Zrobiłaś film oparty na autentycznej historii kasjerki pracującej w wielkiej sieci sklepów dyskontowych. Pierwowzorem była Bożena Łopacka z Elbląga, za nią poszła fala procesów pokrzywdzonych pracowników w różnych sieciach handlowych. Co Cię w ich historii poruszyło tak bardzo, że chciałaś zrobić o tym swój pierwszy pełnometrażowy film?

Zaczęło się od tego, że już 10 lat temu zbierałam wycinki prasowe dotyczące tej historii i myślałam o nakręceniu filmu o takiej kobiecie, która wszystkim mówi „nie” i walczy samotnie. Kiedy siadłam do pisania scenariusza, okazało się, że prześladowania, jakich doświadczyła Łopacka, wyzysk dotykają całej masy osób. To nie tylko „specjalność” sklepów dyskontowych, ale sieci supermarketów w ogóle. Bardzo mnie poruszyło to, że jedna samotna kobieta wypowiedziała wojnę systemowi... Była sama i uruchomiła lawinę. To wymarzona bohaterka dla kina. Staje przed wszystkimi i mówi „nie”! Jak Erin Brockovich, Norma Rae. Takich kobiet pogardzanych, wyzyskiwanych było więcej. Chciałam opowiedzieć o kimś, kto zawalczył o siebie.

Czujesz się bojowniczką o prawa kobiet?

Nie, bojowniczką to za dużo powiedziane! Ta historia jest bardzo uniwersalna. Moja bohaterka jest kobietą, ale to, co ją spotkało, może się zdarzyć każdemu. Ciekawe, że za granicą ten film nie jest w ogóle odczytywany w kontekście feministycznym. Ale Zachód chyba ma to za sobą, więc nie ekscytują się tam tak bardzo jak my tym, że to kobieta wypowiada wojnę systemowi. Szef jury festiwalu w Cottbus podszedł do mnie i powiedział, że pierwszy raz od lat popłakał się na filmie. On odebrał to jako uniwersalną historię o człowieku, który szuka oparcia w bliskich.

Lubisz zbuntowane bohaterki?

Każdy artysta jest po trosze buntownikiem. Bo musi walczyć ze światem o swoją wizję. Być może moja walka polega na braniu się za tematy tabu, jakimi są w Polsce bieda, aborcja, nadużycia seksualne księży, a także wolność w sferze seksualnej.

Nie wiedziałam, że tak bardzo interesujesz się tematami społecznymi, polityką.

Trudno się tym nie interesować. To jest nasze życie, to nas dotyka. Dużo rozmawiałam z Kasią Kwiatkowską (odtwórczyni głównej roli w filmie „Dzień kobiet” – przyp. red.), która jest zdeklarowaną feministką. Ona zrobiła mi takie „przebudzenie polityczne”. Otworzyła mi oczy na to, że kobiety, czyli połowa ludzkości, z niewiadomych przyczyn są inaczej traktowane. Ale ciekawe jest to, że kiedy pokazywaliśmy ten film politykom w Sejmie, każda z frakcji politycznych,od prawa do lewa, mówiła, że to jest o ich elektoracie. I ci z SLD, i ci z PiS-u byli nim bardzo poruszeni.

A Ciebie co w tej historii najbardziej poruszyło?

Wyzysk człowieka. Moim zdaniem to taka współczesna wersja „Ziemi obiecanej”. To opowieść o początkach kapitalizmu w Polsce po przemianach w 1989 roku. Pokazałam chciwość, która towarzyszy ludziom zawsze. Pokazałam bezwzględność pracodawców. I biedę.

Czy bieda jest sexy? Dobrze się filmuje?

Czy chodzi ci o to, że jest atrakcyjnym tematem, który się fajnie sprzedaje? Środowiska artystyczne nie należą do bogatych, więc nie potra fię na to spojrzeć z perspektywy kobiety żyjącej w luksusie. Od wielu lat tworzę projekty niekomercyjne, do których zdecydowanie częściej dokładam, niż na nich zyskuję, więc zdarza się, że w życiu codziennym zmagam się z sytuacją, że mam niezapłacone rachunki. To jest moja cena, którą płacę za to, że nie chcę być w systemie.

Jak wygląda życie codzienne artysty w Polsce?

Wygląda tak, że mieszkam z rodziną w jednopokojowym 38-metrowym mieszkaniu, jeżdżę 11-letnim samochodem. Stołujemy się w barze mlecznym – co akurat jest superfajne, bo uwielbiam ten klimat. Nie jest oczywiście tak, że brakuje na jedzenie – czasami stać mnie na kawę w dobrej warszawskiej knajpie, ale ostatnio coraz rzadziej. Generalnie nie chcę się skarżyć, tylko chcę obalić mit, że artystom się tak świetnie w Polsce powodzi. Bardzo wielu moich znajomych ma podobne problemy, a często są to ludzie bardzo znani.

I nie będziesz miała na emeryturę?

Powiedzmy sobie szczerze, że na emeryturę w ogóle nie mam co liczyć. Po prostu żyję z dnia na dzień. Pod tym względem jakoś zupełnie nie liczę na państwo. Ale tu chodzi jeszcze o coś innego. Otóż żyję w totalnym zakłamaniu, bo z jednej strony jestem celebrytką (śmiech) i wymaga się ode mnie, żebym była ubrana w sukienki za parę tysięcy złotych, kiedy ja takich pieniędzy najczęściej w ogóle nie widuję. Do sesji pozuje się w pożyczonych butach. To wszystko tylko pozory. Ale z drugiej strony to był mój świadomy wybór, bo pochodzę z rodziny, która zawsze była cyganerią artystyczną. Zawsze wybieraliśmy życie, a nie zarabianie. Tak bym określiła motto życiowe mojej rodziny. „Bieda” to z pewnością w moim przypadku za duże słowo, w porównaniu z ludźmi naprawdę biednymi wiem, że nie powinnam narzekać, zdaję sobie z tego sprawę, ale chodzi mi o niepewność jutra. Szczególnie teraz, po urodzeniu dziecka, nie mam stabilności, nie czuję gruntu pod nogami. Nie wiem, co się stanie jutro. Dlatego rozumiem, co czuje moja bohaterka.

Ale debiut otwiera nowe drzwi.

 

Oczywiście, mam taką nadzieję. Ale myślę sobie, że jednak Polska jest biednym krajem, bo ja, mając dwa zawody – muzyka i reżysera – i dużo sukcesów artystycznych, kompletnie nie mam żadnego sukcesu bytowego. Niczego się nie dorobiłam i się na to nie zanosi. Za sukces uważam to, że jestem osobą bez kredytu. Ale to nie moja zasługa, bo nie wiem też, czy ktoś tego kredytu by mi udzielił. Pewnie nie.

Czy można powiedzieć, że „Dzień kobiet” to film pokoleniowy?

Raczej wielopokoleniowy, co odzwierciedlają bohaterki – kobiety w bardzo różnym wieku. Mamy tu babcię, mamę i córkę, różne dziewczyny, kobiety, które pracują w sklepie z Haliną. Ale tak naprawdę ten film nie dotyczy pokolenia, tylko czasów, w których żyjemy. Dotyka to zarówno ludzi, którzy dopiero wchodzą w życie korporacyjne, jak i tych, którzy są dużo starsi od nas. Ten film opowiada bowiem o bezwzględności wolnego rynku i o korporacjach, które są nastawione wyłącznie na zyski. Prawom rynku podlegają zarówno pracownicy hipermarketu, jak i dziennikarze pracującyw korporacjach, ale także ja uprawiająca wolny zawód. Artyści też mają do czynienia z korporacjami – w postaci wytwórni, czasami zdarzają się także nieuczciwi organizatorzy koncertów, którzy nie płacą miesiącami. Poza tym zawsze pozostaje uniwersalna kwestia moralności, z którą styka się nasza bohaterka. Ten film stawia pytanie o konformizm – jak daleko możesz się posunąć w uległości szefowi, jak zachowujesz się wobec kolegów z pracy, na ile się sprzedać. To jest coś, z czym każdy z nas się dzisiaj zmaga.

Stawałaś przed takimi wyborami?

Tak. Tylko moje wybory są bardziej na poziomie artystycznym: na ile się sprzedać, na ile nie. I to nie jest przypadek, że zrobiłam ten film. Bardzo chciałam opowiedzieć o kobiecie, która jest samotna w walce o siebie. Bo ja sama wielokrotnie się tak czułam. Przez lata byłam kojarzona z dziecięcymi programami telewizyjnymi i nie dawano mi szans w branży – najpierw muzycznej, potem filmowej. Przez parę dobrych lat naprawdę nie było mi do śmiechu. Ale walczyłam i teraz zbieram tego plon. Porusza mnie więc w mojej bohaterce ta jej samotność. Potem uruchamia się lawina, ale na początku człowiek zawsze jest sam.

Ale lawina ruszyła...

Moja ostatnia płyta „Spis treści” wyraźnie pokazuje, że jest we mnie przebudzenie społeczne. Śpiewam: „Gdzie jest moja rewolucja?”, pytam, dlaczego nie możemy żadnej rewolucji zrobić. Ale ja należę do pokolenia, które wie, że rewolucja się sprzedała i że weszła do kanonu popkultury... Mój film w pewnym sensie także jest „pop”. Nie chciałam robić go w sposób artystowski. Bardzo chcę, żeby na ten film poszły te wszystkie dziewczyny z supermarketów, o których opowiada. Żeby do nich dotrzeć, muszę zrobić kino, które jest przystępne dla widza. I od początku takie było moje założenie. Nie chciałam tego robić z pozycji wielkiej artystki, pani reżyserki, która z wyższością zrobi film o „biednych kobietach na kasie”.

Nikt się nie spodziewał, że ta dziewczyna z „Tęczowego Music Boxu”, którą byłaś, opowie o wyzysku we współczesnym świecie. I to teraz, w dobie kryzysu…

Mnie to po prostu dotyka, nie widzę w tym nic dziwnego. Walka na co dzień, żeby przetrwać, jest mi znana. Ale ja zawsze byłam hipiską. Moi rodzice byli artystami. To było specyficzne „bycie wolnym”, bo w PRL-u, za komuny, ale jednak. W związku z tym w pewien sposób duch anarchizmu, pewne wolnościowe idee były mi bliskie. My sposobem, w jaki żyliśmy, rozsadzaliśmy system.

Ale Twoi rodzice dobrze prosperowali w systemie, Ty występowałaś w telewizji.

Nigdy nie byłam po stronie dobrze prosperujących. Nie należałam do „sytej burżuazji”. Dorastałam wśród polskich dzieci kwiatów. Moi rodzice ciężko pracowali, by osiągnąć to, co mają. Często wyjeżdżali. Ja za nimi bardzo tęskniłam. Pamiętam, gdy mama pojechała w trasę za granicę – ja zamykałam się w szafie i wąchałam jej sukienki. Nigdy nie wiodłam życia celebrytki, gwiazdy. Oni też nie. To było raczej cygańskie życie z dnia na dzień. Ale to oni mnie nauczyli zasady, którą kieruję się w życiu: „No risk, no fun”, a w polskiej wersji: „Kto nie ryzykuje, nie pije szampana”.

Co Cię najwięcej kosztowało przy produkcji tego filmu?

Produkcja filmu to ogromna praca. Koszty są takie, że oddaliłam się od muzyki, od trzech lat nie nagrałam płyty i tęskniłam za muzyką. Tęsknota była tak silna, że nie planując tego wcześniej, skomponowałam ścieżkę dźwiękową do filmu. Ta płyta to uzupełnienie filmu, manifest, hołd złożony kobietom i ich problemom. Teksty, współtworzone przez Katarzynę Bratkowską, powstały w oparciu o cytaty kobiet myślicielek, filozofek. Jest tam piosenka o córce i matce, ale jest też taka, która opowiada o kobiecie bitej przez męża, która wreszcie decyduje się odejść i przestaje być ofiarą. Rozprawiam się też ze słynnym hasłem „baba za kierownicą”. (śmiech)

Kręcąc „Dzień kobiet”, byłaś w ciąży.

Tak, moja córka i mój film to dwójka moich dzieci. Z tym że ciąża z filmem trwała trzy lata, z dzieckiem – dziewięć miesięcy. To były dwa wielkie przeżycia. Nie musiałam jeszcze płacić ceny poświęcania więcej czasu filmowi niż dziecku. Musiałam w ciąży spędzić trochę czasu na planie, robiąc dokrętki, czy zająć się montażem. Kosztowało mnie to sporo nerwów.

Miałaś wsparcie swojego chłopaka Adriana?

Tak, wielkie. On często wychodził z dzieckiem na spacery, do lekarza.

To jest odwrócenie ról. To feminizm w Twoim życiu.

 

Gdyby nie Adrian, nie mogłabym zrobić tego wszystkiego. Życzę każdej dziewczynie, żeby spotkała takiego faceta, dla którego pomaganie kobiecie, zamienianie się z nią rolami jest naturalne. Orientuję się, że jednak to wciąż rzadkość mieć przy sobie mężczyznę, z którym nie ma rywalizacji na poziomie kariery czy sukcesów życiowych. To jest wielka przyjaźń i miłość. Adrian też się realizuje. Ma swoją artystyczną drogę, wspieraną przeze mnie. Śpiewa, założył świetny zespół No Logo. Wymieniamy się. Kiedy ja byłam w ciąży, dałam mu dużo czasu na rozwój, sporo wtedy koncertował, nagrywał płytę. Teraz ja jestem w szale promocyjnym filmu, ostatnie tygodnie poświęciłam także na kończenie prac nad płytą opartą na muzyce do filmu, więc Adrian przejął na siebie większość obowiązków. Chyba na tym polega dojrzałe partnerstwo. To jest mój wymarzony model.

Twój film jest o kobiecie, która wygrywa.To jest nowe postawienie sprawy. W polskim kinie zawsze się przegrywało.

Żyjemy w czasach, kiedy kobiety zaczynają wygrywać, i będą wygrywać coraz częściej. Przestańmy po prostu być ofiarami. A właściwie: nie dajmy sobie wmówić, że nimi jesteśmy.