Gala: Margaret, wciąż wyglądasz jak nastolatka, ale śpiewasz dorosłe piosenki. Niedawno świętowałaś 26. urodziny. Czujesz się dzieckiem, dziewczyną czy kobietą?

Margaret: Czuję się kobietą. Od niedawna. 1 stycznia 2017 roku obudziłam się inną osobą. Stałam się bardziej asertywna, niezależna, świadoma swoich potrzeb. Teraz jest dobrze, nawet kiedy jest źle. Bo świetnie czuję się w swojej skórze, pogodziłam się ze sobą, złapałam równowagę. Pierwszy raz w życiu pozwoliłam sobie na to, żeby popełniać błędy. Nie obwiniam się już o to, że zaśpiewałam gorzej na koncercie. Przecież w liceum nie było klasówek z przedmiotu: „Jak nie popełnić błędu?”! Z każdego potknięcia staram się jednak wyciągać lekcję. Zwłaszcza że wszystko, co robię, jak się ubiorę, jak zaśpiewam, z kim się spotkam, jest komentowane.

No właśnie, jak sobie radzisz z ogromnym zainteresowaniem fanów?

Oddzielam siebie publiczną od prywatnej. Nie pokazuję filmików z zakrapianych imprez, bo miałabym na drugi dzień kaca moralnego. Za to zawsze, gdy zachwyci mnie jakaś książka, polecam ją na moich profilach. Może odziedziczyłam po rodzicach nauczycielskie zapędy? Może naprawdę dojrzałam? Mam 26 lat. To już się zaokrągla do trzydziestki! Niedługo będę kobietą przed trzydziestką… Damn it!

Żoną i matką?

Matką może tak, żoną – hmm... Instytucja małżeństwa wydaje mi się przykurzona. Moi rodzice są szczęśliwi,ale wielu innych pozytywnych przykładów nie znajduję. Poza tym „małżonka” to takie brzydkie słowo! Pobrzmiewa w nim podległość mężczyźnie. Przestajesz być sobą, a stajesz się czyjąś kobietą. Ale wiesz, prawdopodobnie gadam bzdury... Co ja tam wiem o związkach?

Trudno Ci iść na kompromis?

Wiadomo, jestem uparta. Jak śpiewa Grubson: „Nie lubię się kłócić, ale lubię mieć rację”. Na razie po związkach zostają mi piosenki o złamanym sercu. Dziękuję za nie moim byłym chłopakom.

Lubisz stan zakochania?

Uwielbiam! Choć bliski jest szaleństwu. Zakochana nie podejmuję racjonalnych decyzji. Jestem w euforii. Nie pracuję, nie śpiewam, nie jem. Jestem zakochana całą sobą. Jak czuję coś bardzo mocno, poddaję się tej emocji totalnie. Jak kocham, to na całego. Jak płaczę, to też na całego. A tworzyć wolę w spokoju.

Zawsze miałam wizję twórczego szału, który ogarnia muzyka.Ty mówisz o pisaniu piosenek jak o pracy, która wymaga systematyczności.

Pisania muzyki, tak jak każdej innej pracy, trzeba się nauczyć, a żeby czegoś się nauczyć, trzeba być systematycznym. Na wenę nie zawsze można liczyć. Nagrywanie płyty to żmudna praca. Zdarza się, że przez dwa miesiące nie potrafisz stworzyć nic wartościowego, a potem w ciągu kilku godzin nagrywasz piosenkę, która jest... dokładnie taka, jaka powinna być.

Śpiewasz przede wszystkim po angielsku, ale na płycie znalazły się też dwa utwory po polsku. Bardziej liryczne, melancholijne, nostalgiczne.

Język polski jest przesycony melancholią. Smutek ładniej brzmi po polsku. Ale nie dojrzałam jeszcze do pisania po polsku na wesoło. Może kiedyś wespnę się na ten twórczy Mount Everest.

Gdy byłaś mała, widziałaś siebie jako gwiazdę czy kogoś, kto po prostu śpiewa?

Marzyłam o tym, by śpiewać w chórkach pani Maryli Rodowicz. To był dla mnie top topów. (śmiech) Jako dzieciak nie potrafiłam sobie nawet wymarzyć tego, jak pięknie jest teraz.

Rodzice są dla Ciebie autorytetami?

Tak, są wspaniali! Traktuję ich jak najlepszych przyjaciół. Oboje mają wielkie serca. I nigdy nie wtrącali się w moje sprawy. Oczywiście nie wszystko im mówiłam. (śmiech) Moja mama jest oazą cierpliwości. Nie wiem, jak z nami wytrzymała: ze mną, moim bratem i tatą.

Rodzice nie dziwili się, że wybrałaś muzykę, a nie jakiś inny pewny zawód?

Dziwili. Gdy tata, dyrektor szkoły, wracał do domu i prosił mnie, bym posprzątała w pokoju, nie rozumiał, gdy mówiłam, że nie mogę, bo pracuję. A ja wtedy naprawdę pisałam muzykę. Teraz, gdy dzwoni do mnie, kiedy jestem w studiu, wie, że to poważna sprawa. Zrozumiał już, że nigdy nie będę szła do pracy w biurze na ósmą. To muzyka jest moim etatem.

Niezależność finansowa sprawiła, że poczułaś się dorosła?

Tak, i rodzice zaczęli traktować moją pracę poważnie. Ale mi nigdy nie chodziło w tej pracy o pieniądze. Byłam przeszczęśliwa, mogąc po prostu śpiewać. Czasami myślę, że łatwiej żyło mi się bez pieniędzy. Kiedyś nie starczało mi na czynsz, byłam najgorszą kelnerką świata i nie zamykałam drzwi na klucz, bo przecież nie miałam w mieszkaniu nic, co warto byłoby ukraść. Teraz staram się mądrze rozporządzać pieniędzmi, a nie mam o finansach pojęcia, więc o pomoc proszę rodziców albo brata, który ma głowę do interesów. I muszę pamiętać o tym kluczu do mieszkania, a nie lubię tego nadmiernie praktycznego wymiaru dorosłości.

Nie kusi Cię czasem, żeby wyciągnąć pieniądze z konta, spakować walizkę i wyruszyć na koniec świata?

Kusi. I może to kiedyś zrobię. Ale jeszcze nie teraz. Teraz jest czas dla muzyki. Mam pod domem małe studio zrobione z komórki na rowery. Spędzam tam właściwie każdą chwilę. Planuję intensywnie pracować, a potem chciałabym trochę pożyć. Pojechać na przygodę
do Azji i Ameryki Południowej. Z plecakiem. Na brudasa.