Gala: Kibicowałaś Wojtkowi podczas Euro?

Marina Łuczenko: Tak, jestem najwierniejszym kibicem mojego męża. Cieszę się, gdy wygrywa, bo jest wtedy szczęśliwy, a jego szczęście jest dla mnie najważniejsze. Ale nie interesuję się piłką na tyle, żeby oglądać mecze, w których nie gra. Dużo natomiast o sporcie rozmawiamy. Jest częścią naszego życia, podobnie jak moja muzyka. Spotykamy się z Wojtkiem w pół drogi.

Mieszkacie teraz w Rzymie, bo Wojtek gra w barwach AS Roma. Część kobiet uznałaby, że ciągłe przeprowadzki to za duże poświęcenie dla mężczyzny.

Ja wyjechałabym za Wojtkiem nawet na koniec świata! Mój dom jest tam, gdzie my. Tego nauczyli mnie moi rodzice. Jestem dzieckiem wędrowców, bo gdy byłam malutka, moi rodzice przeprowadzili się  z Ukrainy do Polski, więc sama też mam niespokojną duszę.

A masz swoje miejsce na ziemi?

Jest nim Los Angeles, gdzie trzy lata temu przez pół roku mieszkałam i pracowałam nad nowym materiałem muzycznym. Potem przyleciałam na chwilę do Polski, poznałam Wojtka i moje życie wywróciło się do góry nogami. Jesteśmy razem trzy lata, z czego dwa spędziłam w Londynie. Przyjechałam nie tylko dla niego, ale także dla muzyki. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym powiedzieć Wojtkowi, żeby przeprowadził się gdzieś sam, bo ja chcę robić karierę. Dwa tygodnie spędzam w Londynie, gdzie właśnie wykańczamy nasz dom, dwa kolejne – w Rzymie, a potem w Polsce, gdzie mamy rodzinę i przyjaciół. Wszędzie czujemy się u siebie.

Byle razem?

Tak, patrzymy z Wojtkiem w tym samym kierunku. Dla nas tu i teraz jest najważniejsze. A wszystkie plany snujemy wspólnie.

To brzmi bardzo romantycznie! Zawsze marzyłaś o małżeństwie?

Nigdy! Myślałam sobie: „Ja, Marina, żoną? Co najmniej do trzydziestki skupiam się na karierze”. Wszystko się zmieniło, gdy spotkałam Wojtka. Teraz już wiem, że gdy poznajesz tę jedną jedyną 
osobę, dzielisz się na pół, żeby oddać część siebie ukochanemu. 

Po ślubie nic się między Wami nie zmieniło?

Nie i mam nadzieję, że tak zostanie na zawsze.

Twoi rodzice są dla Ciebie przykładem doskonałego związku?

Są razem od 38 lat. Nie mówię,  że tworzą idealną rodzinę, bo żadna nie jest idealna. Przeżywają wzloty i upadki, ale starają się dla siebie. Przed ślubem przygotowali mnie do tego, że małżeństwo to ciężka praca. Jestem gotowa podjąć się tego wyzwania. Ktoś mnie ostatnio zapytał, czy nie za wcześnie na tak poważne deklaracje jak ślub. A ja w tym roku kończę 27 lat. I bez lęku weszłam w nowy etap.

 

Co Ci się w Wojtku spodobało?

Wojtek jest moim bohaterem! Żeby robić karierę w sporcie, trzeba mieć silny charakter. W liceum, podczas gdy jego koledzy chodzili na imprezy, on trenował. Ja miałam tak samo – pasja była ważniejsza od przyjemności.

Odkąd go poznałaś, zmieniły  się Twoje priorytety?

Zdecydowanie. Samorealizacja  owszem, ale nigdy kosztem rodziny i zdrowia. Chociaż wciąż nie mogę sobie wyobrazić, że mogłabym być żonką, która siedzi w domu, gotuje i sprząta.

Wojtkowi się spodobało, że jesteś niezależna?

Tak, nie zdobyłabym serca takiego mężczyzny, gdybym była leniuchem bez ambicji.

Zarzuca Ci się, że jesteś na jego utrzymaniu, a przecież zarabiasz na siebie od liceum.

Od 15. roku życia! Najpierw pracowałam w Teatrze Buffo, wygrałam dość sporą sumę na festiwalu New Wave, brałam udział w Tańcu z gwiazdami, grałam w serialu 39 i pół. Wydałam album, koncertowałam. Stać mnie było na dorosłe życie.

Wojtek wspierał Cię, gdy miałaś problemy z głosem. Zdał już najtrudniejszy egzamin w związku.

Śpiewająco. Nauczył mnie nie tylko żeby nie płakać nad porażkami, ale też nie cieszyć się przesadnie z sukcesów. Jestem urodzona pod znakiem Raka, więc przeżywam skrajne stany – od euforii do depresji. Moje emocje są jak rollercoaster. Wojtek pomógł mi złapać równowagę. To właśnie jemu zawdzięczam to, że pokonałam kryzys. Dzięki przygotowaniu sportowemu wiedział, jak mnie wspierać. My, artyści, jesteśmy rozedrgani, śpimy do późna, a potem do nocy tworzymy. Sportowcy są systematyczni. Wstają codziennie o tej samej porze, chwilę później stawiają się na treningu, nie mają weekendów ani wolnych dni. Wojtek w najtrudniejszych chwilach był moim coachem. Mówił: „Marina, ja miałem złamane ręce, a jestem bramkarzem. Przestań się mazać, damy radę”. Wpadałam w histerię za każdym razem, kiedy mi coś nie wychodziło.

Byłaś szczęśliwa w związku, ale jednocześnie nieszczęśliwa, bo nie mogłaś śpiewać?

Tak, gdy moje życie zawodowe się zawaliło, życie osobiste rozkwitało. A media nie chciały mi pozwolić na szczęście, rozpisując się o naszych „luksusowych podróżach”. A co miałam zrobić? Odrzucić miłość tylko dlatego, że miałam problemy zdrowotne?  Na początku byłam zamknięta na Wojtka, ponieważ obawiałam się, jak to zostanie odebrane. Ale on nie przestawał o mnie walczyć. Tym zdobył moje serce.

Jak dowiedziałaś się o tym,  że być może nie będziesz mogła więcej śpiewać?

Ponad dwa lata temu w Londynie poznałam producentów, którzy zaprosili mnie do współpracy. W tym czasie doskwierała mi chrypka, ale nie chciałam zmarnować swojej szansy. Podczas rozśpiewek okazało się, że mam problemy z górnym rejestrem. Foniatra powiedziała, że powinnam odpocząć. Ale to był przecież najważniejszy moment mojej kariery! Wydawało mi się,  że nie mogę odpuścić. Przecież śpiewałam zawsze, w każdych warunkach, nawet kiedy byłam podziębiona. W pewnym momencie całkowicie straciłam głos. Lekarz orzekł, że to polip i nieunikniona będzie operacja. Nie chciałam mu wierzyć, więc skonsultowałam to jeszcze z kilkoma innymi specjalistami. Stwierdzili jednogłośnie, że bez operacji się nie obejdzie. Próbowałam pomagać sobie naturalnie – chodziłam do groty solnej, nacierałam się bursztynami, stosowałam akupunkturę, jonoforezę, zalewki, detoks, nawet chodziłam do uzdrowicieli. Nie pomogło.

Bałaś się, że nie odzyskasz głosu?

Bałam się, że stracę wszystko. Tożsamość, pracę, siebie. Mój chirurg w klinice w Bostonie powiedział mi, że jest 50 proc. szans na to, że odzyskam głos. Twierdził też,  że wiele zależy od rehabilitacji  po operacji. Dlatego przez dwa tygodnie nie mogłam wydawać z siebie żadnego dźwięku. 

 

Pamiętasz pierwszy raz, kiedy zaśpiewałaś po operacji?

Nigdy tego nie zapomnę, to było tak, jakbym nigdy wcześniej nie śpiewała. Doskonale zaczęłam rozumieć ludzi, którzy słyszą, ale nie mogą trafić w dźwięk. Musiałam jakby na nowo nauczyć się nie tylko śpiewać, ale nawet mówić. Rehabilitacja nie była łatwa. Ale nie brałam pod uwagę rezygnacji  z muzyki. Tym bardziej bolało, że media oskarżały mnie o to, że spoczęłam na laurach.

Show-biznes Cię rozczarował?

Tak. Kiedy wchodziłam w ten świat, patrzyłam na niego przez różowe okulary. Byłam bardzo ufna, prawdziwa, szczera. Okazało się, że moja prawda nie jest wszystkim potrzebna, bo ten świat jest zakłamany. Gdy usunęłam się w cień z powodu problemów z głosem, media rozpisywały się o moich egzotycznych podróżach z Wojtkiem. A ja nie chciałam robić z siebie ofiary. Nie udzielałam się medialnie. Nie wiedziałam, jak to się skończy, ale wiedziałam, że dopóki nie odzyskam formy, nie chcę się pokazywać publicznie.

Twoja muzyka się zmieniła od kiedy odzyskałaś głos?

Na pewno. Jest dojrzalsza i w pewnym sensie bardziej mroczna. Myślę, że dopiero teraz ludzie dowiedzą się, kim jestem naprawdę.

Wydając płytę Hard Beat, nie byłaś sobą?

Byłam, ale od tamtej pory przeszłam długą drogę. Śpiewam o niej w piosence On My Way, pierwszym singlu z nowej płyty i pierwszym utworze, który nagrałam po rehabilitacji. Bałam się wtedy usłyszeć mój głos w słuchawkach.

Obniżył się i jest bardziej zachrypnięty.

Wiesz, dojrzewałam na oczach całej Polski, ale długo nie czułam się naprawdę dorosła. W wieku dziesięciu lat wystąpiłam w Drodze do gwiazd, osiem lat później, w trakcie matur, w Tańcu z gwiazdami.

To dlaczego uważasz, że wolno dojrzewałaś?

Rodzice chronili mnie przed światem. Na pierwszą imprezę mama puściła mnie po maturze. Zamiast na obozy jeździłam na warsztaty muzyczne. Całe moje życie było podporządkowane muzyce. Niczego nie żałuję, bo wiem, że na wszystko jest w życiu czas. Jestem wdzięczna rodzicom, że włożyli tyle serca w moje wychowanie. Nauczyli mnie, że najważniejsza jest rodzina, a w niej jest siła. Jestem  z nimi bardzo blisko.

A jakimi byli rodzicami?

Zawsze wspierali mnie w moich decyzjach. Gdy prosiłam tatę, żeby ze mną zaśpiewał czy zagrał albo zgłosił mnie na kolejny festiwal, nigdy mi nie odmówił. Pozwalał mi się rozwijać, ale uczył wyznaczać priorytety. W czwartej klasie szkoły podstawowej bardzo szybko biegałam, ale po jesiennych treningach na bieżni często się zaziębiałam i w efekcie nie mogłam śpiewać. Tata mnie wtedy zapytał, czy chcę być biegaczką czy wokalistką, bo obu pasji pogodzić się nie da. W sporcie podobała mi się rywalizacja. Na bieżni lubiłam wygrywać. Ale wiedziałam, że muzyka jest na pierwszym miejscu. Teraz ważniejsze jest dla mnie to, co mam do przekazania, a nie to, czy jestem w tym najlepsza.

Już nie musisz być numerem  jeden?

Problemy z głosem nauczyły mnie pokory. Od dziecka wszystko stawiałam na muzykę, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym robić cokolwiek innego. Miałam jeden cel: sukces. Chciałam nagrywać, występować na scenie, rozwijać się. Nie miałam czasu na głębokie relacje. W pewnym momencie zrozumiałam też, że kariera to nie wszystko i w tej pogoni za sukcesem nie zauważamy małych rzeczy. Zapominamy o tym, co najważniejsze. Miałam chwile refleksji, by skupić się na rodzinie i przyjaciołach.

Masz ich dużo?

Nie wiele, ale wystarczająco. Znamy się od gimnazjum, liceum. To sprawdzone osoby, na które można liczyć.

Jak się czułaś, mówiąc: Tak?

Nigdy nie byłam niczego bardziej pewna. Dzień ślubu zdecydowanie był najpiękniejszym dniem w moim życiu.