Uważasz się za ikonę polskiego fitnessu?

Trudno myśleć o sobie w ten sposób. Ale kiedy słyszę, że ktoś tak właśnie o mnie mówi, nie ukrywam, że robi mi się przyjemnie. Od 28 lat nieprzerwanie promuję w mediach zdrowy styl życia. Mam poczucie, że wiele rzeczy zrobiłam jako pierwsza. I jestem z tego dumna jak paw. 

Lubisz, kiedy ludzie Cię rozpoznają?

To miłe. Zdarza się to nie tylko w Polsce. Kiedyś byłam na kongresie fitness w Los Angeles, weszłam do sklepu Prady i słyszę: „Dzień dobry, pani Mariolu”. To samo spotkało mnie w Las Vegas i w Londynie. W Egipcie pewien ciemnoskóry mężczyzna poprosił o wspólne zdjęcie. Okazało się, że miał żonę Polkę i razem z nią oglądał mój program „Sztuka życia”. Ktoś mnie kiedyś pozdrowił po polsku na plaży na Hawajach. Wyrazy sympatii ludzi są bezcenne zawsze i wszędzie. 

Co w Polsce zrobiłaś jako pierwsza?

28 lat temu wystartowałam w telewizji 
z programami o fitnessie. Wtedy nikt nie wiedział, w jakim kierunku to się rozwinie. Wprowadziłam aerobik, callanetics, wydałam pierwszą kasetę wideo z tymi ćwiczeniami. Wprowadziłam do Polski: pilates, zumbę, jogę fit, body art, razem około dwustu form ruchu. Jako jedyna Polka jeździłam na kongresy fitness do USA (40 razy!), to stamtąd przywoziłam i dalej przywożę nowinki. Do programów TV wprowadziłam modę na zdrowe gotowanie. Teraz jest ono już normą. Napisałam pierwszą książkę o zdrowiu i fitnessie – kiedyś dla młodych, a teraz dla dojrzałych kobiet. 

Jako dziewczynka marzyłaś, żeby zostać gwiazdą?

Wręcz nie marzyłam o niczym innym! W szkole podstawowej zadano nam temat rysunku: kim chciałabyś zostać. Narysowałam siebie z mikrofonem. W jakiejś gazecie były teksty piosenek, więc śpiewałam Sośnicką i Fogga do mikrofonu ze skakanki. Po szkole średniej zdawałam do szkoły teatralnej. Niestety, nie dostałam się. Koleżanki zaniosły moje papiery na AWF i już tam zostałam. Chciałam jeszcze powtórzyć egzamin do szkoły aktorskiej, ale poznałam swojego pierwszego męża 
i urodziłam syna już na pierwszym roku studiów. Nie wróciłam więc do marzeń 
o mikrofonie. Ale kiedy kończyłam AWF, podczas uroczystości akademickich ktoś zaproponował mi pracę w redakcji sportowej. Przeszłam castingi i od razu po studiach zaczęłam pracę w telewizji jako 
komentatorka sportowa zawodów w gimnastyce artystycznej. I tak zaczęła się moja przygoda z telewizją. 

 

Od dziecka bardzo ciężko trenowałaś. Czasem mówisz, że musiałaś nawet ze sobą walczyć. 

Sportowiec musi się całkowicie poświęcić treningom, jeśli marzy o sukcesie. Nie każdy może być sportowcem, nie każdy ma mocną psychikę i jest w stanie znosić liczne wyrzeczenia. Łatwo nie było. Zdarzało się, że miałam brodę poranioną od ćwiczeń na podłodze, na stopach pęcherze zdarte do krwi od robienia piruetów, sińce na nogach od obręczy. Czasem wstydziłam się pokazać w szkole nogi, żeby ktoś nie pomyślał, że mnie tata bije. A mnie tłukł sport! Nosiłam spodnie ściągnięte na sznurek, bo cały czas trzymałam drakońską dietę. Byłam anorektycznie chuda.

Jakie zdarzenia w życiu najbardziej Cię wzmocniły?

Mając 20 lat, urodziłam syna, wcześniaka. Nie byłam na to przygotowana psychicznie. Trafiłam na okrutnych lekarzy, byłam kompletnie sama. Musiałam podjąć decyzję, czy będą ratować dziecko, czy mnie. Zdecydowałam, że dziecko. Przeżyliśmy oboje, ale lekarze nie ukrywali przede mną, że synek ma małe szanse. Komunikowali to bezdusznie: „Bojarska? Proszę nie wiązać z tym dzieckiem wielkich nadziei”. Nie zapomnę tych słów do końca życia. Marcin jest dziś fantastycznym facetem, silnym, pięknym, mądrym. W tamtych chwilach stałam się dorosłą kobietą. Potem już zawsze wiedziałam, czego chcę od życia: konkretów i działania.

Twój pierwszy mąż był tenisistą. Drugi jest architektem. Gdzie się poznaliście?

Dzięki byłemu mężowi znałam się na tenisie, dlatego miałam przeprowadzić wywiad z Wojtkiem Fibakiem. Wtedy też poznałam Ryszarda. Na pierwszą randkę poszliśmy do teatru. Ujął mnie przede wszystkim tym, że pokochał moje dziecko, Marcin miał wtedy siedem lat. Od naszego ślubu minęło 25 lat. Żeby związek był udany, trzeba w niego włożyć masę pracy. Piszę o tym w książce „Klub 50+”. Miewaliśmy też trudne chwile, kłócimy się, jak większość małżeństw, ale przede wszystkim wciąż jesteśmy sobą zainteresowani. Najważniejsze w naszym związku jest to, że wzajemnie szanujemy swoją przestrzeń. Zawsze mówiłam, że telewizja to mój kochanek, z którym na pewno się nie rozstanę. Mąż akceptuje to, że dużo pracuję. Dzieci też to zawsze rozumiały. 

Czy mąż dał się wciągnąć w sport?

Nie. I nie ma na to szans. Jest kompletnie antysportowy. Zabawne, prawda? 

A jaką jesteś babcią?

Mam dwuletniego wnuka, Marcela, i maleńką, półroczną Wiktorię, która kocha kamery – pozowała na moim spotkaniu autorskim jak modelka. Marzę, że będzie kontynuowała moją pasję. Gimnastyka, może balet? Nie jestem typową babcią, bo oczywiście nie mam czasu na długie i częste spotkania. Ale czasem robię jogging z wózkiem, w którym siedzi Wiktoria. 

Potrafisz odpuścić, dać za wygraną?

Nie. Zaciskam zęby, ryczę, ale mówię: zrobię to. Załatwiam to sama ze sobą. Otrzepuję pióra i idę dalej. Moja mama była we mnie wpatrzona jak w obraz, nigdy nie chciała widzieć moich łez, bo uważała, że zawsze dam radę. Nawet kiedy umierała, mówiła: „Tylko mi tu nie płacz”. Krucha bywam, kiedy nikt nie widzi, nikogo moją kruchością nie obarczam. 

Czego dowiedziałaś się o sobie, pisząc najnowszą książkę?

Że nie ma dla mnie tematów tabu. Jestem już na tyle dojrzała, że o każdej rzeczy potrafię mówić spokojnie. Ta książka też mnie uspokoiła, bo bałam się pięćdziesiątki. Okazało się jednak, że wcale nie ma się czego bać. Wszystko zależy od nas.