Zazdroszczę Ci.

Czego?

Tego, że mylisz pracę z zabawą.

(śmiech) To bardzo polskie. Wiesz, że jeszcze 200 lat temu w języku polskim używano wymiennie terminów „praca” i „zabawa”? Ewenement na skalę światową. Moja żona Ania mówi, że mamy wspólną dobrą cechę: jak nam coś nie pasuje, to odchodzimy. Obojętnie, czy dotyczy to życia osobistego, czy pracy.

W takim razie tego też Ci zazdroszczę. to jest komfort – umieć rzucać, odchodzić.

Trudna sztuka kompromisu jest cenna, ale są granice. Mnie się tak w życiu ułożyło, że bawi mnie to, co robię. Zawsze niosło mnie w kierunku dziennikarstwa. Nie przez przypadek robiłem gazetkę szkolną w liceum, nie przez przypadek redagowałem gazetki podziemne na uniwersytecie, nie przypadkiem próbowałem pisać do reanimacji tygodnika „Po prostu” w roku ’90. To był mój temperament, moja pasja.

Ale ten zawód już znika z powierzchni ziemi.

Na szczęście ja się załapałem na najlepsze czasy dla dziennikarstwa, czyli na lata 90., gdy się wszystko otworzyło po ’89.

A nie czujesz się trochę jak mastodont?

Nie. Ja się czuję jak, zachowując odpowiednie proporcje, rockman w słusznym wieku. (śmiech) Rock to nie jest muzyka przyszłości. Młodzi już raczej tego nie grają, ale jak jest fajna kapela rockowa, to walą na nią wszystkie pokolenia... Mówisz, że ja mam fajne życie, że myli mi się praca z zabawą? A taki Kazik Staszewski?! Robi to, co zawsze kochał, a na dodatek ludzie go za to kochają. On mówi: „Co to za praca? Robię to, co lubię, i kiedy chcę”. Zarabia za to sporo szmalu, żyje w zgodzie z samym sobą, nie idzie na kompromisy – to jest życie idealne. I do tego jeszcze spędza po parę miesięcy w roku na Teneryfie. Chcę żyć tak jak podstarzali rockmani: sensownie i przyjemnie.

Jako felietonista pouczasz, jak żyć?

Nie. Piszę o tym, co mi się podoba albo co mnie wkurza, ale nie licząc na nic. Nikomu nie będę mówił, co ma robić ani jak żyć. I nie mam złudzeń. Ten rodzaj dziennikarstwa, który ja uprawiałem i którego podsumowaniem jest książka „Między wariatami”, odchodzi w przeszłość. Ale ja mogę korzystać z tego luksusu, że przez te 20 lat pracy – różnej pracy: pisania, pajacowania w telewizji – i innych działalności zebrałem tak zwane doświadczenie i mogłem sobie napisać książkę „Między wariatami”. Wiem też, że jeżeli poświęcę swój czas i znajdę pomysł, napiszę sobie kolejną książkę. I tym razem nie zbiór reportaży, tylko zamkniętą całość.

Może wrócisz do podróżowania?

Chętnie, choć na pewno inaczej niż kiedyś, kiedy nie miałem poważnych zobowiązań i mogłem na prawie rok zniknąć w Afryce. Ale jeden z fajniejszych okresów, jakie miałem ostatnio w życiu, to kiedy rok temu odszedłem z „Playboya”. Miałem płatne wypowiedzenie przez kilka miesięcy, było lato, więc przerwa programowa w telewizji. I tak naprawdę jedyne, co musiałem zrobić, to raz w tygodniu napisać felieton. I podróżowaliśmy sobie z Anią, po Polsce, Włoszech, Chorwacji i Gruzji, trochę bez planu, zwiedzaliśmy, piliśmy dobre wino, czytaliśmy ciekawe książki. Raz na tydzień zamykałem się w pokoju i pisałem.

Luksus. Jesteś po prostu pupilkiem losu.

To jest wariant mojego życia pod tytułem „raj”.

Tak wygląda raj Marcina Mellera?

Tak. I to wcale nie musiała być Toskania. Równie dobrze mogła to być jakaś wioska w Polsce. I zresztą była.

W tej książce jest dużo wątków miłosnych...

Yhy... zaczyna się. Będziesz mnie pytała o miłość?

Ta książka to jest wyznanie miłości...

Nie, błagam...

...wyznanie miłości do polski. takiej brudnej, kibolskiej, zasyfionej Polski.

No tak. To prawda.

„Polska opasana serpentynami papieru toaletowego” – toż to czysta poezja!

(śmiech) Najlepsze rozdziały pisało mi się w lesie pod Szczecinkiem. Obiecywałem sobie, że pierwszy mecz, na jaki wezmę Gucia, to będzie Legia, a tymczasem pierwszy mecz, na jakim był, to mecz Mechanika Bobolice, bo w okolicy właśnie się zaszyliśmy. (śmiech) Napisałem to na fejsie i nie minęło pół godziny, gdy z Mechanika Bobolice napisali: „Panie Marcinie, zapraszamy!”.

Ciekawi mnie, jak Ty to robisz, że nawet jak Cię zwalniają z pracy, to w nagrodę jedziesz sobie do Toskanii lub świetnie się bawisz w Bobolicach. Miałeś takie momenty, kiedy naprawdę było ciężko?

Tak. Jak miałem dwadzieścia parę lat, dziennikarz, który mnie nie lubił...

Można Cię nie lubić?

Ja wkurzam mnóstwo ludzi. Z wielu powodów. Choćby z tego, na który zwraca mi uwagę Ania – mam jakiś mimowolny talent do gaf sytuacyjnych. Więc jak miałem te 27 lat, wyleciałem z roboty w „Polityce”. I nagle tłum wokół mnie zrobił się bardzo rzadki. To była jednocześnie prosta weryfikacja. Przyjaciele, których mam do dzisiaj, pomagali przetrwać, załatwiali jakieś fuchy. Ale ten dziennikarz, który mnie nie lubił, powiedział: „No proszę. Myślał, że jest królem życia, a tu nóżka się powinęła”.

Ten dziennikarz, który powiedział, że jesteś królem życia, nie miał racji?

To prawda, że zawsze lubiłem się bawić, ale też mimo pewnego szaleństwa dosyć mocno się asekurowałem. Jeżeli w teleturnieju miałbym do wyboru wziąć 5 tysięcy złotych czy grać o 50 tysięcy albo nic, wybrałbym 5 tysięcy. Skutek jest taki, że może nigdy nie osiągnąłem spektakularnego sukcesu, ale w tym drugim dziennikarskim szeregu od dwudziestu paru lat się utrzymuję. I dobrze mi z tym.

 

Umiesz dbać o przyjaźnie?

Tak. Najdłuższy staż mam z Dominikiem – 42 lata, poznaliśmy się w przedszkolu. Z resztą znamy się po jakieś 25–30 lat. Mam tą samą paczkę od liceum, studiów. Może czasem ktoś odchodzi, jak się ożeni z niedobrą kobietą, która mu zabroni kontaktów z wesołą paczuszką. (śmiech)

Ta książka to trochę pomnik postawiony samemu sobie. Zebrałeś teksty ze wszystkich lat.

A kto ma mnie chwalić, jak sam się nie pochwalę?

Czego się wstydzisz? Sytuacja, w której nie stanąłeś na wysokości zadania?

Mogę raczej mówić o zmarnowanych szansach. Jakimś rodzajem zmarnowanej szansy jest to, że w latach 90. nie poszedłem konsekwentnie w stronę bycia reporterem przez duże R. Powinienem był wtedy wydać książkę.

Miałeś wtedy wszystko: błogosławieństwo Ryszarda Kapuścińskiego, kasę, uznanie, wspierających rodziców...

Wszystko było. Dlaczego tego nie zrobiłem? Przez zbytnie zamiłowanie do rozrywkowego życia... i to, że szybko się różnymi rzeczami nudzę. Podziwiałem Marcina Kydryńskiego, on miał dwa marzenia: opublikować fotoreportaż w „National Geographic” i zrobić cokolwiek muzycznego z Patem Methenym. Zrobił i jedno, i drugie. Żelazną konsekwencją, krok po kroku zrobił to. Ja kompletnie nie jestem takim typem. Mentalnie pasuję do tej sytuacji felietonowo-reporterskiej: zebrać się, zmobilizować na trochę i machnąć tekst. Potem przerwa i od nowa.

Zatytułowałeś książkę „Między wariatami”. Co jest największym wariactwem, jakie widziałeś? Worek marihuany na wojnie? Sączenie whisky przez kroplówkę w Teheranie?

Szczęka mi opadła, jak zobaczyłem tę ilość marihuany: worek miał 50 kilogramów. Niebezpieczne to było o tyle, że jechałem jakimś konwojem i ujarałem się z kolegami z organizacji pomocowej tym, co było w tym worku. Wtedy zaczął się ostrzał i myślałem, że oszaleję. Trawa pogłębia nastroje, w których się jest. Jak jest dobrze, to jest genialnie, jak jest źle, robi się megaźle. Nie można sobie wyobrazić niczego gorszego niż bycie pod ostrzałem w kompletnym odurzeniu... Była taka straszliwa paranoja, absolutne przerażenie.

Kilka razy piszesz, że żałowałeś, że tam jesteś.

To był koniec maja, leżałem tam pod ostrzałem i myślałem: „Meller, ty debilu. Twoi kumple na placu Zamkowym rwą dziewczyny, bo nie ma piękniejszej pory roku w Warszawie niż maj, a ty leżysz w tym błocie i zaraz cię zaje...”. Pomyślałem, że mam dopiero 23 i pół roku, jeszcze się nie nażyłem.

A jednak Cię tam pchało, wracałeś. Masz w sobie jakiś gen autodestrukcji?

Tego nie wiem.

Patrząc na Twoje relacje z kobietami, może tak?

Jak to? Od lat jestem stateczny. Od siedmiu z tą samą kobietą... A wcześniej? No wiesz. To nie jest autodestrukcja. Ja mam tak, że jak coś się dzieje złego, otrzepuję się i idę dalej.

Związek z kobietą to ryzyko?

Do wojny bym tego nie porównywał. (śmiech) Ryzyko jest zawsze. Ryzyko i wysiłek. Ale nie wciągaj mnie w rozmowy o związkach.

Ale jednak sam to wyciągasz, bardzo tkliwie opisujesz swoje relacje z synem. Nie ma nic intymniejszego niż kąpiel syna, o czym piszesz w książce.

Niczego nie wyciągam. Napisałem liryczny felieton o moim tacie i o moim synu. Dla siebie i dla wszystkich tatów w każdym wieku. I sądząc po reakcjach, które trwają do dzisiaj, dotknąłem czułej struny. Ale w dobry sposób, bo wielu facetów mi dziękowało: że oni by nie potra li tak napisać o swoich emocjach, wzruszali się, czytając moje słowa. Nawet ja wolę tkliwe rzeczy pisać, niż o nich opowiadać.

Jesteś ojcem, mówisz: „Kocham syna” i piszesz jeden z fajniejszych tekstów o kąpieli. A jednocześnie nazywasz dziecko bachorem.

Mam zdolność do patrzenia z różnych punktów widzenia. Z jednej strony uwielbiam Tarantino z jego cynicznym poczuciem humoru, a z drugiej brytyjskie komedie romantyczne i oglądam je po 50 razy.

W tej książce jest kilku Marcinów.

A i owszem. I bardzo dobrze, przynajmniej Ania się nie nudzi. (śmiech) Poważnie mówiąc, to w czasach studiów tak samo dobrze się czułem z moimi kolegami z uczelni, tocząc dyskusje o Piłsudskim, jak w kawiarni Hotelu Europejskiego, gdzie bywały warszawskie „banany” i gdzie ustawialiśmy się na imprezę. Czułem się dobrze i tu, i tu, a z drugiej strony nigdzie nie należałem w stu procentach. Na studiach byłem w NZS-ie, a jednocześnie NZS mnie bawił swoją koturnowością i tą bogoojczyźnianą atmosferą, więc w tym samym czasie pajacowałem w Pomarańczowej Alternatywie.

W dzisiejszych czasach trzeba gdzieś przynależeć i wysoką cenę płaci się za „szpagaty”.

Oczywiście. Zawsze wspominam SMS-a, którego dostałem od znajomego: „Żeby od tego siedzenia na barykadzie jaja ci się nie obtarły. Chodź do nas, u nas jest fajniej” – pisał mój kolega z liberalno-lewicowej strony. A w mocno prawicowej „Gazecie Polskiej” znany socjolog Zdzisław Krasnodębski napisał, że jestem „czołowym intelektualistą świata celebrytów”. Odebrałem to jako komplement. (śmiech)

Lubisz używać wulgaryzmów. W książce, felietonie, rozmowie.

Masz rację, ja je po prostu lubię. Oczywiście bez przesady, w pisaniu używam mniej wulgaryzmów  niż w mowie. Przeklinam zdecydowanie za dużo, ale generalnie przekleństwa są dla mnie przyprawą, nie potrawą.

W ogóle taka subkultura kiboli, męskich koszarów bardzo Cię pociąga. I jesteś homoerotyczny, możemy to światu ogłosić.

Tak, tak. Zgodnie z definicją Instytutu Badań Literackich i pani Janickiej od Szarych Szeregów zarówno ja, jak i moi kumple jesteśmy kryptogejami, czy wręcz „ryczącymi gejami”, ponieważ spełniamy wszystkie wymogi homoseksualizmu, które ta pani wymienia. Mówiąc krótko, jak komuś głowę zmuli od nadmiaru skrajnej ideologii, to w męskiej przyjaźni widzi platformę na Paradzie Równości. A dla mnie męska przyjaźń to rzecz święta. To takie połączenie brutalności, wulgarności z tkliwością. Nie każdy chce przyjąć, że jest coś takiego jak męska przyjaźń na krawędzi miłości, która nie ma nic wspólnego z homoerotyzmem. Jest po prostu męską przyjaźnią, której tak naprawdę nigdy żadna kobieta do końca nie zrozumie.

 

I czym to się objawia?

Rozmowami o wszystkim. Tym, że idziemy w góry, ostro się zeszmacić. Kiedyś zadzwoniła do mnie żona jednego z kumpli i pyta, czy możemy wziąć jej starego. Mówię: „No pewnie. A co jest?”. „No bo mu odwala już zupełnie – mówi ona. – Jak pójdzie z wami, pogadacie o pierdzeniu, poprzerzucacie się głupimi dowcipami, upijecie się, to mu dobrze zrobi”. Mądra kobieta.

Niby lubisz koszarowy dowcip, ale jest w Tobie coś sentymentalnego. Lubisz przeszłość. Sposób, w jaki opisałeś na przykład festiwal młodzieży, sprawia, że mam cały czas wrażenie, że jesteś spóźnionym dzieckiem swojej epoki.

Tak. Mam poczucie, że życie zawsze jest gdzie indziej. Jestem nostalgiczny. I bardzo cenię nostalgię użytą w artystycznym przekazie. Uwielbiam filmowe opowieści o dojrzewaniu, o wchodzeniu w dorosłość. Nieważne, czy tworzą je Polacy czy Czesi... choć Czesi i Anglicy robią to najpiękniej.

Ta książka to nostalgia, wracanie do młodości. Ale czujesz, że pewnych rzeczy już nie można?

Oczywiście, że nie można, dlatego nie przyszedłem do ciebie w trampeczkach, udając, że mam 15 lat. Jestem w marynarce, sweterku, koszuli i w bucikach. Nie udaję, że mam 20 lat. Mam 45.

Jakie masz jeszcze sprawy do załatwienia?Bo te jaja może nie za bardzo Ci się obtarły, ale na jakiejś barykadzie wciąż chyba siedzisz?

Moje zadanie to wychować Gucia. I to tyle. Moją jedyną misją teraz jest podtrzymywać szczęśliwe życie rodzinne, wychować dobrze syna, pisać teksty i książki. Koniec.

A szaleństwo?

Mam wrażenie, że jeśli chodzi o szaleństwo, to wyrobiłem normę za kilku ludzi.

To co jest teraz ekstatycznym momentem w Twoim życiu?

Kiedy się bawię z Guciem. A Ania się śmieje, że mnie w ogóle mało do szczęścia potrzeba. Siądę nad rzeką i będę się jarał jaka super ta rzeka. (śmiech)

Czyli mam do czynienia z oszalałym ze szczęścia ojcem. Ale trzeba przyznać, że sam miałeś świetny wzorzec. W książce bardzo wzruszająco opisałeś swojego ojca. Ten tata, który zrywa Cię z łóżka, żebyś czytał Żeromskiego, zabiera Cię w Paryżu na cudowny befsztyk za całą swoją pensję naukowca...

Ojciec też był mieszanką rzeczy do siebie nieprzystających – mieszał kulturę wysoką z niską. Z jednej strony pan profesor piszący poważne książki, z drugiej uwielbiający kryminały. Pochłaniał stosy książek sensacyjnych, lubił głównie Simenona, ale czytał też francuską serię „SAS”. To było jakieś totalne barachło. Jak nauczyłem się francuskiego, zajrzałem sobie do tego – to był badziew. A ojciec nazwoził sobie tego z Francji, i to uwielbiał. Poza tym był też rozrywkowy. Oblał klasę, nie dostał się na studia, więc tutaj rozumieliśmy się doskonale. Kolejna rzecz, niezwykła w tych czasach, była taka, że on traktował mnie jak dorosłego. Moi koledzy byli tym zauroczeni, bo oni w większości mieli takich poważnych, peerelowskich ojców. Peerelowskich w podwójnym sensie – ojciec, który nie żartuje z synem, i ojciec, który nie okazuje uczuć, bo to niemęskie. A mój i okazywał uczucia, i żartował. Ale bywało różnie, bo tata był cholerykiem, a ja szybko wyrobiłem swój temperamencik. On łatwo się zaperzał, więc strasznie się kłóciliśmy. Ale miałem dobre dzieciństwo.

Rodzice, których już nie ma, dali Ci świetny kapitał...

Myślę o moim dzieciństwie często, ale generalnie ostatnio... mam pełną świadomość przemijania. Gdy miałem 20 lat, wszystkie ścieżki świata stały otworem. Dziś tak nie jest. Najpierw uświadamiasz sobie, że nie będziesz już kosmonautą, rajdowcem, piłkarzem. Potem już wiesz, że nie będziesz geniuszem. Potem okazuje się, że nie będziesz nawet milionerem. Pojawia się akceptacja życia takiego, jakie jest, cokolwiek przyniesie. Zaakceptowanie tego, że już tylko jedna droga ci została.

Ciebie ratuje to, że cały czas jesteś chłopcem.

To jest świetna taktyka wobec życia. Jak to mówił pewien komentator sportowy o biegaczce: „Ma świeżość w kroku”. (śmiech) Więc ja też ją mam.