Strzelały korki od szampana?

A z jakiego powodu?

Nagrody dla najlepszego aktora na festiwalu filmowym w Gdyni za rolę w filmie „Róża”. Zresztą Pana kolejnej na tym festiwalu. Można powiedzieć, że jest Pan łowcą nagród – co rola to sukces.

Fajnie jest być docenionym. To ważne, ale nie najważniejsze. Nagrody to zawsze czyjeś widzimisię, na kogo padnie, na tego bęc. Jest wielu aktorów, którzy na nie zasługują. A czy to jakoś specjalnie uczciłem? Nie. Na to, bym dostał tę nagrodę, pracowało dużo osób. Chciałbym, by wszyscy oni byli uhonorowani. Ale wiem, że to niemożliwe.

Rodzice, żona, cieszyli się z Pana sukcesu?

Zawsze się cieszą.

Dwa z filmów pokazywanych w Gdyni, „Róża” i „Lęk wysokości”, wciąż czekają na kinową premierę. A na DVD ukazała się właśnie międzynarodowa produkcja „Kobieta, która pragnęła mężczyzny”. Jak Pan tam trafił?

Spodobał mi się scenariusz i poszedłem na casting. Było kilkunastu aktorów i reżyser zadecydował, że to ja mam grać.

A może przekonało Pana milionowe honorarium, o którym pisała prasa?

Nie będę tego komentował (śmiech). To troszkę śmieszne. Mam nadzieję, że kiedyś dostanę milion dolarów za rolę.

Czytałam o milionie złotych.

Też byłoby dobrze.

Czy praca w międzynarodowej produkcji różni się od tej w filmie o polskim kapitale?

Zasadniczo tym, że wszyscy są szczęśliwi z tego powodu, iż są odpowiednio opłaceni. Są też bardziej skupieni na pracy, co nie oznacza, że bardziej oddani pracy niż w Polsce. Dzień zdjęciowy trwa krócej i kręci się pięć dni w tygodniu. To ma wpływ na koncentrację i na to jak można się przygotować do kolejnych zdjęć. 

Film opowiada o wielkiej namiętności między parą przypadkowych kochanków, co przekłada się na wiele intymnych scen. Ich granie nie jest łatwe, bo ma tu znaczenie również intymność aktora, jego zmysły. Czy fakt, że Pana partnerką była duńska gwiazda Sonja Richter, której pan wcześniej nie znał, miał tu znaczenie?

Nie, Sonja jest jedną z najlepszych aktorek w swoim kraju. Dogadaliśmy się. Zawsze przy ciężkich emocjonalnie czy fizycznie scenach, ważne jest, by ustalić zasady gry.

Zaprzyjaźniliście się?

Nie, to nie jest film erotyczny...

A tak reklamuje go dystrybutor: „dramat erotyczny”. W prasie spotkałam się nawet z określeniem „soft porno”...

Nie o tym jest ten film, zainteresowanych odsyłam do rozmowy z seksuolożką, Alicją Długołęcką w jednym z numerów „Wysokich Obcasów”…

Czytałam, ciekawa rozmowa. Dotyczy kobiecej obsesji na punkcie mężczyzny.

W napisach końcowych reżyser dziękuje kobietom za szczere wyznania, którymi się z nim podzieliły, gdy przygotowywał się do filmu. „Kobieta, która pragnęła mężczyzny” to opowieść o tym, co się dzieje w głowie kobiety, a nie o scenach erotycznych. Z Sonją nie zdążyliśmy się zaprzyjaźnić, bo za krótko trwała nasza przygoda. Ale jesteśmy aktorami i wiemy, na czym polega nasz zawód.

Która scena była dla Pana najtrudniejsza?

Wszystkie były trudne, ale jak się ma do pomocy mądrego reżysera i gra się ze świetnymi aktorami, nie ma lęku. Jest trema, stres, ale nie lęk.

Po tylu latach pracy, tylu świetnie przyjętych rolach, wciąż się Pan stresuje?

Zawsze. Przed każdą sceną i w każdym filmie. Bo za każdym razem jest inna sytuacja. Mnie się wydaje, że to dobrze, żeby aktorowi towarzyszyła przy pracy niepewność. Nie można być chyba za mądrym… Dla mnie to ważne, żeby być otwartym na to, co się zdarzy.

Czy Pan również po przeczytaniu tego scenariusza rozmawiał o kobiecym pożądaniu z żoną, innymi kobietami?

Nie, ale poznałem w swoim życiu sporo kobiet. Poza tym przeczytałem materiały, które przygotował reżyser. Zawierają intymne wyznania kobiet zebrane przez reżysera, on sam również wiele nam mówił na ten temat. Ale te materiały są tylko po to, żeby móc sobie zbudować postać. Potem trzeba o tym zapomnieć i stworzyć coś swojego.

Bohaterka porzuca dla mężczyzny rodzinę i karierę. Dla namiętności, którą bierze za miłość. On stwarza pozory uczucia, bo nie chce zrywać żadnych więzów. To męski punkt widzenia? Wygodny, cyniczny.

Nie wiem. Ten film jest jakąś wersją miłosnej historii. Ilu jest ludzi na świecie, tyle może być różnych interpretacji. Nie chcę wartościować ani mówić, co jest dobre, a co złe. Czy to męski punkt widzenia? Nie wiem, mężczyźni są różni, tak samo jak kobiety.

Ale to on okazuje się draniem. Zwykłym podrywaczem, korzystającym z okazji. Bo dlaczego nie, mówi Pana bohater. Wyraża postawę: ten ma siłę w związku, komu mniej zależy. Pan go rozumie?

Czy jemu mniej zależy? Czy on jest na koniec wygrany? Wcale nie. Bo w odróżnieniu od bohaterki boi się zaryzykować. Spotyka się też z innymi kobietami, ale czy jest szczęśliwy, zadowolony ze swojego życia? Ten film ma inspirować ludzi do stawiania sobie takich pytań. Nie daje odpowiedzi, którą drogę wybrać. W życiu jest tak samo.

Filmy pomagają Panu w przejściu przez życie, w załatwieniu jakichś osobistych problemów?  

 

Pewnie gdzieś tam tak. Ja też zostawiam w filmach dużo siebie, serca, potu i łez. Jeśli historia, którą opowiadam ma potem dla kogoś znaczenie, to znaczy, że warto było. W każdym filmie dotykam jakichś problemów czy kompleksów, które nie są mi obce i przy okazji coś sobie załatwiam. Przepracowuję. To dużo kosztuje, ale widocznie jest mi potrzebne. Przy „Boisku bezdomnych” na przykład rozliczyłem się z piłką nożną. Nie rezygnuję z niej, cały czas gram, jest dla mnie wciąż ważna.

Gdy wkraczał Pan do filmowego świata, nie czuł się w nim za dobrze. Mówił Pan do siebie: „Ty, Marcin, jesteś ze wsi, a to kompletnie inny świat”. Co najcenniejszego z tej wsi zachował Pan w sobie?

Nie wiem, mam wrażenie, że jestem taki sam jak byłem, kiedy miałem 17 lat. Trudne pytanie. Zdając do szkoły teatralnej, wydawało mi się, że tu chodzą inni ludzie, z innych środowisk, a okazało się, że są tacy sami jak ja. Że pochodzą ze wsi i małych miast… „Cześć, jestem Marcin z Kłudzienka...”, a koleżanka odpowiedziała: „Cześć, jestem Elka z Oświęcimia”. Nie ma znaczenia, skąd się pochodzi, jeśli chce się robić fajne rzeczy. Za to ważne jest, jakich ludzi się poznaje. Oby tych mądrych jak najwięcej. W młodości człowiek nie zawsze umie wybrać z tego, co mówią, ważne rzeczy. Ale po latach się do tego wraca.

Nigdy nie usiłował Pan udawać innego, niż jest. Nie widać Pana na bankietach, nie bywa Pan bohaterem skandali, nie wytacza się Pan pijany z knajp. Może to jest właśnie ten kapitał: mocny kręgosłup wyniesiony z domu.

Może. Ale nie ma nic złego w tym, że ktoś się wytacza z knajpy. Ostatecznie chodzi się tam po to, żeby się czasami napić. Straszne jest tylko to, że później te zdjęcia ukazują się w gazetach czy internecie.

Dominika Kluźniak powiedziała, że ktoś, kto po pracy idzie do domu i bawi się z dziećmi, jest uważany za człowieka o ubogim życiu. Pan się z tym zgadza?

Znam wiele osób, które po pracy wracają do domu i bawią się z dziećmi. Dla mnie to normalne. Każdy powinien się skupić na swoim życiu i pracy. Wykonywać ją najlepiej, jak potrafi. A co ktoś sobie o tym myśli, jakie to ma znaczenie?! Pochopne oceny mnie nie interesują.

Pan się przywiązuje do ludzi, do miejsc?

Do mądrych ludzi i ciekawych miejsc, tak. Bo same miejsca nie mają nic w sobie bez ludzi. To ludzie je tworzą.

Rozumiem, że po drodze jest Panu z ludźmi tworzącymi Teatr Dramatyczny. Od skończenia studiów jest Pan tam na etacie.

Już nie. Byłem tam tylko do końca sierpnia. Każdy aktor chce grać fajne rzeczy, czy to w teatrze, czy w filmie. Ważne, by być częścią czegoś istotnego. Ale wolę film, bo można powtórzyć scenę, jak nie wyjdzie. A teatr jest na żywo. Bywało, że teatr był ważniejszy, bo działy się tam fajne rzeczy. Teraz ciekawszy jest dla mnie film. Może to się zmieni, wszystko wynika z propozycji.

Jakim cudem udało się Panu nie wpaść do żadnej szufladki? Na studiach koledzy byli pewni, że zostanie Pan amantem. „Na wieki wieków amant” witali Pana. A Pan mimo, że grał w komediach romantycznych, nie został amantem. Nie wpadł też ani do szufladki ubeka po „Rewersie”, ani lumpa po „Boisku bezdomnych”.

Chcę grać różnorodne postaci. Z dosyć wielu rzeczy rezygnuję. A najbardziej ciekawią mnie sytuacje, kiedy coś wydaje się niemożliwe do zrobienia.

Spotkanie z kim, jakim reżyserem, osobowością było dla Pana przełomem w zawodowym życiu?

Spotkania z niektórymi ludźmi mnie budowały, z innymi – przeciwnie. Ale żadne nie spowodowało wyraźnego przełomu. Jednak i te pozytywne, i negatywne spotkania są po to, żeby zbudować siebie jako człowieka, ten kręgosłup, o którym mówiliśmy wcześniej.

Wkrótce TVP pokaże serial „Głęboka woda”, w którym gra Pan szefa ośrodka pomocy społecznej. Jak się Pan przygotowywał do tej roli?

Rozmawiałem z ludźmi, którzy zawodowo pomagają innym. Chodziłem do takiego ośrodka na Woli, spotykałem się z jego dyrektorką, panią Bogusławą. Tak sobie właśnie wyobrażałem tę pracę. Jest trudna, nie wszyscy wytrzymują, trzeba być silnym psychicznie, czasami fizycznie. I jest niewdzięczna, bo na efekty trzeba długo czekać. A ludzie pracowników tych ośrodków oceniają jako tych, co albo dają pieniądze, albo nie. Reszta się nie liczy, choć oni często poświęcają życie osobiste i prywatny czas, żeby pomagać innym. I nie robią tego dla poklasku. To mi się bardzo w nich podoba. Po emisji pilotażowego odcinka pani Bogusława zadzwoniła do mnie i powiedziała, że jest w porządku, że dałem radę.

Pan jest wrażliwy na biedę, wspomaga ludzi napotkanych na ulicy?

Jestem wrażliwy, staram się pomagać.

Ludzie na ogół nie chcą mieć nic wspólnego z biedakami. Kiedy kręciliście „Boisko bezdomnych” i zeszliście z Erykiem Lubosem na chwilę z planu, żeby napić się herbaty, podano ją Wam dopiero w czwartej z kolei knajpce… Bezdomnych nie obsługujemy?

Tak było. Ciekawe doświadczenie.

Jest Pan rozpoznawany na ulicy?

Zazwyczaj mnie nie poznają. No i dobrze. Zdarza się, że ktoś się zatrzyma, czy to w kolejce czy na zakupach, i powie, że mu się coś podobało albo nie.

Pan wtedy rozmawia? Jakoś trudno mi to sobie wyobrazić, sprawia Pan wrażenie człowieka zamkniętego.

Jeżeli ktoś ciekawie mówi, rozmawiam. A czasem słyszę: „Zobacz, jaki podobny do Dorocińskiego”. A ktoś inny odpowiada: „Nie, to niemożliwe, to na pewno nie on. Przecież nie robiłby zakupów”. Śmieszne.

Na internetowych forach wzdychają do Pana kobiety. Ale też piszą: „pochmurny facet z niego”.

 

Jestem, jaki jestem. Można sobie wymyślać na mój temat różne rzeczy. 

Kobiety składają Panu jakieś hołdy, niemoralne propozycje?

O nie, nie.

To trochę Pan zawiedziony.

Nie, wcale.

Gdy przed laty, gdy kelnerował Pan w Qchni Artystycznej i kucharz rzucał w Pana nożem, marzył Pan, by przytrafiła się jakakolwiek rola. Dzisiaj je Pan odrzuca. Dużo?

W miarę. Ja odrzucam, ale i mnie odrzucają. Albo mnie coś nie uruchamia, albo uważam, że ktoś inny zagrałby to lepiej. Poza tym chcę mieć też trochę wolnego czasu.

Bo nie miałby Pan go dla rodziny. Wraca Pan do domu, dzieci wchodzą na głowę, a Pan szczęśliwy?

Dokładnie tak.

Mimo to w domu jest Pan chyba gościem. 

Czasami bywam gościem. Ale na początku roku, po skończeniu „Róży”, siedziałem z rodziną przez cztery miesiące. Skończę „Głęboką wodę” i też odpocznę. Na szczęście mam taki zawód, że pracuję, kiedy chcę. Bywa, że ciężko, bo trzeba zarobić na życie. Ale są okresy, kiedy jestem wolny przez kilka miesięcy.

Stresuje się Pan wtedy, że może telefon więcej nie zadzwoni?

Broń Boże, lubię mieć wolne.

A co Pana wkurza?

Głupota i chamstwo. Ale po co ludzie mają czytać takie rzeczy, lepiej mówmy, co lubię: spokój, jak ludzie się do siebie uśmiechają i są mili, grzeczni. I chciałbym, żeby nie było głodu na świecie.

Dziewczyny szkolone, jak odpowiadać podczas wyborów miss, dodają coś jeszcze.

Żeby był pokój na świecie, też się pod tym podpisuję.