GALA: O której Pani dziś wstała?

MARTA KULIGOWSKA: Jak zwykle o 3.45. Zawsze po przebudzeniu mam taką myśl: „O Boże, która to godzina!”. Ale wstaję tak już od dziewięciu lat, więc nie rozczulam się nad sobą. Ubranie mam już przygotowane poprzedniego dnia. Biorę szybki prysznic, parzę kawę, w termicznym kubku biorę do samochodu, do tego jakąś sałatkę i jogurt. Dzieci szczęśliwie śpią. A ja o 5 jestem już w pracy, 5.15 make-up, przeglądam depesze, o 6 czytam pierwszy serwis.

GALA: „Marta to mistrzyni organizacji” – powiedziała mi jedna z Pani koleżanek.

MARTA KULIGOWSKA: Od kiedy mam dzieci, tak rzeczywiście jest. Wcześniej zawsze mi brakowało tych kilkunastu minut. Zdarzało mi się spóźniać na jakieś spotkania. A teraz każdy dzień mam zaplanowany co do piętnastu minut.

GALA: Kiedy urodziła Pani bliźnięta, nie była Pani trochę przerażona, nie myślała: Jak sobie poradzę?

MARTA KULIGOWSKA: Po porodzie to już był czas tylko na działanie. Na myślenie miałam czas, kiedy byłam w ciąży. Pamiętam chwilowy atak paniki. Pomyślałam: „Jak ja sobie z tym wszystkim poradzę, jak my z narzeczonym sobie poradzimy, jak to będzie – dwójka małych dzieci naraz?”. Bardzo się bałam, myślę, że jak każda mama bliźniąt. Ale ten stan trwał krótko. Bo po pierwsze wiedziałam, że mam na miejscu pomoc: mamę, teściów, dwie młodsze siostry. A po drugie, gdzieś w głębi serca czułam, że jestem twardzielką, umiem pracować w stresujących warunkach, często w ekstremalnych. Byłam pewna, że dam radę. A kiedy będzie trudno, to tak jak Scarlett O'Hara z „Przeminęło z wiatrem” pomyślę o tym... następnego dnia. Nigdy nie zamartwiam się na zapas, nie widzę świata w czarnych barwach i nie przejmuję się drobiazgami.

GALA: Ani przez chwile nie czuła Pani, ze wszystko Panią przerasta, że ma Pani dość?

MARTA KULIGOWSKA: Nie miałam depresji poporodowej, ale pamiętam taki moment po miesiącu od urodzenia dzieci. Opadła już adrenalina, życie było zorganizowane, zaczęła się monotonna codzienność. Któregoś dnia usiadłam na łóżku i zaczęłam płakać. Moja mama spytała: „Co się stało?”. A ja: „To już teraz zawsze tak będzie?”. Nie widziałam końca przewijania, karmienia, kąpania, przewijania, karmienia… I tak w kółko. Przyszło pierwsze zmęczenie. Dlatego swoim koleżankom, które są w ciąży, mówię: „Te pierwsze chwile po porodzie to ciężka praca, a nie jakaś metafizyka i tak trzeba do tego podejść“.

GALA: A metafizyka przyszła?

MARTA KULIGOWSKA: Oczywiście, że tak, ale przy okazji, tak między wierszami. Jak patrzę na te dwie małe istoty, to myślę: „Podwójny cud”. Ale jeżeli nastawimy się tylko na metafizykę, to możemy przeżyć głębokie rozczarowanie, frustrację a nawet depresję poporodową.

GALA: Czego Pani najbardziej brakowało z dawnego życia?

MARTA KULIGOWSKA: Poczucia wolności, absolutnego decydowania o sobie. Przestałam być panią swego czasu. Moje życie zostało całkowicie podporządkowane dzieciom. Zastanawiałam się, czy wrócą dawne ulubione czynności, przyzwyczajenia. Dziś po trzech latach wiem, że to wszystko wraca, ale bardzo powoli. Czasem słyszę od koleżanki, która ma małe dziecko: „Czuję się, jakbym kradła czas dziecku, kiedy idę do fryzjera czy kosmetyczki”. Przy dzieciach takie dylematy są bez przerwy. Doskonale to rozumiem, ale nie można rezygnować z niczego, co jest dla nas ważne. Nie wolno zapomnieć o swoich potrzebach i potem wypominać dorosłemu dziecku: „Widzisz, ile ja dla ciebie poświęciłam”.

GALA: Kiedy słyszę o kobietach, które robią karierę, a jednocześnie są świetnymi mamami, żonami, trochę powątpiewam. Jednak doba ma tylko 24 godziny.

MARTA KULIGOWSKA: Ja też nie wierzę w stwierdzenia typu: doskonale godzę pracę z macierzyństwem. Zależy, jaką pracę i jakie macierzyństwo: czy dziecko jest jedno, dwoje czy jeszcze więcej. To wszystko jest bardzo trudne do pogodzenia. I zawsze odbywa się kosztem czegoś. Najczęściej kosztem czasu dla siebie. Ja mam chwile dla siebie od 21.30, kiedy dzieci pójdą spać. Są jeszcze na takim etapie, że nie mogę powiedzieć: „Kochani, to wy się teraz pobawcie, a mamusia sobie poczyta”. Czasem tęsknię, żeby mieć tylko dla siebie przynajmniej tydzień.

GALA: Na jednym z forów internetowych przeczytałam wpis mamy rocznych bliźniąt: „To wszystko mnie przerasta. Wkurzają mnie płacze i marudzenia. Dzieci mają wszystko oprócz mojej cierpliwości”. Co by Pani poradziła?

MARTA KULIGOWSKA: Zostawić je z kimś i raz na jakiś czas wyjść z domu i przewietrzyć głowę. Kiedy wyrwę się do teatru, kina, czy umówię z przyjaciółkami, to po powrocie do domu natychmiast czuję się lepszą matką. Albo kiedy moja mama, czy któraś z sióstr w sobotę u nas nocuje i w niedzielę do południa zajmuje się dziećmi, a ja mogę się wyspać, to potem naprawdę jest nowa jakość.

GALA: Po roku wróciła Pani do pracy.

 

MARTA KULIGOWSKA: Na początku był ogromny stres. Czy ja to jeszcze potrafię robić? Czy w nowych okolicznościach odnajdę się w starej rzeczywistości? Czy moja głowa będzie w stanie skupić się na pracy? Pierwszy tydzień był bardzo trudny. Z tyłu głowy miałam dzieci, ale umiałam się na sto procent zaangażować w to, co robię tu i teraz. Gdzieś po miesiącu poczułam, że w pracy odpoczywam. Rozumiem kobiety, które mówią: „Muszę wrócić do pracy, żeby odetchnąć”. Ja na pewno nie mogłabym nie pracować. Myślę, że czułabym się bardzo sfrustrowana.

GALA: A kiedy wraca Pani do dzieci, potrafi nie myśleć o pracy?

MARTA KULIGOWSKA: Dzieci dają mi taki zdrowy dystans. Wychodzę z pracy, wsiadam w samochód i po przejechaniu mostu, którym wracam do domu, staram się już nie myśleć o pracy. Bez względu na to, jak trudny był dzień. Ten most, to taka moja granica dwóch światów. Za nim zastanawiam się, co jeszcze muszę kupić, co zjemy na kolację, co potem będziemy robić. Weekendy są tylko dla dzieci. Rano Paweł robi nam jajecznicę, potem idziemy na spacer, jedziemy do naszej kawiarni, spotykamy się ze znajomymi. Bardzo przyjemny czas.

GALA: Macierzyństwo bardzo Panią zmieniło?

MARTA KULIGOWSKA: Dojrzałam. Czuję ogromną odpowiedzialność, a wcześniej wyznawałam taką „nieznośną lekkość bytu”. Żyłam na luzie, oprócz pracy nie miałam żadnych obowiązków. A teraz mam rodzinę, jestem matką dwójki dzieci. Nawet kiedy to mówię, wszystko jeszcze wydaje mi się trochę nierealne. Zmieniło się moje nastawienie do życia. Mam większe poczucie odpowiedzialności też za siebie. Zaczęłam biegać, prowadzę bardziej higieniczny tryb życia. Odkryłam w sobie takie pokłady miłości, jakich nawet nie byłam w stanie sobie wyobrazić. To zabrzmi jak banał, ale gdyby nie dzieci, na pewno czułabym się uboższa. Chociaż nie uważam, że posiadanie dziecka to obowiązek każdej kobiety. Kobieta ma prawo żyć tak, jak sobie wymyśliła i wymarzyła. Bardzo bym chciała, żeby kiedyś Helenka była niezależna, silna. Śmieję się, że jestem konserwatywną feministką.

GALA: Nauczy Pani Frania prasować koszule?

MARTA KULIGOWSKA: Oczywiście. Chciałabym, żeby kiedyś mój syn nie czekał, aż kobieta go obsłuży. Bawiąc się z dziećmi, staram się nie wbijać ich w społeczne role, że Helenka sprząta, a Franio kieruje ciężarówką. Chociaż moja córka uwielbia sprzątać (śmiech). Każde z nich ma swoją zabawkową spacerówkę i wychodzą na spacer z misiami. Reakcje ludzi są dziwne: „Chłopiec z wózkiem?”. Ja odpowiadam: „A ojcowie nie chodzą z wózkami?”.

GALA: Franciszek i Helenka niedługo skończą trzy lata. Są coraz bardziej różni?

MARTA KULIGOWSKA: Od początku byli różni, również fizycznie. Córka jest niezwykle cierpliwa, chociaż ma diabła w oczach, lubi się popisywać, stroić. Uwielbia kolczyki, korale, przebieranie trzy razy dziennie. Już teraz jest bardzo kobieca. A syn jest bardzo asertywny, niezależny, czasem nieposłuszny. I prostolinijny. Nie chowa długo urazy. Czasem Franciszek przeprasza Helenkę, nawet jak ona zawiniła. Zdarza się, że jest też na odwrót.

GALA: Widzi już Pani między nimi tę szczególną więź?

MARTA KULIGOWSKA: Jeszcze nie. Wydaje mi się, że na taką więź pracuje się latami. Chciałabym, żeby moje dzieci były ze sobą zżyte, dobre dla siebie. Zawsze mówię Helence: „Dbaj o Franka”, a do niego: „Franiu, opiekuj się Helenką”.

GALA: Bliźnięta to prawdziwe wyzwanie. Dużo problemów, dużo pytań. I wszystko podwójnie. Żeby sobie poradzić, korzystała Pani z jakiś książek, radziła się kogoś?

MARTA KULIGOWSKA: Nie, bo nie ma w Polsce podręcznika dla rodziców bliźniąt, który wyczerpująco odpowiadałby na wszystkie pytania. Zresztą w Stanach czy Wielkiej Brytanii też nie znalazłam takich książek. Dlatego wspólnie z Sandrą Nowak, mamą niespełna dwuletnich bliźniąt, postanowiłyśmy taką książkę napisać. Żeby innym kobietom było łatwiej. Kiedy Sandra zaszła w ciążę, pisała do mnie maile: „Jak karmić dzieci, po kolei czy równocześnie? Co z wanienkami: dwie czy wystarczy jedna? Podwójny kwas foliowy?”. Nazwała mnie swoją „matką prowadzącą”. (śmiech).

GALA: Rozmawiała Pani z mamami innych bliźniąt. Czego się Pani od nich nauczyła?

MARTA KULIGOWSKA: Nigdy nie należy mówić do bliźniąt w liczbie mnogiej. Największym grzechem jest ubieranie ich jednakowo, bo one nienawidzą być traktowane tak samo. Prawie wszyscy rodzice, z którymi rozmawiałyśmy, radzą rozdzielać bliźnięta. Wyślijmy je na różne kolonie, dajmy szansę zaistnieć osobno. Niech tata pójdzie z synem do zoo, a mama z córką na basen. Niech dzieci czują, że przez chwilę są jedyni i mają rodzica wyłącznie dla siebie. Trzeba dostrzec i pielęgnować ich indywidualizm, bo bliźnięta zawsze mają swój cień w postaci siostry albo brata.

GALA: Była już Pani na wakacjach?

MARTA KULIGOWSKA: Jak zwykle przed sezonem pojechaliśmy na dwa tygodnie nad morze. Wyjeżdżamy bez niani i tak naprawdę nasze dzieci poznajemy wtedy na nowo. Fajny czas. A później byliśmy kilka dni we dwoje w Sopocie na Open’erze. Koncerty do trzeciej nad ranem, spanie do jedenastej. Jak za starych czasów, taki powiew wolności.