GALA: Pani Marto, rzadko ostatnio Pani bywa w Polsce.

Márta Mészáros: Odkąd cztery lata temu rozstałam się z Nowickim, faktycznie rzadko. A bardzo za Polską tęsknię. Bardzo. Rozstania nigdy nie są przyjemne, ale ja dodatkowo musiałam zostawić miasto, kraj, znajomych i w ogóle poczucie słowiańskości, które jest mi tak bliskie. Jak się okazało, byłam jednak strasznie przywiązana do Polski.

Ewa Telega: Marta mnie zachwyciła, gdy po rozstaniu z Janem zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Ja tak naprawdę to kochałam Polskę i za nią najbardziej tęsknię”.

Márta: Bo to prawda, bardzo za Polską tęsknię... Ale teraz będę tu bywała częściej, ponieważ w Aksonie przygotowujemy produkcję filmu o Marii Skłodowskiej-Curie, a Ewa będzie koproducentem. Zagra też Blanche, przyjaciółkę Marii.

Ewa: Może koproducentem to za dużo powiedziane! Nadal uprawiam swój zawód, mam etat w Teatrze Dramatycznym, gram gościnnie. Moja „producencka” przygoda wzięła się po prostu z przyjaźni i chęci pomocy Marcie. Ponieważ nie mieszkała w Polsce, miała problemy z uruchomieniem produkcji. Często rozmawiałyśmy o tym przez telefon. Scenariusz przechodził różne losy, ale kiedy Michał Kwieciński, szef Akson Studio, dał mi zielone światło, ruszyłam do działania. Rozesłałam scenariusz, zgodzili się aktorzy, znalazł się człowiek, który postanowił współfinansować film... i lawina ruszyła. A ja ni stąd, ni zowąd zaczęłam zajmować się „Marią” od strony produkcyjnej. I tak przyjaźń zmieniła moje życie.

GALA W ostatnim plebiscycie Muzeum Historii Polski i magazynu „Mówią Wieki” Skłodowska-Curie została uznana Polką wszech czasów. A wcześniej polski Senat ogłosił 2011 Rokiem Skłodowskiej. To dla filmu pomyślne wiatry.

Márta: Palec Boży, dar niebios. Do nakręcenia tego filmu przymierzałam się od dawna. Nie tylko w Polsce. Prowadziłam rozmowy na Węgrzech, we Francji, Włoszech i Niemczech, ale producenci za każdym razem proponowali mi zachodnie aktorki, a ja myślałam o Polce. Maria żyła w dwóch krajach, wyjechała z Polski jako 24-letnia dziewczyna. Francuzi na początku jej nie akceptowali, ale kiedy zdobyła dwa Noble, zrobili z niej Francuzkę. Zawsze mnie to dziwiło, że Polacy tak łatwo oddali swoich – Chopina i ją. Tyle że z nią był dodatkowy kłopot – była kobietą. Na szczęście na świecie zapanowała moda na filmy o wielkich postaciach. I o kobietach!

GALA: Słyszałam, że Marię ma zagrać Krystyna Janda.

Márta: Bardzo się z tego cieszę, bo to świetna aktorka. Jej siła i kobiecość są dla mnie niezwykle ważne, bo Skłodowska promieniowała nie tylko radem, ale również seksapilem. Była niesłychanie kobieca, mimo że o to nie dbała – tak została stworzona. Pierwszą miłość Marii, Kazimierza, zagra Daniel Olbrychski. To będzie trudny film. Musi dotknąć nie tylko historii i biografii Skłodowskiej-Curie, lecz także pokazać jej geniusz. Prosto, zrozumiale, po ludzku. To, że ten film powstanie, jest w wielkim stopniu zasługą Ewy, która bardzo mi pomaga.

GALA: Jak prawdziwa przyjaciółka. Poznałyście się Panie na planie filmowym?

Márta: Nie, nie. Najpierw poznałam Andrzeja Domalika, męża Ewy.

Ewa: Ale my z Andrzejem jeszcze się wtedy nie znaliśmy…

Márta: Nowicki grał wtedy u Andrzeja w filmie „Zygfryd”, był rok 1986. Janek przyjechał do mnie do Budapesztu i strasznie chwalił tego „górala”, że dobry reżyser, że świetny film nakręcił. Zróbmy coś, powiedział, pokażmy ten film w Budapeszcie. Znałam osoby prowadzące Instytut Polski, pokaz doszedł do skutku. Andrzej przyjechał do Budapesztu, piliśmy winko, zaprzyjaźniliśmy się. Później często spotykaliśmy się w Krakowie we trójkę z Jankiem.

Ewa: Poznałam Andrzeja w 1991 roku. Nie wiedziałam wtedy, że zna Martę, wiedziałam natomiast, że przyjaźni się z Janem, zresztą tak jest do dziś.

Márta: Któregoś dnia Andrzej zadzwonił do nas, że wpadnie na kolację. Ale nie sam. Nowicki mówi do mnie: zrób coś dobrego węgierskiego... I zamartwia się, z kim też ten jego przyjaciel przyjdzie, co to za kobieta. A ja akurat chciałam zrobić w Polsce film telewizyjny o ostatnim dniu życia Anny Kareniny. Ale kto będzie grać Kareninę? Moja przyjaciółka Ewa Radziwiłowicz, żona Jurka, wymyśliła Ewę Telegę. Nie miałam pojęcia, kto to jest.

Ewa: To były początki mojej znajomości z Andrzejem. Byliśmy w Krakowie i Andrzej mówi: „Pójdziemy do Jana, bo on szykuje dla nas kolację”.

 

Márta: A dalej jest jak w filmie. Dzwonek do drzwi, Janek ich wprowadza do pokoju, siadają za stołem, a ja coś jeszcze przygotowuję w kuchni. Idę do nich, stawiam jedzenie na stole i co widzę? Za stołem siedzi Anna Karenina. A nie wiedziałam jeszcze, że Ewa to ta sama osoba, o której wspominała mi Ewa Radziwiłowicz. K…, co ja zwariowałam, myślę sobie. A Janek mi przedstawia: „To Ewa Telega” (śmiech).

Ewa: Ale nic mi wtedy nie powiedziałaś.

Márta: Nie, patrzyłam jak zaczarowana. Piękna kobieta. Widzę, że zaczyna się miłość... Nic nie powiedziałam, bo Michał Kwieciński, który miał być producentem, szukał pieniędzy na ten projekt. Dopiero kiedy je znalazł, zadzwoniłam do Ewy.

Ewa: Siedzę w domu, a tu telefon: „No to ja, Márta. Ja tobie śmierć szykuję”. Kompletnie mnie zamurowało. Mówię: „Przepraszam, Marto a widziałyśmy się przedtem w sumie dwa razy – ale jaką?”. A ona: „Anny Kareniny” (śmiech). Od tamtej pory grałam u Marty we wszystkich jej filmach i teatrach telewizji. Zresztą na festiwalu w Gdyni właśnie za film Marty „Córy szczęścia” dostałam nagrodę.

GALA: Doliczyłam się pięciu wspólnych filmów Pań.

Ewa: Plus dwa teatry telewizji. Márta Mészáros to było dla mnie kosmiczne nazwisko. Światowe, jak Bertolucci. Pracowała z największymi aktorami na świecie: Mariną Vlady, Isabelle Huppert, Annie Girardot, zdobyła wszystkie możliwe Palmy i Niedźwiedzie. Kiedy dostałam propozycję tej „śmierci”, byłam ciężko przerażona. Ale widzi pani, jaką wspaniałą, ciepłą osobą jest Márta! I z tej wielkiej ikony filmu, którą dla mnie była, wyłonił się kapitalny człowiek. Nasza przyjaźń przekroczyła barierę: Marta jest dla mnie przede wszystkim wielkim przyjacielem, a dopiero potem wielką reżyserką. Mimo różnicy wieku. Co więcej, mam wrażenie, że jest młodsza ode mnie, tak młoda jest duchem. To wszystko widać w jej twarzy, zachowaniu. Mam parę koleżanek w moim wieku i wszystkie są starsze od Marty.

GALA: Jak często się Panie spotykają?

Márta: Kiedy mieszkałam w Polsce, było normalnie. Albo Ewa z Andrzejem wpadali do nas do Krakowa, albo – gdy mieszkali w centrum Warszawy – ja zatrzymywałam się u nich... A teraz głównie do niej dzwonię.

Ewa: Od dzisiaj mam taki abonament, że połączenia z Węgrami mam za darmo! Ile chcę! Więc teraz to ja będę dzwonić. Specjalnie zmieniłam abonament.

Márta: To się cieszę.

GALA: Telefony stały się częstsze po rozstaniu pani Marty z Janem Nowickim?

Ewa: Sądzi pani, że musiałam pocieszać „biedną Martunię”? Nic z tych rzeczy. Kiedy do mnie dzwoniła, rozmawiałyśmy o wszystkim, tylko nie o tym. Nie żaliła się, nie rozpaczała. Przecież to w końcu Marta podjęła decyzję, że wraca do Budapesztu. Wyjechała i zostawiła za sobą 30 lat życia.

Márta: Tak. I były to bardzo fajne lata!

GALA: Wyobrażam sobie jednak, że dla przyjaciółki nie była to łatwa sytuacja.

Ewa: Nie czułam się komfortowo, bo pokochałam Martę. Janek natomiast jest nie tylko naszym przyjacielem, z moim mężem przyjaźnią się od lat, ale i ojcem chrzestnym naszej Zośki. Zresztą fantastycznym ojcem chrzestnym. Wiedziałam jednak, że nie wolno mi brać czyjejś strony. Ludzie często się rozstają, później schodzą, a ten, kto przyjmie stanowisko jednej ze stron, staje się wrogiem obojga. Byłam przekonana, że oni się zejdą. Bo nie raz byliśmy z Andrzejem świadkiem wyjazdów Marty, a później jej powrotów. Nie brałam pod uwagę, że to koniec. Marta co prawda mówiła mi: „Ewa, to się skończyło naprawdę, nie ma do czego wracać”, ale… Właściwie uświadomił mi to dopiero ślub Janka. Mimo wszystko nie udawałam przed nią, że nie jadę na ten ślub. Przeciwnie, zadzwoniłam i powiedziałam, że będziemy tam razem z Zosią.

Márta: Tak, to był koniec. To było naprawdę męczące wciąż do siebie jeździć. Trzeba było się na coś zdecydować. A ja nie mogłam zostawić na Węgrzech dzieci i wnuków.

GALA: Przecież Pani dzieci od dawna są dorosłe!

Márta: Nieeee...

Ewa: Matka Polka, można powiedzieć o Marcie.

Márta: Dzieci są moimi przyjaciółmi. Jeden z synów jest operatorem, drugi robi fotosy i pisze, a córka Kasia jest kostiumologiem. Fajni, inteligentni, zdolni. Mamy mnóstwo tematów do omówienia. Mam też dziewięcioro wnuków. Mieszkają nie tylko na Węgrzech, np. Taine w Urugwaju, a Jakub studiuje na uniwersytecie w Berlinie. Ale nie chodziło tylko o dzieci. Jako młodzi ludzie dużo jeździliśmy po świecie. Było fajnie. W Polsce tyle się działo! Zmiana ustroju, „Solidarność”, stan wojenny, Piotr Skrzynecki, Kraków, Stary Teatr. To wszystko było niesamowite. Absorbujące! A z wiekiem życie w ciągłej podróży i fizycznej, i emocjonalnej, stało się męczące.

Ewa: Ja tam uwielbiałam nasze zawodowe podróże – Kirgizja, Słowacja, Budapeszt...

Márta: Tak, szczególnie Kirgizja…

Ewa: Ojciec Marty tuż przed wojną został tam rozstrzelany przez NKWD jako wróg komunizmu. Mama wkrótce umarła na tyfus. Nikt nigdy nie powiadomił Marty o jego śmierci. Kiedy po upadku komuny pozwolono jej otworzyć akta ojca, okazało się, że został stracony następnego dnia po aresztowaniu.

 

Márta: To był dla mnie wielki wstrząs. Mimo że byłam dojrzałą kobietą, poczułam się skrzywdzonym dzieckiem. Gdy pojechałam tam kręcić film o mojej przeszłości, zabrałam całą rodzinę.

Ewa: W Kirgizji, podobnie jak w Polsce za komuny w hotelach obowiązywały inne ceny dla swoich, a inne dla „inostrańców”. Marta powinna płacić najwyższą ze stawek. Ale kierownik hotelu poruszony jej rodzinną tragedią – w stolicy Kirgizji jest ulica na zwana imieniem jej ojca, który otworzył tam szkołę rzeźby – zaproponował Marcie stawkę jak dla Kirgizów. Miała tylko podać na kartce spis członków rodziny. I wpisała: synów, córkę, wszystkie wnuki, Janka i jego syna Łukasza, siostrę Janka, wnuki tej siostry, tłum ludzi. Kierownik się przeraził. A Márta mówi do mnie: „Ja tam jeszcze ciebie wpisałam. Do równego rachunku brakowało jednej, a ty także jesteś moją rodziną! Przecież Zosia jest chrześnicą Nowickiego!”.

Márta: To był mój powrót do dzieciństwa, dzikie plenery, wspaniałe światło i moi bliscy obok. Janek wiele wniósł do tego filmu i jestem mu za to wdzięczna. Zresztą z nim w ogóle się świetnie pracowało. Ale tak jak on nie nadaje się na męża, tak ja chyba też nie nadaje się na żonę.

Ewa: Coś w tym jest. Pamiętam, jak podczas chrzcin Zosi zaprzyjaźniony ksiądz zaproponował: „Panie Janie, po co tak żyć na kocią łapę, dam wam ślub!”. Jan zadzwonił z tą wiadomością do Marty, ale ona nie wykazała specjalnego zainteresowania.

Márta: Nienawidzę samotności i nigdy nie byłam samotna, ale lubię być sama. Dla mnie poczucie świata, dzieci, wnuków i wolności jest niezwykle ważne. Tak jak i przyjaźń. Mogę iść na duży kompromis dla przyjaźni, miłości czy filmu. Ale nie na wszystko muszę się godzić. Ten brak zgody był między innymi powodem mojego ostatecznego wyjazdu z Polski. Teatralne sceny lubię, ale tylko w kinie (śmiech). Nasze postscriptum z Nowickim było, niestety, okropne. Ale było, minęło. Mam też dobre wspomnienia. Za jedno jestem mu wdzięczna ponad wszystko: że poznałam Polskę. Uwielbiam ten kraj, kocham tu być. Zawdzięczam to Andrzejowi Wajdzie i jemu.

GALA: Zmieniła Pani życie Ewy, a czy coś by Pani zmieniła w swoim życiu, cofnęła?

Márta: Może jedno, za wcześnie los mi zabrał rodziców. Ich śmierć noszę w sobie. A byli wspaniałymi, pięknymi, młodymi ludźmi. Czasami myślę, że to oni dają mi siłę, żeby żyć. Ale tego, co się dokonało w moim życiu, nie cofnęłabym. Ludzie, którzy mnie otaczali, i ci, z którymi pracuję, moje dzieci, wnuki, to wszystko jest fajne. Nie jestem samotna. Czytam, piszę, robię swoje rzeczy. Jest mi dobrze. A w dodatku mam obok siebie wspaniałą przyjaciółkę. I od razu lżej jest żyć.