Kuchnia państwa Grycanów. Siedzimy przy stole z Martą. Piętnastoletnia Viktoria przygotowuje kolację. Nieśmiało zagląda do nas najmłodsza Grycanówna, siedmioletnia Gabriela. Trzy pieski rasy chihuahua już zwąchały, co się święci, i licząc na apetyczne kąski, zajęły wyczekujące stanowiska wokół stołu. Zanim wszyscy zasiądziemy do jedzenia, pan domu, Adam, musi odebrać Weronikę z dodatkowych zajęć. Viktoria już dziś odniosłaby sukces jako restauratorka, tak aromatyczne i piękne są przygotowywane przez nią dania: pieczony łosoś z zieloną fasolą w strąkach polane wyśmienitym sosem. A na deser… Och, nie, nic słodkiego: spaetzle, czyli krojone drobno kluseczki ze szpinakiem. Fantazja!

MARTA GRYCAN: Zawsze chciałam stworzyć dom, w którym wszystko jest takie jak sto lat temu. I to się dzieje. Jesteśmy typem włoskiej rodziny. Jemy kolacje i długo rozmawiamy. Latem siedzimy na tarasie i marzymy, by wieczór się nie kończył…

Wasze pojawienie się w życiu publicznym narobiło sporo zamieszania. A przecież nie mieszkacie w Warszawie od wczoraj. Panie się dotąd ukrywały?

MARTA: To zabawne – bywałyśmy na tych samych przyjęciach, w tych samych miejscach, z tymi samymi ludźmi. Na pewno budzimy teraz emocje, jeśli o nas się tyle pisze. Myślę, że media nas zauważyły, kiedy nakręciłam pilota programu kulinarnego.

Chyba nie wtedy, bo jak wynika z wypowiedzi przedstawiciela producenta, firmy Rochstar, pilot powstał w 2009 roku i podobno żadna ze stacji telewizyjnych nie była nim zainteresowana.

MARTA: Pilot powstał pod koniec 2009 roku, czyli właściwie w 2010 roku. Ale nie było tak, że nie było zainteresowania, zaważyły inne względy. A później otworzyłam cukiernię.

A nie prowadził jej wcześniej Pani mąż?

MARTA: Prowadził, ale ja ją zmieniłam. I pod względem wystroju, i asortymentu. Teraz pieczemy tam tradycyjne ciasta według babcinych receptur. Jednocześnie Viktoria podrosła i zaczęła bywać ze mną.

Viktoria ma dopiero 15 lat, Weronika jest od niej o trzy lata starsza. Z Weroniką nie chodziłyście na imprezy?

WERONIKA: Nie, mnie to nie kręci.

MARTA: Weroniki nie interesuje blichtr, pokazy mody, a w Viktorii odnalazłam bratnią duszę. Weronika żyje w swoim świecie. Kocha taniec, tropiki, ocean i nurkowanie. Lubi też pomagać innym, podobnie jak jej ojciec, który działa w zarządzie Fundacji „Mam Marzenie”. Weronika była wolontariuszką w Centrum Zdrowia Dziecka. Kiedy miała 12 lat, ciężko zachorowała i znalazła się w tym Centrum. Siedzieliśmy przy niej dzień i noc. Ale dom mieliśmy o trzy kroki dalej, a w szpitalu było mnóstwo matek chorych dzieci, których domy są znacznie dalej. Kiedy Weronika wyzdrowiała, jeździła do Centrum pomagać. Zawoziła obiady, leki, plastry na odleżyny, gry komputerowe.

VIKTORIA: A teraz Weronika chce jechać do Afryki pomagać dzieciom.

Pojedzie?

MARTA: Tak, ale nie sama. Mam już dla niej towarzystwo – to nasz przyjaciel, który ma już takie doświadczenia. Wiem, że z nim będzie bezpieczna. Od niedawna Weronika daje nam się namówić na wspólne wyjścia. Zakłada nawet obcasy i pozwala się malować. Do tej pory zawsze na pierwszym miejscu stawiała swoje hobby – taniec.

WERONIKA: Więc nie przyzwyczajajcie się za bardzo…

VIKTORIA: Trampki, bluza to jej strój. Ale tańczy super! Ma wyjątkową lekkość poruszania się. Tak samo jak Gabrysia.

WERONIKA: Taniec jest moim życiem. Daje mi radość, sens, wolność. Gdy tańczę, jestem tym, kim chcę być. Zaczęłam tańczyć jako dziecko, Mama woziła mnie na zajęcia do szkoły baletowej.

Wystartowałabyś w „Tańcu z Gwiazdami”?

WERONIKA: Nie odmówiłabym. Szczególnie lubię tańce latynoamerykańskie, hip-hop i funky. No i balet, cały czas się kształcę, bo to podstawa.

MARTA: A kiedy Weronika da się nam namówić na wspólne wyjście, widać naszą siłę, siłę kobiet. Na pokazach czy bankietach na ogół pojawiają się pary, a tu: matka z córkami. I pewnie to miało wpływ na media. Jak też i to, że Viktoria wystąpiła w pokazie mody, a mnie zaczęto zapraszać do telewizji śniadaniowych. I wszystko zaczęło się nakręcać.

Nie ma dnia, żeby w mediach nie było o Was jakiejś wzmianki. A to o blogu Viktorii, a to o reality show na wzór „Rodziny Kardiashianów”. Naprawdę wpuścicie telewizję do domu? Sprzedacie swoją prywatność?

MARTA: To kolejny news, o którym czytam w mediach, a sama nic o tym nie wiem. Faktycznie marzy mi się show, ale kulinarny.

Medioznawca profesor Godzic w zamieszaniu wokół Was widzi dobrze zaplanowaną kampanię promocyjną przygotowującą grunt pod Pani plany: wydanie książki kulinarnej, otwarcie bistro, program kulinarny.

MARTA: Tak, mam takie plany na ten rok, zamierzam je realizować. Pan profesor martwi się też o moje córki, że tak wcześnie wchodzą w show-biznes. Niepotrzebnie, znam moje dzieci, ufam im i wiem, że na pewno nie zejdą na złą drogę. Martwiłabym się raczej o dwunasto-czternastoletnie dzieci wypychane przez rodziców same w świat. Tam dopiero konieczna jest wielka troska i opieka. A moje córki chodzą do szkoły, dobrze się uczą, a jak chcą coś robić, ja czuwam, żeby nie stało się im nic złego.

Rozumiem zatroskanie profesora. Piętnastolatka to też jeszcze dziecko.

 

MARTA: Też go rozumiem. Każdy dorosły człowiek, wiedząc, jakie są piętnastolatki, mówi: „Matka oszalała, że chodzi z tą dziewczyną wszędzie”. Viktoria jest na tyle dojrzała, że może się realizować, w czym chce, i błędem byłoby trzymanie jej na siłę w domu. Zabranie jej szpilek w niczym by nie pomogło, bo nie tylko nie wygląda na swój wiek, ale ma też zdecydowanie dorosłe i odpowiedzialne podejście do życia. W internecie ludzie są oburzeni tym, że wyglądamy jak siostry. A my tak wyglądamy, ponieważ wewnętrznie jesteśmy jak siostry.

Z krytycznymi uwagami w mediach i złośliwymi komentarzami w internecie Viktoria też sobie radzi?

MARTA: Ja jestem bardziej wrażliwa na komentarze na jej temat niż ona.

VIKTORIA: Wliczam to w koszty. Mogą o mnie mówić, co chcą, a ja, może zabrzmi to nieskromnie, znam swoją wartość. Zaszczepiła ją we mnie Mama. Wiem, że rodzice zawsze mnie obronią. Są dla mnie autorytetem, liczę się z ich zdaniem. U nas w domu bywa dużo gości, otaczam się dorosłymi i wiele się od nich uczę. Staram się być odpowiedzialna i nie chcę zawieść zaufania rodziców. Na ile mi się to udaje, nie wiem…

MARTA: To prawda, w szkole też ma taką opinię. Jeśli coś się dzieje, wszystkie sprawy z nauczycielami załatwia Viktoria.

A jak w szkole przyjmowana jest Twoja towarzyska aktywność?

VIKTORIA: Dobrze. Ludzie mnie lubią za to, jaka jestem, a nie za to, że gdzieś się pojawiam. Nie spotkałam się z krytyką ani nauczycieli, ani kolegów. Znajomi nie patrzą na mnie przez pryzmat gazet, wiedzą, że między nami nic się nie zmienia. Czasem mi doradzają, chwalą, a czasem krytykują, bo nikt nie jest idealny.

Głównie bywają Panie na pokazach mody – Ewy Minge, Paprockiego i Brzozowskiego, Wolińskiego, na Oskarach Fashion. Moda jest tą dziedziną, która Was szczególnie interesuje?

MARTA: Tak. Moda jest ważna w życiu każdej kobiety. Viktoria interesuje się modą pod kątem pracy w modelingu, na wybiegu. Fajnie jest, że może to zobaczyć z bliska, ale jesteśmy też zainteresowane gotowaniem. Odstresowujemy się w kuchni. Kiedy przyjdę do domu podminowana, coś mi nie wyjdzie, potrafię tyle nagotować, że trzeba zapraszać gości.

VIKTORIA: Mama zawsze mi imponowała, była kobieca i elegancka. Od dziecka ją podpatrywałam i podkradałam kosmetyki, sukienki i szpilki. Zainteresował mnie świat mody. Któregoś dnia byłam z mamą w studiu Agnieszki Maciejak, gdzie mierzyła sukienki. Agnieszka mnie dostrzegła i zapytała, czy nie chciałabym być modelką size plus. Zgodziłam się, ponieważ chciałabym przekazać dziewczynom moich kształtów, żeby się nie wstydziły swojego ciała. By były z niego dumne.

Show-biznes to też podleganie nieustannym ocenom i rankingom, płotki do przeskakiwania. Marta w ciągu roku przeszła z bieguna na biegun: na zakończenie 2010 roku styliści TVN zaliczyli Panią do grona najgorzej ubranych Polek, a już rok później uznali za jedną z ubranych najlepiej. To efekt współpracy ze stylistką Marthą Tarnowską?

MARTA: Każdy, wchodząc do tego świata, na początku musi trochę oberwać. Jednocześnie styliści mają prawo do subiektywnej oceny. Ale ja lubię siebie cały czas. Jeszcze nieraz mnie pochwalą i nieraz dostanę po nosie. A przy okazji tego medialnego zamieszania wokół nas odkryłam swoją misję. Mnóstwo osób dziękuje mi na Facebooku, że rozpoczęłam rewolucję i wreszcie kobiety bardziej obfitych kształtów mogą poczuć pełnię swojej kobiecości. Bo u nas panuje przekonanie, że jak się ma duży biust albo zaokrąglone kształty, trzeba siedzieć w domu lub chodzić w czarnym worku. A przecież kobiecość to coś pięknego! Anorektyczne 34 nie jest sexy. A świat jest różny. Muszą być ludzie wysocy, niscy, szczupli, chudzi i puszyści.

W epoce baroku to Wy wyznaczałybyście trendy mody, byłybyście modelkami malarzy. Wisława Szymborska napisała wiersz „Kobiety Rubensa”, który mógłby posłużyć puszystym paniom za transparent. Zawarła w nim pochwałę życia i wszelkiej zmysłowości.

MARTA: Kobiety w baroku były szczęśliwsze, doceniane. Musimy sprawić, żeby to wróciło. Mamy coś do przekazania – fajną energię, pomysł na siebie. Kobiety boją się krytyki i wolą być nijakie, niż pokazać swoją osobowość, a ją przecież wyraża się również poprzez strój. Jeszcze rok temu mówiono mi, że powinnam zmienić styl na taki szaro-czarny, bo on pasuje do mojej figury. A ja w takiej kolorystyce nie byłabym sobą.

Na całe szczęście, bo fala krytycznych opinii na Wasz temat ustąpiła fali zachwytów. Dawid Woliński porównuje Martę do Dity von Teese, ekscentrycznej mistrzyni erotycznej burleski, a Gosia Baczyńska nazywa Panie kolorowymi ptakami na salonach. Umiecie nosić swoje atuty – chodzicie wyprostowane, z podniesioną głową…

MARTA: Dawid i Gosia znają się  na tym, co robią, mają swoje zdanie i nie boją się go wyrażać. I to ich opinia jest dla nas miarodajna. A my rzeczywiście chodzimy inaczej niż anorektyczne dziewczyny, których oczy są pozbawione blasku, bo nie jedzą węglowodanów (śmiech).

„Dieta”, „dietetyk”, „odchudzanie się” to dla Was słowa o bliżej nieznanym znaczeniu?

MARTA: Nie, nie. Lubię wszelkie diety oczyszczające organizm. Próbowałam np. stosować cytrynową – polega na piciu soku z cytryn w stopniowo zwiększanej ilości, dochodzi się do 25 cytryn dziennie, po czym zmniejsza się dawkę. Wytrzymałam pięć dni. Próbujemy różnych rzeczy. Ostatnio przyjaciel namówił nas do spróbowania slow juices – to soki przygotowywane tak, by miały oczyszczające właściwości. Nie chodzi o to, żeby zgubić 20 kg, tylko by się dobrze czuć.

Panie dobrze się czują wśród szczupłych kobiet na owych salonach?

MARTA: Bardzo dobrze, dlatego że w ogóle dobrze się czujemy we własnej skórze.

Co Was w tym show-biznesie zaskoczyło?

 

MARTA: To, że ludzie, którzy nie mieli możliwości nas poznać, nigdy z nami nie rozmawiali, nagle wiedzą o nas więcej niż my same. I wyrażają na nasz temat opinie podszyte niechęcią. Dla mnie to niezrozumiałe, bo zawsze we wszystkim staram się dostrzec dobre strony. Jeśli ktoś robi coś fajnego i dobrze mu to wychodzi, mnie to tylko motywuje do działania.

„Brzydcy i niezdolni zaatakowali zamożnych”, napisał, broniąc Was, Kuba Wojewódzki. Należycie do znanej cukierniczej rodziny, więc może rzeczywiście ludzie widzą pieniądze, a nie Was?

MARTA: Miło nam, że taki autorytet zajął stanowisko. Pewnie tak, ale wolałybyśmy budzić emocje tym, co chcemy przekazać. Prawdziwe bogactwo człowiek nosi w sobie. To miłość, którą może dawać innym, bogactwo duszy.

Poruszać się po show-biznesie trzeba umieć. Podobno przyjaźni się Pani z Dodą. Może to ona dawała wskazówki?

MARTA: Wielkim wsparciem jest tu Martha Tarnowska, która zna ten świat jak własną kieszeń. Dzięki niej ja też mam łatwiej. Znamy, i to dobrze, ludzi z pierwszych stron gazet, w tym również Dodę, z wieloma się przyjaźnimy. Dodę podziwiamy za to, co osiągnęła. Ma zaledwie dwadzieścia kilka lat, a wiele się można od niej nauczyć. Niebywałej pracowitości, ambicji i choćby tego, jak stawiać czoła temu, co się o sobie czyta, i nie stracić swojego azymutu, by iść dalej.

Magda Gessler też pomagała? Bo słyszałam, że jako rywalki się nie lubicie. Królowa może być przecież tylko jedna…

MARTA: Nawet bardzo się lubimy, często do siebie dzwonimy, spotykamy się w naszych domach na kolacjach. Nigdy w życiu nie będę konkurencją dla Magdy. Ona jest uznanym autorytetem, ja dopiero zaczynam. To, co nas łączy, to miłość do ludzi, sztuki, gotowania i przedłużających się do późna w nocy kolacji. Wpadamy z Viktorią do domu o piątej i na siódmą mamy gotowe kilka dań. Bo gotowanie to przyjemność.

VIKTORIA (podając kolację): Chciałabym kiedyś prowadzić restaurację. A na razie będę pisać blog kulinarno-modowy. Wkrótce z nim startuję.

Nazwisko Grycan zyska zatem nowe konotacje. Mnie się ono dotąd kojarzyło jedynie z lodami, po które latem przed Zieloną Budką na Puławskiej ustawiały się kolejki.

MARTA: Lodziarnia na Puławskiej należy do mojego teścia, nie mam z nią nic wspólnego. Te kolejki, o których Pani mówi, były w czasach, kiedy nie znałam jeszcze mojego męża i nie mieszkałam w Warszawie.

Tylko w Głogowie. Gdy poznała Pani męża, miała studiować medycynę. Ale ją porzuciła. Ten sam los spotkał prawo. A potem było zarządzanie i marketing. Nie żałuje Pani tych porzuconych ścieżek?

MARTA: Nie i nie wszystkie porzuciłam. Po prostu los pokierował mną inaczej. Miałam studiować we Wrocławiu. Szybko wzięliśmy ślub, a potem dużo podróżowaliśmy. To kłóciło się z trudnymi studiami. Na medycynę poszłam dla podtrzymania rodzinnej tradycji – ojciec był ginekologiem, mama jest internistą-anestezjologiem. Kolejne kierunki studiów nie bardzo mi odpowiadały, górę nad rozsądkiem wzięła moja artystyczna dusza. Ale nic straconego, umówiłam się z przyjaciółką, że jeszcze pójdziemy na podyplomową historię sztuki.

VIKTORIA: Od kiedy pamiętam, Mama zawsze malowała obrazy.

Za szybkim małżeństwem kryje się romantyczna historia?

MARTA: Bardzo. Odprowadzałam na lotnisko w Warszawie odlatującą do Australii ciocię, którą żegnała też jej dawna znajoma – Renata Grycan z synem Adamem. Nasze spotkanie było jak uderzenie pioruna, Adam oświadczył mi się po godzinie znajomości. I mimo że dzieliło nas 480 km niezbyt wtedy dobrych polskich dróg, co drugi dzień przyjeżdżał do Głogowa na kawę. Wypijał ją i wracał do Warszawy.

Panie Adamie, Marta musiała być pięknością?

ADAM: Była, ale teraz jest jeszcze piękniejsza. Naprawdę!

MARTA: Byłam straszliwym chudzielcem. Nie chciałabym dzisiaj tak wyglądać.

VIKTORIA: Mama wyglądała jak stuprocentowa modelka z okładek: wysoka, szczupła.

Nie bała się Pani, że to wszystko dzieje się za szybko?

MARTA: Owszem, ale jeśli słucha się swojego serca, ono wie, jaką wybrać drogę. Więc szybko podjęłam decyzję. Miałam tylko 19 lat. W domu rodzice rozpaczali. Polubili Adasia, ale uważali, że mam jeszcze czas na dorosłe życie. Byłam wyczekiwanym dzieckiem. Urodziłam się, gdy rodzice wszystko mieli poukładane: studia, praca, mieszkanie. U mnie poszło na żywioł. Postawiłam na swoim i jestem szczęśliwa. Kochamy się do tej pory. Kiedy ludzie nas poznają, myślą, że jesteśmy świeżo po ślubie. Nikt nie chce wierzyć, że jesteśmy razem już prawie 20 lat. Udało nam się stworzyć dom, o jakim zawsze marzyłam.

VIKTORIA: Przyjaźnimy się z rodzicami. Nie mamy przed sobą tajemnic.

A pokoleniowy bunt? Nie buntujecie się, dziewczyny?

VIKTORIA: Nie. Jesteśmy z mamą najlepszymi przyjaciółkami.

WERONIKA: U nas to chyba delikatnie przeszło. W okresie dojrzewania przychodzą różne myśli. Ja chciałam palić papierosy. Rodzice byli kontra. Nie chciało mi się też wstawać rano do szkoły, jak chyba wszystkim dzieciom na świecie. Mówiłam: „Nigdzie nie idę” (śmiech). Ale chodziłam. W tym roku zdaję już maturę.

VIKTORIA: Nie wyobrażam sobie życia bez rodziców i rodzeństwa.

MARTA: Znajomi się dziwią, dlaczego takie duże dzieci ciągniemy ze sobą na wakacje. A one nie chcą ich spędzać bez nas. Cieszę się, że mam córki – może dzięki nim spełni się moje marzenie o wielopokoleniowym domu.

Jakie plany mają dziewczyny na przyszłość?

VIKTORIA: Chciałabym połączyć moje pasje – modę i gotowanie. Myślę, że znajdę dla siebie miejsce np. we Francji, która kojarzy mi się z kolebką mody i dobrą kuchnią.

MARTA: U nas gotowanie idzie z modą w parze, gotujemy na obcasach!

WERONIKA: A ja chciałabym pójść do Steinhardt, do szkoły taneczno-wokalnej.

Macie czasem szalone pomysły?

MARTA, VIKTORIA, WERONIKA: Och, mamy! (śmiech). Najwięcej Mama, jak to artystka.

 

MARTA: Śmieją się ze mnie, że jestem największym dzieckiem w domu.

VIKTORIA: Mama bawi się zabawkami, czyta bajki… Może dzięki temu nie ma u nas konfliktu pokoleń.

WERONIKA: Mama jest zawsze pierwsza do ubierania choinki i pakowania prezentów. Uwielbiamy te chwile, jest cudowna atmosfera. Żyjemy spontanicznie.

MARTA: Kiedy dziewczynki były małe, potra liśmy w ciągu jednego dnia spakować się i wyjechać np. na narty. Teraz trochę ogranicza nas szkoła.

VIKTORIA: Zawsze jeździmy razem.

MARTA: Wynajmujemy chatkę w górach, bez telewizora, oby blisko wyciągów, opalamy się, jeździmy na nartach. Szykujemy sobie śniadania, gotujemy. Uwielbiamy kupować lokalne produkty. We Włoszech, w Tyrolu, odkryliśmy maleńkie delikatesy z najlepszą na świecie burattą. To ser z zewnątrz przypominający mozzarellę z rozpływającym się w ustach świeżym twarogiem w środku. Wszystko to związane liściem pora w sakiewkę. Przez pierwsze trzy dni nikt się od niej nie mógł oderwać (śmiech).

Beata Tyszkiewicz jest wierna zasadzie, którą wpoiła jej mama, a ona przekazała ją swoim córkom, że trudne warunki w życiu to coś niezwykle cennego. Czego Pani uczy córki?

MARTA: Też tak uważam i uczę tego moje dzieci, a przede wszystkim szacunku dla ludzi. Ja to wyniosłam z domu. Mama nauczyła mnie szacunku do człowieka. Bez względu na to, czy jest na szczycie, czy zamiata ulicę. Uczę córki też szacunku do pieniądza i tego, że nic nie przychodzi łatwo.

VIKTORIA: Babcia to prawdziwy doktor Wilczur. Jest honorowym obywatelem Głogowa. Oprócz tego, że jest świetnym lekarzem, stara się każdemu pomóc.

MARTA: A w ramach dziecka we mnie – marzę, żeby ludzie przestali się obrzucać błotem i zamiast tego zaczęli się szanować. Wiem, że to nierealne.

Naiwne.

MARTA: Jestem naiwna w sferze uczuć, ale nie w sferze interesów. Wyczuwam ludzi i umiem ostrzec męża, który wszystkich obdarza kredytem zaufania, żeby z niektórymi nie wdawał się w interesy. Nie umiem natomiast źle życzyć ludziom, którzy mówią o mnie źle. Może się wydać, że jestem szalona, skoro tak mówię. A ja współczuję tym ludziom, bo myślę, że takie zachowanie wynika z braku samoakceptacji. Ja akceptuję siebie i dlatego lubię cały świat. To moja recepta na bycie szczęśliwą.

VIKTORIA: Ja też mogę być sobą, bo wiem, że mam w rodzicach oparcie.

Mówi Pani, że uczy córki szacunku do pieniądza. A tu czytam, że pojawiły się Panie na jakiejś imprezie w sukienkach po tysiąc dolarów każda.

MARTA: Viktoria często nosi moje rzeczy, mamy ten sam rozmiar, także butów. Dlatego możemy się zamieniać. Między matką a córką to normalne. Kocham moje dzieci, wspieram je i dzielę się z nimi wszystkim, co mam, tak jak robią to wszyscy kochający rodzice na świecie.

Zdaje się, że spełniła Pani marzenia. Czy jeszcze o czymś Pani marzy?

MARTA: O wielu rzeczach… Na przykład o tym, żeby pokazać kobietom, że jak się wychowuje dzieci i zostaje w domu, to nie znaczy, że coś się traci. Bo można odnaleźć szczęście w codzienności i realizować się, jak dzieci dorosną. Nigdy nie jest na nic za późno.

To skoro odnalazła Pani szczęście w codzienności, po co Pani ten show-biznes?

MARTA: Traktuję to jako kolejne wyzwanie i sprawdzian siły moich marzeń.