowych obowiązkach.

Gotuje?

Nie, kuchnia to królestwo Bożenki.  I chociaż sama jest zwolenniczką  tradycyjnych polskich smaków, z dużą wyrozumiałością podchodzi do naszych fanaberii. (śmiech)  Gdy powiedziałam jej, że wszyscy przechodzimy na wegetarianizm, popatrzyła na mnie i z uśmiechem  odpowiedziała: „No dobrze, trudno”. (śmiech)

„Znowu sobie coś wymyślili”!

Tak, i z zaciekawieniem nam się przygląda. Ale uczy się, sprawdza różne strony, szuka nowych przepisów.

Nie uważasz, że popularność to z jednej strony przywileje, a z drugiej forma zniewolenia, wpisania w jakiś schemat?

Wszystko ma swoje dobre i złe strony.

Zakładając konto na Instagramie, zastanawiałam się, czy dobrze robię. Czy powinnam tak bardzo pokazywać innym swój świat? Wiedziałam jednak, że to konsekwencja decyzji, którą podjęłam kilka lat wcześniej, by wejść do świata show-biznesu. Nie ukrywam, że zawodowo pracuję dla pieniędzy. Kolejne programy, portal, reklamy et cetera – chcę zapewnić sobie i rodzinie poczucie  bezpieczeństwa.

Kiedy myślisz o swoim dawnym życiu, za czym najbardziej  tęsknisz?

Na szczęście nie musiałam z niczego rezygnować. Wciąż wychodzę w ulubionym dresie z psami na spacer na osiedle, umawiam się z koleżankami, jeżdżę po zakupy do miejsc, w których wcześniej je robiłam. Moja praca więcej mi dała, niż odebrała. Jasne, że straciłam trochę prywatności, przestałam być anonimowa i nagle o moich sukcesach albo porażkach wie znacznie więcej osób niż dawniej, a nie tylko mama czy przyjaciółka, ale to przecież nie jest koniec świata.

I nadal chodzisz na wywiadówki…

Ale nie jestem już w komitetach rodzicielskich tak jak kiedyś, bo nie  mogłabym się w pełni temu poświęcić. Chodzę natomiast na wszystkie przedstawienia, w których grają  Tadzio i Stasiu. Razem z Radosławem siedzimy na widowni w pierwszym rzędzie!

Rówieśnicy Tadeusza i Stasia  patrzą na nich przez pryzmat Twojej popularności?

Trudno mi powiedzieć... Na pewno chłopcy są bardzo lubiani, koledzy z klasy zapraszają ich do siebie na urodziny. Zresztą Staśka nie da się  nie lubić. Jest pracowity, uzdolniony plastycznie, bardzo uważny na ludzi. Potrafi na przykład przyjść do mnie wieczorem i powiedzieć: „Mamo, dziękuję ci za ten miły dzień”. Albo pocałować mnie w czoło, gdy ugotuję mu jego ulubione danie. Bardzo mnie tym ujmuje i wzrusza.

A Tadeusz?

Tadeusz jest mną. Niestety. (śmiech) Ale dzięki temu łatwiej mi zrozumieć jego świat. Mogę z nim rozmawiać wprost, bez owijania w bawełnę, i wiem, że się na mnie nie obrazi. Ze Staśkiem jest trochę inaczej, bo  on jest bardzo wrażliwy na słowa, ton głosu.

Co robisz, by ich świat Ci nie umknął?

Cieszę się, że mimo większej liczby obowiązków nauczyłam się lepiej  zarządzać czasem.

Przez pierwsze dwa lata bez słowa wykonywałam wszystkie polecenia reżyserów, producentów. Mówili, żebym jechała  na pół dnia na plan zdjęciowy, a ja, choć miałam już wcześniej coś zaplanowane, robiłam to. Byłam na siebie zła, że tak często nie ma mnie w domu, że Staś i Tadzio za mną tęsknią. W pewnym momencie zorientowałam się, że to wywołuje we mnie poczucie winy i nie jestem w stanie dłużej tak  funkcjonować.

Nauczyłaś się odpuszczać?

Nie tyle nauczyłam się odpuszczać, ile zrozumiałam, jaki nakład pracy jest potrzebny do wykonania danego projektu. Ostatnio na przykład przez kilka ostatnich miesięcy pracowałam nad swoim autorskim programem „Iron Majdan”, to najdroższa produkcja w historii TVN. Razem z Radosławem jeździmy po świecie i wykonujemy różne powierzone nam zadania. Czasami bardzo ekstremalne. Na przykład mamy pięć dni na to, by w Las Vegas wcielić się w rolę, o której wcześniej nawet byśmy nie pomyśleli.

Kiedy się poznaliście, złośliwi  spekulowali, że Wasz związek jest tylko na chwilę, bo Radek zatęskni za kawalerskim życiem, które wiódł wcześniej.

My jesteśmy razem najszczęśliwsi  na świecie.

Po raz pierwszy znalazłam się na takim etapie swojego życia, kiedy z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że nie chciałabym niczego zmienić. Ono jest idealne. Wszystko mi się naprawdę wspaniale układa.

I nawet Radka udało się udomowić! (śmiech)

Ja go nie udomowiłam, on to miał w sobie. Bardzo pomogło nam to, że nasi rodzice mają styl życia podobny do naszego. Pochodzimy z domów, w których pielęgnowało się takie same wartości. Uwielbiamy rodzinne spotkania, święta, kolędy, prezenty. W tym roku wszyscy spotkaliśmy się przy jednym stole, dużo ze sobą rozmawialiśmy, to był piękny czas.

Stworzyliście dom, o którym  marzyliście?

Radosław i ja wychowywaliśmy się w podobnych rodzinach. Ostatnio usłyszałam od niego, że nie spodziewał się, że uda mu się kiedyś poznać kobietę łączącą skrajnie różne cechy. Taką, która ma fajną pracę, spełnia  się zawodowo, umie zadbać o ciepło domowego ogniska, a w weekend jest w stanie założyć lateksowe spodnie i iść na imprezę.

W naszej rodzinie panuje tradycyjny podział ról. Dla mnie to oczywiste, że wstaję rano,  robię śniadanie dla wszystkich.  Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej.

Feministki Cię zabiją, wiesz  o tym?

(śmiech) Wiem, ale ja muszę dbać o dom. Poza tym wyznaję zasadę „udomowionego” feminizmu. Ostatnio postawiłam sobie za cel, abyśmy regularnie chodzili na spacery. W sobotę, kiedy oni we trójkę oglądają mecz, staję na środku pokoju i mówię: „Panowie, idziemy się przejść!”.

Powiedz, które cechy charakteru Radka sprawiły, że tak świetnie się ze sobą czujecie?

Czuję się kochana, a to najważniejsze. Kiedy jest miłość, nagle wszystko  zaczyna się układać. Podoba mi się  jego balans między normalnością a szaleństwem. To, że daje mi poczucie bezpieczeństwa, ale nie pozwala się nudzić.

Masz wrażenie, że to miłość  na zawsze?

Oczywiście, że tak.

Co robisz, by tego nie zepsuć?

Na przykład obłędne śniadania. I zakładam lateksowe spodnie!

To wystarczy? (śmiech)

Po latach zrozumiałam, że na miłość nie da się zapracować. Albo jest, albo jej nie ma.

Czyli nie chodzicie na przymusowe randki, bo tak wypada?

Nie! (śmiech) Robimy to wtedy, gdy oboje mamy na to ochotę.

Starasz się nie popełniać błędów  z poprzednich małżeństw?  Wyciągnęłaś jakieś wnioski?

Zawsze byłam najlepszą wersją siebie. Nie mówiłam źle o swoich byłych partnerach, z każdym rozstawałam się w zgodzie, a potem utrzymywałam dobre relacje.

A co uważasz za swoją największą porażkę, jeśli chodzi o związki?

To, że nie stworzyłam dla synów  domu, w jakim sama się wychowywałam. Żałuję, że nie obroniłam doktoratu, ale wierzę, że kiedyś jeszcze się uda.

Radosław ma świetne relacje  z Tadziem i Stasiem. Nie bywasz o to zazdrosna?

Nie ukrywam, że marzę o dziecku…

O córce?

Na pewno córka byłaby większym  wyzwaniem wychowawczym niż syn. Chociaż mogę się mylić.

Czyli plan na 2018: córka?

Niczego nie zakładam, nie planuję, ale zobaczymy, co przyniesie ten rok. Mam dobre przeczucia!